11-05-2034, po południu
Żółto-czarne sześciany zdominowały ulice jako inteligentne taksówki,
automatyczne sklepy, cybernetyczne systemy bezpieczeństwa. Puste chodniki
oświetlało przejrzyste, zielonkawe światło bio-lamp wypełnionych algami. Algi w
wyniku fotosyntezy produkowały proste cukry, pochłaniały dwutlenek węgla i
wydzielały miękką luminescencję. Wciąż poszukiwano odnawialnych źródeł energii.
W przeciwieństwie do Polski, która stała się ponurym industrialnym zagłębiem,
skupiającym ciężki przemysł. Coraz bardziej izolowali się od tych ponurych,
przemysłowych peryferii Europy.
Erwin odczuwał rosnące napięcie, kiedy zbliżał
się na miejsce. Kamienicę zobaczył już z daleka. Wyróżniała się pośród innych
domów, była wyższa i bardziej masywna. Jej fasadę pokrywały resztki zdobień,
murowane gzymsy i stiuki. Spod odpadającego tynku przezierały cegły. Nad bramą wejściową wciąż widniał łuszczący
się napis „Richter & Co. Spedycja”.
Troll miał mieszkać na parterze. Erwin zastukał we framugę okna koło
bramy. Wyjrzał człowiek, który musiał być owym Trollem. Erwin od razu domyślił
się, skąd to przezwisko. Facet był chudy i blady, a jego niesymetryczna twarz
wyglądała jak połamana i źle poskładana. Długie, posiwiałe włosy układały się w
strąki na głowie. Mężczyzna ubrany był w stare dżinsy i podartą podkoszulkę. Z
kieszeni wystawał mu łańcuch z kluczami.
– Tak? – spytał mężczyzna
podejrzliwie mrużąc oczy.
– Erwin Tucholsky. Klient Holgara Gramlicha. Podobno pan ma klucze do
mieszkania Dorothei Hahn.
– Możliwe. Mów mi Schulz.
– Czy mogę zobaczyć... ten lokal?
– Holgar Gramlich? Wspominał o panu. Już idziemy.
Weszli na wyślizgane, skrzypiące schody. Po drodze Schulz opowiadał:
– To jest zabytkowa kamienica. Zakazano
wprowadzać zmiany w zewnętrznym wyglądzie zabytków. Nie można ocieplać ścian
ani wymieniać okien.
Wskazał na metalową skrzynkę, która
znajdowała się pod parapetem na półpiętrze.
– Stara instalacja centralnego ogrzewania. Piecyki
elektryczne. W tych szparach czasem lęgną się ptaki.
Schody trzeszczały coraz bardziej. Schulz
sapał coraz ciężej, jednak nie przestawał mówić:
– Jesteśmy przed remontem. Zarząd nie
przyjmuje już nowych lokatorów. Dlatego na każdym piętrze zajęte są najwyżej
dwa mieszkania. A większość jest pustych.
W końcu dotarli na ostatnie piętro. Wreszcie ujrzał przed sobą masywne,
rzeźbione drzwi, wielokrotnie przemalowywane. Nazwisko na tabliczce było
nieczytelne.
– Znał pan poprzednią właścicielkę?
– Wcześniej mieszkała tutaj starsza samotna pani. Zawsze energiczna i
pełna entuzjazmu! To była wspaniała kobieta. Jak ona nam wszystkim pomagała! – rozrzewnił
się Troll.
Erwin poczuł się nieswojo. Jej sąsiedzi mieli z nią lepszy kontakt, niż
jej własna rodzina.
– W końcu jednak miała wypadek. Pośliznęła się na schodach. Dowlokła się
do mieszkania i wszystko byłoby w porządku, gdyby służby medyczne nie
dowiedziały się o tym. Ze względu na wiek zabrali ją natychmiast do domu
starców. A wiesz pan, jak tam jest. Nawet pół roku nie pożyła.
Weszli do środka. Erwin spodziewał się bałaganu i graciarni, tymczasem
zastał jedynie opuszczenie i bezimienność. W powietrzu unosił się zapach
stęchlizny i wszechobecny kurz. Znaleźli się w długim korytarzu, z łazienką i
kuchnią po lewej stronie. Otwarte drzwi na prawo prowadziły do dwóch dużych pokojów,
których okna wychodziły na ulicę. Weszli do pierwszego z nich. Erwin zauważył
jedynie nagie, poszarzałe ściany, zamknięte okna i brak mebli. Zajrzeli do
kuchni i łazienki, z oknami wychodzącymi na podwórko.
Na końcu korytarza, po lewej stronie, natrafili na zamknięte drzwi. Erwin
poczuł dziwny dreszcz niepokoju.
– A tam? Wie pan, co tam jest?
– Nie mam pojęcia. Może jakaś pracownia?
Ostatni pokój w mieszkaniu był wyższy i bardziej przestronny, a do tego miał
sześciokątny kształt. Najwyraźniej mieścił się w przybudówce, niewidocznej od
frontu. Pod wysokim, wąskim oknem stał duży metalowy stół. W suficie widniał
ośmiokątny otwór, niczym symetryczny negatyw pokoju. W otworze znajdował się szklany świetlik w
kształcie odwróconej piramidy. Cały świetlik zamontowany był na metalowych
szynach, dzięki czemu mógł obracać się wokół swej osi. W metalowej ramie
widoczny był zamknięty właz. Otwory po śrubach sugerowały, że kiedyś w
prowadnicach zainstalowano jakieś urządzenie, teraz zdemontowane.
Kiedy dwaj mężczyźni weszli, pokój obudził się. Zamknięta przestrzeń, przez
która przepływały białka, węgle, fotony i elektrony, napełniała się ich energią.
A teraz ta pusta przestrzeń rozbudziła się. Cała jej metafizyczna potencjalność
zyskała świadomość. Uruchomił się kosmiczny mechanizm, który czekał na
odpowiednie połączenie sił, żywiołów i żywych istot. Proces został
zainicjowany.
Wszczęli
rozmowę, aby zagłuszyć niesamowitość tego miejsca.
– Moja ciotka używała tego pokoju?
– Aż tak dobrze się nie znaliśmy.
W drodze powrotnej schodami w dół Schulz rozgadał się o życiu kamienicy, innych
lokatorach, wadach i zaletach starego budownictwa. Chciał nawet zaprosić Erwina
do siebie. Tucholsky z trudem się wywinął.
Lekko oszołomiony
Erwin wolno szedł ulicą. Ten akt prawny stawał się jakimś czczym gestem bez
znaczenia. Odgrywali rytuał dla świata, który już nie istniał. Erwin czuł się
jak komik, który wobec pustej widowni odgrywał skecz zmarłego i zapomnianego scenarzysty.
Ulica prowadziła do niewielkiego, owalnego placu. Niedaleko dostrzegł
przeszkloną witrynę baru. Lokal był dość komicznie urządzony w stylu gotyckim. Szyld
namalowano archaiczną czcionką, wystrój imitował drewnianą karczmę, a zamiast
krzeseł ustawiono ławy. Przed wejściem siedziała tylko jedna kobieta, wpatrzona
w wyświetlacz staroświeckiego aparatu fotograficznego. Erwin zamówił piwo i
usiadł na ławce przed drzwiami. Spłynął na niego spokój tego zakątka miasta. Z
zamyślenia wyrwał go kobiecy głos:
– Mieszkasz w tej kamienicy?
Dziewczyna wpatrywała się w niego intensywnie.
Była blondynką o głębokich, ciemnych oczach.
Miała podłużną twarz o łagodnych rysach z wąskim nosem, proste, umięśnione
ramiona i wąską talię. Jej szczupłe ciało poruszało się w szybkich, urywanych
ruchach. Nosiła czarną skórzaną kurtkę, a pod nią białą koszulę.
– Jeszcze nie. Czemu pytasz?
– Dziwię się, kiedy z takich miejsc wychodzi prawdziwy człowiek.
Wyglądają jak dekoracje filmowe.
– Wierz mi, że ta kamienica jest jak najbardziej prawdziwa. Ja również jestem
prawdziwy. I oryginalny.
– Teraz wszystko może być oryginalne, o ile zostanie skopiowane i trafi
do wirtualu. A więc oryginalne jest tylko to, co może być powielane.
Dziewczyna wstała ze swego miejsca i przysiadła się do jego ławki.
– Jolanda. Co tu porabiasz?
– Erwin. Przyszedłem coś obejrzeć. A ty?
– Wyższy stopień oglądania. Utrwalam, powielam, przekazuję obrazy. A czym
ty się zajmujesz?
– Pracuję. Daleko stąd. Tak naprawdę wcale mnie tu nie ma.
– Dziwny jesteś.
A potem znów spojrzała mu prosto w oczy i spytała z napięciem:
– Czy my istniejemy naprawdę?
– Pomiędzy istnieniem a nieistnieniem rozciąga się cała skala możliwości.
– Rozumiem – odwróciła głowę i mówiła dalej rozmarzona. – Uwielbiam to
miasto. Uwielbiam swoich przyjaciół. Jestem zakochana. W tym mieście, w tych
ludziach. Jestem szczęśliwa z tym, co robię. A ty z czego czerpiesz
satysfakcję?
– Po prostu żyję. Czy muszę jeszcze cokolwiek robić?
– Naprawdę dziwny jesteś – zamyśliła się, po czym wskazała kamienicę. –
Ten dom wygląda jak świątynia jakiegoś zapomnianego kultu. To moja praca.
Szukam wyjątkowych lokacji do planów zdjęciowych. Tropię ulotne zjawiska
miejskiej kultury. Śledzę autentyczne niezwykłości… Może jeszcze kiedyś się
spotkamy?
Podał jej swój numer. Kiedy Jolanda zapisywała dane, jej telefon
rozbłysnął sygnałem przychodzącego połączenia
– Tak. Szukam... Ale Peter! Spokojnie…
Skończyła rozmawiać i zwróciła się do Erwina spiętym głosem:
– Muszę znikać.
Szybkim krokiem przecięła ulicę i udała się w stronę tramwaju, zerkając na
ekran telefonu.
Erwin został sam w pustym barze. Czuł się jak bezczynny turysta, chociaż
pochodził z tego miasta. Tutaj poznali się jego rodzice. Ojciec przyjechał z
południowych Niemiec. Z kolei rodzina matki wyemigrowała z Polski. Tutaj jego
matka Anna znalazła pracę i poznała Borisa Tucholsky’ego.
Jednak z czasem jego rodzice coraz bardziej oddalali się od siebie, a
jego zostawili w pustej przestrzeni pośrodku. W wyludnionym domu, z którego
oboje w końcu się wyprowadzili. Bliżsi stali mu się jego przyjaciele i znajomi,
barwna gromada próżniaków. W pewnym okresie siła odśrodkowa życia rozrzuciła ich
w najdalsze zakątki świata. Wówczas i on wyjechał. A teraz wrócił do opustoszałego
miasta. Z byłą żoną niewiele go łączyło. Utrzymywał stałe kontakty ze swoją
córką, jednak teraz weszła w taki wiek, w którym nienawidzi sie swoich rodziców.
No tak, Wiktoria. Musiał z nią porozmawiać.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz