środa, 23 sierpnia 2017

7. Głębiej (2)



 
23-05-2034
Następny dzień odmienił całą ekipę. Maszyneria przeistoczyła się w wygłodniałą bestię. Robotnicy stali się małymi maszynkami podłączonymi do wielkiego mechanizmu. Nieprzerwany szereg pracowników podlegał segregacji na małe pakiety, rozdzielane później przez windy i śluzy na poszczególne piętra i segmenty. Moduły pracowały w różnym tempie, ale w jednym rytmie. We wszystkich punktach styku elementów iskrzyło napięcie. Cała konstrukcja była naładowana węglowodorami, elektrycznością i pragnieniem bogactwa. Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, jedynie wykrzykiwali do siebie komendy i odpowiadali slangowymi zwrotami, jak w chóralnych pieśniach. Drenowali coraz głębiej i wydobywali coraz gorszy produkt. Gęstą materię pompowali do zbiorników lub przesyłali rurociągami do rafinerii.
Stołówka stała się najbardziej nieprzyjemnym pomieszczeniem na całej platformie, wypełniona ciężką atmosferą agresywnej mobilizacji. Wyczerpany mężczyzna niemal wpadł na Luisę. Jego ziemista twarz zawisła nad nią jak chory księżyc.
– Brian! Co z tobą?
Konserwator Brian Dust wpatrywał się w nią, jakby jej nie poznawał. Z wahaniem wykonał krok do tyłu. W końcu jednak odpowiedział.
– Widzisz, co się dzieje.
– Już chyba nikt nad tym nie panuje. Martwię się o was.
– Tu chodzi o coś więcej.
– Wykończycie się.
– Musisz coś zobaczyć. Masz wolną chwilę?
Zrezygnowali z posiłku. Prowadząc ją korytarzami, Brian ostrzegł:
– Nie wiem, czy się zgodzi. Utrzymuje to w tajemnicy.
Znaleźli się w części badawczej, gdzie umieszczono pracownie naukowe. Zatrzymali się przed jednym z pokojów.
– Damian? Wpuścisz nas?
Ogromny mężczyzna stanął w drzwiach. Spoglądał na nich bez słowa.
– To jest zaufana osoba. Luisa Figueira. Ona złożyła raport.
Chciała zaprotestować. W tym momencie olbrzym cofnął się w głąb pomieszczenia.
– Wejdźcie.
Luisa poczuła się komfortowo w aseptycznym wystroju prowizorycznego laboratorium. Nie znała przeznaczenie większości sprzętów. Wśród nich dominował osadzony na masywnej podstawie wysoki metalowy walec, z którego wystawały niklowane rurki i czarne kable. Przeszkadzał jej jedynie ostry zapach, drażniący powonienie.
– Powtórzysz nam, co odkryłeś?
Oceanolog ciężko opadł na obrotowe krzesło. Sprawiał wrażenie kogoś ogarniętego depresją.
– Mogę powiedzieć jedynie o tym, czego nie wiem. To mnie przerasta. Nie sposób tego pojąć ani doświadczyć.
Oddychał ciężko.
– To, co bierzemy za twardy grunt, kamień czy skały, podlega niezauważalnym, ciągłym przemianom. Stały ląd znajduje się w bardzo powolnym, ale bezustannym ruchu. Krajobraz, wśród którego żyjemy, nie jest stanem ostatecznym. Nasza planeta wciąż się zmienia. Kiedyś nie było tu atmosfery, gór, oceanów. I kiedyś to wszystko zniknie. Powróci do pierwotnego chaosu cząsteczek.
Luisa zrozumiała, że Damian jest osobnikiem, którego trzeba podrażnić, żeby się otworzył.
– To nie jest odpowiedź. Co wy tam znaleźliście?
– Po kolei – odparł oceanolog. – Zacznijmy od tego, co jest na zewnątrz. Powierzchnia Ziemi nie jest jednolita. To płyty skalne wielkości kontynentów, które dryfują po bardziej płynnej warstwie, nazywanej płaszczem Ziemi. Gigantyczne płaszczyzny poruszają się w różnych kierunkach i z różnymi prędkościami, jak ogromna, ruchoma układanka na powierzchni mocno spłaszczonej sfery. Pod nimi znajduje się warstwa gorącej i płynnej, kleistej skały. Poniżej jest ciekłe jądro zewnętrzne, a wewnątrz niego jądro stałe. Geolodzy sądzą, że wnętrze jądra składa się z mieszaniny metalicznych pierwiastków w stanie ciekłym, i to one odpowiadają za pole magnetyczne naszej planety.
– Sądzą? A więc to nie jest potwierdzone doświadczalnie? – tym razem odezwał się Brian. Sprawiał wrażenie zawiedzionego.
– Całą wiedzę czerpiemy z pośrednich źródeł, z wnioskowania i analogii, na podstawie praw chemicznych i fizycznych. W istocie we wnętrzu Ziemi znajduje się jakby małe słońce. A my staramy się odgadnąć, co wypełnia wnętrze tego podziemnego słońca. Dotąd wydawało się, że na takiej głębokości, przy takim ciśnieniu i temperaturze nie przetrwa żaden żywy organizm. Tymczasem okazuje się, że głęboko we wnętrzu naszej planety żyją mikroorganizmy dostosowane do tych warunków. Być może to one odpowiadają za powstawanie złóż metali szlachetnych, gazów, czy właśnie ropy naftowej. Niektórzy twierdzą, że pod ziemią jest znacznie większa ilość biomasy niż na powierzchni.
– Ale wciąż czegoś wam brakuje, prawda? – dociekała Luisa.
– Wciąż czegoś brakuje – przyznał Damian. – Nie wiemy, jak z materii nieożywionej powstały substancje organiczne. Badacze szukają brakującego ogniwa. Od dawna postulowali istnienie subtelnej energii, która miałaby przenikać kosmos. Flogiston, eter, élan vital, ulotna esencja, za sprawą której martwa materia miałaby stać się źródłem życia. Nikt jej nie odkrył, ale ustalono dwie hipotetyczne zasady. Po pierwsze, można ją pobudzić impulsem elektrycznym. Po drugie, znajduje się w jednych substancjach, natomiast jest nieobecna w innych. Stąd powstało rozróżnienie na chemię organiczną i nieorganiczną. Jednak to wszystko nie jest takie proste. Nie ma jasnej granicy rozdzielającej prawdę i fałsz. Wiecie, co to jest krzywa dzwonowa?
– Miałam to na zajęciach ze statystyki – przypomniała sobie Luisa.
– A więc wiesz, o co chodzi. Kiedy wszystkie dane z doświadczeń rozmieścimy na wykresie, częstotliwość wzrasta do pewnego punktu, a potem maleje, wykreślając kształt podobny do dzwonu. Tam gdzie jest wierzchołek krzywej, tam wyznaczamy kulminację zjawiska. Jednak oprócz tego jest wiele faktów pośrednich, które jedynie częściowo mieszczą się w teorii. Istnieje jedynie zmienna chmura prawdopodobnych zdarzeń, która rozrzedza się na krawędziach, aż do zupełnego nieprawdopodobieństwa. Mamy więc płaszcz Ziemi, wiemy z czego składa się wnętrze planety, ale to nie rozwiązuje wszystkich kwestii. Czemu jądro Ziemi nie zapada się do wewnątrz? Czemu nie eksploduje? Czemu nie wypłynie? Czemu powstają bieguny magnetyczne? Gdzie się podział dwutlenek węgla ze spalania? Otaczają nas tajemnice. Niedokończone zdania natury wypowiedziane w języku, którego nie potrafimy rozszyfrować.
W tym momencie Damian spojrzał na Briana, a ten skinął głową. Obydwaj podeszli do metalowej szafki, przypominającej małą hotelową lodówkę. Damian wyjął z niej pojemnik z mlecznobiałego plastyku.
– Musimy zgasić światło. Ta substancja traci swoje właściwości pod wpływem fal świetlnych. Jakichkolwiek, włącznie z ultrafioletem.
Pomieszczenie nie miało okien, wystarczyło przekręcić włącznik. Odczekali chwilę, aż oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Wówczas Damian otworzył pudełko. Ciemna materia, gęsta i lepka, wydawała się mienić w oczach.
– Nie mam pojęcia, co to może być – Mørk zasępił się i spuścił głowę. – To coś nie powinno istnieć. Żywe organizmy i ropa naftowa składają się głównie z węglowodorów. Tymczasem tutaj jest jeszcze dwutlenek węgla, amoniak, siarka, ołów, enzymy i aminokwasy. Oraz nadspodziewanie dużo żelaza. Połączenie substancji trujących i podstawowych składników żywych organizmów. Taki mógłby być skład chemiczny piekła.
– Smoła. Żywa smoła – stwierdził Brian.
– Smoła? Niech będzie – zgodził się Damian. – Może ona gromadzi cały zaginiony dwutlenek węgla? Może ona wypełnia wnętrze Ziemi? Może to jest pochodna tej substancji, z której wzięła się pierwsza materia organiczna? A może to jakiś rodzaj podziemnej bakterii albo grzyba? Może to jakieś śluzowce, żyjące głęboko pod powierzchnią? Może ta substancja obdarzona jest inteligencją, jakiej nie potrafimy sobie wyobrazić? Nie wiem. Nie wiem. Mam wrażenie, że stoimy u progu nieznanego. I w takim samym stopniu boję się pomyłki, jak i tego, że mogę mieć rację.

             * * *

piątek, 18 sierpnia 2017

7. Głębiej (1)




22-05-2034
Nawet na platformie wiertniczej Thor zdarzały się pogodne dni. Przejrzyste słońce kładło się na blachach poszycia, a słony wiatr przeszywał kratownice. Brian i Damian schronili się między dwoma kontenerami. Wsparci o barierkę podawali sobie waporyzator z olejkiem haszyszowym. Steward Chulamai miał naprawdę dobry towar.
Nagle Brian ryknął na całe gardło:
All along the watchtower princes kept their view!
Damian Mørk, ogromny, otyły mężczyzna zwrócił się w jego stronę, wywołując kołysanie całej platformy. Norweski oceanolog wyglądał jak ruchoma piramida w błękitnej koszuli. Na jej szczycie widniała blada twarz ze skłonnością do rumienia. Obydwaj mężczyźni ze względu na swój monstrualny wzrost tworzyli niepowtarzalny tandem, budzący instynktowny szacunek.
Damian starał się skupić rozbiegane spojrzenie zaczerwienionych oczu.
– Ale czego my strzeżemy?
– Jak to? Jesteśmy strażnikami cywilizacji. Nasza matka Europa nas potrzebuje!
– Wydrążyliśmy ziemię i zatruliśmy oceany. Nie jesteśmy nikomu potrzebni.
– Jeśli tak, spróbuj wstrzymać wydobycie choćby na godzinę.
– Żyjemy na rubieżach upadającego imperium. Cesarz został zamordowany przez swą gwardię przyboczną. A republika pogrążyła się w orgii zapomnienia.
– A jednak dostajemy wciąż nowe zlecenia.
– Nie wiadomo, czego tak naprawdę od nas chcą.
– Co masz na myśli? Drążymy coraz głębiej.
– Nikt z nas nie wie, co tam znajdziemy. Pamiętasz ostatni wypadek?
– Ten biedak ze śrubą w czaszce?
– On miał do czynienia z czymś niezwykłym. Pokażę ci. Chodźmy.
Kiedy przechodzili korytarzem, przez szklane drzwi stołówki zobaczyła ich Luisa. Uczestniczyła w cotygodniowym spotkaniu kobiecej grupy wsparcia. W swoich notatkach nazywała je według liter alfabetu greckiego: Alfa, Beta, Gamma, Delta, Jota, Kappa, Lambda, aby nikt nie odkrył ich prawdziwych tożsamości.
Tego dnia, oprócz niej zjawiły się zaledwie trzy. Beta, krągła, wiecznie spocona blondynka, której nerwowe ożywienie było naznaczone pechową niezgrabnością. Miała za sobą jakieś konflikty z prawem. Gamma, której ostre kości policzkowe i załamany nos nadawały twarzy egzotycznego charakteru. Praca na platformie nie była jej życiową koniecznością, uciekła tutaj przed tajemniczymi wydarzeniami na lądzie. Wreszcie Jota, najbardziej nieobliczalna z nich wszystkich. Niewysoka i krępa, miała sylwetkę zapaśniczki. Zamknięta w sobie, okazywała skłonność do nagłych wyskoków, które świadczyły o utajonych emocjach. Wszystkie pozornie lekceważyły Luisę, a jednocześnie uważnie ją obserwowały. W tym momencie podążały za jej wzrokiem. W końcu Jota powiedziała coś zaskakującego:
– Faceci. Nie sposób ich zrozumieć.
– Coś dziwnego się z nimi dzieje – zawtórowała jej Gamma.
– Niebezpieczeństwo w pracy tak na nich działa – odrzekła Luisa.
– Samo życie jest niebezpieczne – zaoponowała Beta.
– Potrafię to samo co oni. Czemu zarabiam mniej? – zastanawiała się Jota.
– Ryzyko – skwitowała Luisa. – Widziałyście statystyki wypadków? Skłoniłam operatora do złożenia raportu.
Beta poderwała się, aż krzesło zatrzeszczało.
– To koniec. Załatwiłaś nas. Wzmogą kontrolę i zaostrzą procedury. Obetną nam premie!
– Dzisiaj ma przybyć ktoś z Northern Light Research – nadmieniła Gamma.
Wszystkie spojrzały na nią wymownie. Luisa szybko zrozumiała, że właśnie straciła ostatnie przyjaciółki, natomiast zyskała nowych wrogów. Chyba podświadomie dążyła do takich sytuacji. Niczym ryba głębinowa, czuła się dobrze jedynie w nieludzkim chłodzie i morderczym ciśnieniu.
Jakby dla potwierdzenia słów Gammy, za oknami usłyszeli huk silników śmigłowca. Na ośmiokątnej membranie lądowiska, umieszczonej na dachu hotelu, wylądował czerwono-żółty Airbus H145. Z maszyny wysiadł młody mężczyzna z neseserem. Miał płowe, krótko ostrzyżone włosy, żylaste ramiona i okulary w czarnych oprawkach. Poza tym stanowił anonimowo doskonały egzemplarz, wyhodowany w prywatnych szkołach Wielkiej Brytanii. Plotki głosiły, że w połowie był Anglikiem, a w połowie Rosjaninem, co miało mu przydać odpowiedniej tajemniczości i charyzmy. Marcus Taranis został tu wysłany przez Northern Light Research jako najbardziej ambitny i efektywny z młodych menadżerów.
W ciągu godziny ekipa platformy zebrała się w sali konferencyjnej. Przed rzędami krzeseł stała mównica z mikrofonem, a za nią ekran, na którym wyświetlano abstrakcyjną wizualizację przedstawiającą logo firmy. Kamery nagrywały wystąpienie dla tych pracowników, którzy nie mogli opuścić swojej zmiany. Marcus wszedł na podest nieco zamyślony i spięty, choć było to pozorne wrażenie.
– Przede wszystkim, na początek muszę wam coś powiedzieć. Otóż cały zarząd Northern Light Research zobowiązał mnie do tego, abym wam wszystkim gorąco podziękował za trud, jakiego dokonujecie każdego dnia. Dzięki wam wprawiamy ten świat w ruch!
Ludzie niespokojnie poruszyli się na krzesłach. Nie tego się spodziewali. Taranis skłonił lekko głowę, zamyślony przemierzył kilka kroków. Sprawiał wrażenie, że zastanawia się nad doborem słów.
– Jednak muszę powiedzieć o czymś innym. Tego nie było w oficjalnej wersji wystąpienia. Nie zgodziliby się, żebym o tym mówił. Mianowicie… oni martwią się o was. Wiecie, dlaczego?
Zamilkł. Podszedł do mównicy i chwycił wąski, granatowy segregator.
– Personel medyczny przygotował raport, który znalazł się na naszych biurkach. To jest poufny dokument do użytku wewnętrznego. Ale my nie będziemy przed wami niczego ukrywać. Jesteśmy wstrząśnięci tym bilansem. Czego on dotyczy? Otóż ciągu ostatnich tygodni zarejestrowano tutaj kilkanaście wypadków. Lista mrozi krew w żyłach.
Otworzył segregator i przerzucał strony dokumentu, wskazując odpowiednie miejsca.
– Wstrząs mózgu. Przebita czaszka. Poparzenia. Przygniecenia. Poślizgnięcia. Podtopienia. Utraty bądź zmiażdżenia kończyn. Nie mogę czytać dalej, bo szczegóły są zbyt drastyczne.
Z hukiem zamknął teczkę. Zrobił pauzę.
– Jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć?
Omiótł spojrzeniem salę, a potem powiedział stanowczym głosem:
– Najsłabszym ogniwem są ludzie. Nie zrozumcie mnie źle. Dobieramy najlepszych specjalistów i nikt w to nie wątpi. Jednak ludzie potrzebują innych ludzi. I planu działania. Większość tych tragicznych wypadków została spowodowana brakiem współpracy i niezrozumieniem przepisów. Upór, samowola i zawziętość prowadzą do katastrofy.
Wyciągnął palec w kierunku słuchaczy.
– Ale was to nie dotyczy, tak? Jesteście zgranym zespołem. Jesteście fachowcami! Mogę na was liczyć, tak? Odpowiedzcie, czy mogę na was liczyć? Kim jesteście?!
Przytknął dłoń do ucha. W sali rozległ się gwar.
– Wiadomo, jesteście fachowcami. Wybraliśmy was spośród setek innych kandydatów. Jesteście najlepszymi specjalistami w branży. Znacie procedury ratownicze. To jest oczywiste. Szkoliliśmy was. Ale pamiętacie, co jest najważniejsze? Uważność. Otwarty umysł. Zdecydowanie. Elastyczność. Świadomość i rozsądek. Trzeba być otwartym na współpracę i gotowym do szybkiej reakcji.
Wyprostował ramiona, jakby obejmował ich wszystkich.
– Zespół musi działać jak jedna maszyna, jak jedno ciało. A co zapewnia sprawne działanie? Komunikacja i procedury.
Odczekał jeszcze chwilę i powtórzył wolno:
– PRO-CE-DU-RY.
Ludzie patrzyli na siebie zdezorientowani. Zaczęli szeptać. Ktoś klasnął. Marcus już schodził z podestu, kiedy przypomniał sobie o czymś i zawrócił.
– Muszę wam powiedzieć coś jeszcze. Kilkaset kilometrów stąd znajduje się druga platforma wiertnicza. Na razie obsługuje ich konkurencja. Ale oni drążą. Są otwarci na propozycje. I zdeterminowani. A w zarządzie pojawiają się czasem głosy osób pozbawionych sentymentu.
Nagle Taranis wyskoczył w górę i krzyknął wymachując pięścią:
– A jednak ja w was wierzę! Wy wiecie, co robić! Działać dalej! Wiercić coraz głębiej! A przede wszystkim, uważać na siebie!
Podszedł do pierwszego rzędu siedzeń i z błyskotliwym uśmiechem rozdawał uściski dłoni. Wciąż mówił do zgromadzonych, ale owacje zagłuszały jego słowa. Otoczyli go ludzie z kadry kierowniczej. Wszyscy udali się do sterowni, skąd dochodziły ożywione głosy. Godzinę później Airbus H145 wzniósł się w powietrze.

* * *

piątek, 11 sierpnia 2017

6. Nieuchronne rutyny (3)



                21-05-2034
          Długo po przybyciu na miejsce wyjazdu Erwin wciąż był otępiały. Podobnie jak grupa pozostałych osób, które zebrały się pod jednym ze studiów produkcyjnych w dawnych halach fabrycznych. Ruszyli w drogę niedużym autobusem o obłych kształtach i smętnie zakurzonych szybach. Erwin niemrawo spoglądał przez okno na przesuwający się miejski krajobraz. Znaki towarowe na dachach wieżowców płynęły w powietrzu ponad miastem, podniebna defilada majestatycznych bogów zeszłego wieku: MERCEDES, OPEL, SONY, LUFTHANSA, DEUTSCHE BAHN.
Przecięli Treptow i Köpenick, po czym udali się na południe. Minęli lotnisko. Dojechali na peryferie miasta.  W oddali majaczyły potężne betonowe słupy, pozostałości wojen energetycznych. Dawniej służyły jako wieże zdalnej obrony przed dronami, inteligentnymi rakietami i atakiem chemicznym. Obecnie pełniły funkcję stacji klimatycznych, tańszych niż satelity pogodowe. Pozwalały utrzymać stałą temperaturę i wilgotność, ale przede wszystkim powstrzymywały spaliny napływające z Europy Wschodniej.
W tym samym momencie w przejściu pomiędzy siedzeniami pojawił się niewysoki chłopak w czapce z daszkiem. Przysiadł na wolnym miejscu,  otworzył metalową kasetkę z niklowanymi okuciami i wydobył swoje narzędzia mistyfikacji. Erwin posłusznie poddał się zabiegom. Kiedy makijażysta skończył, podał mu lusterko. Erwin zobaczył swoje oblicze z zapadniętymi policzkami, podbitymi oczami i pokrwawionymi, spierzchniętymi wargami. Następnie ucharakteryzowano Jolandę. Spojrzał na jej bladą, wychudzoną twarz z podkrążonymi oczami. Makijaż był perfekcyjny. Sugerował ostateczny upadek. Zamilkli ponuro. Z powagą wczuwali się w swoje role.
Autobus przeciął rzadki las i skręcił w wąską drogę. Wówczas zobaczyli przyszły plan sesji. Przed ich oczami wyrósł wielki, biały kształt. Ogromna hala z popękanego betonu, jak wrzód na powierzchni Ziemi. Kiedyś na terenie nieczynnego lotniska wybudowano gigantyczny kryty basen. Sztuczna tropikalna laguna została pokryta betonowym dachem z imitacją bezchmurnego nieba. Miała być turystyczną atrakcją w stylu resortów all-inclusive. Jednak sfabrykowana wyspa od dawna była już nieczynna. W powietrze sterczały fragmenty półokrągłych belek z resztkami pokrycia, jak obdarta ze skóry klatka piersiowa prehistorycznego gada.
Wysypali się z autokaru. Znaleźli się na zdewastowanym parkingu, pośród częściowo zdemontowanych pawilonów kasowych. Ponad potłuczonymi szklanymi drzwiami widniał stylizowany napis: Tropical Island. Wejście.
           Koordynator sesji zdjęciowej zebrał ich wokół siebie.
– Kilka słów wprowadzenia. Nastąpiła globalna katastrofa. Jesteście niedobitkami ludzkości. Plądrujecie ruiny cywilizacji. Żyjecie w ciągłym ruchu, jak nomadzi. Buty są symbolem waszej woli przetrwania.
Ktoś z tłumu dorzucił gorzko:
– To jedyna apokalipsa, na jaką zasługujemy. I będziemy w niej zaledwie statystami.
Przed wejściem na plan, ucharakteryzowanym statystom asystenci rozdawali całkiem nowe pary butów. Dwóch brodatych chłopaków siedziało obok stosu kartonowych pudeł. Dowcipkując rozrywali opakowania i wręczali każdemu nową, pachnącą plastykiem parę obuwia. Sztuczni nędzarze w nowych butach udawali się do głównego wejścia.
Weszli pod dziurawą kopułę. Ujrzeli ogromną przestrzeń, puste baseny, zapuszczone sztuczne plaże. Pomosty były przegniłe, wysoko z dachu zwisały połamane rusztowania. W namalowanym horyzoncie widniały wypalone dziury. Syntetyczna tropikalna roślinność została zagłuszona pospolitymi chwastami. W niektórych miejscach unosił się nieznośny smród. Asystenci z krótkofalówkami ustawiali ich zgodnie ze szkicami ze storyboardu.
– Wy tutaj będziecie rozpalać ognisko.
– Wy zbierajcie złom.
– Ty połóż się i leż. Po prostu. Tak jest dobrze.
– Ty stań tutaj.
– Ty w zielonym kombinezonie. Możesz się odwrócić?
         Kilka pierwszych chwil minęło w ekscytacji. Pomocnicy przestawiali ich, poprawiali makijaże, wykrzykiwali do siebie tajemnicze zwroty ponad ich głowami. Wkrótce ogarnęło ich otępienie. Nowe buty grzały i uciskały stopy. Drobny deszcz zaczął padać przez otwory w poszyciu, okrywającym ruiny sztucznej laguny. Ujęcia były powtarzane do znudzenia. Z ulgą powitali zakończenie sesji.
          Wrócili do autobusu. Nad nimi zawisły ciężkie, szare chmury z przebłyskami oślepiającej bieli. Siąpiło bezustannie. Aby się rozgrzać, niektórzy ze statystów wyciągnęli małe butelki sznapsa. W końcu autokar ruszył. Erwin i Jolanda kołysali się apatycznie, zziębnięci i nieco pijani. Znowu minęli niebotyczne, szare wieże. Rozpogodziło się dopiero, kiedy dojeżdżali już do miasta. Droga przed nimi rozjaśniła się w pomarańczowym świetle popołudniowego słońca.
Wówczas usłyszeli niesamowity hałas. Ogromny huk, jak gdyby pękało całe niebo. Jakby sfery przestrzeni trzeszczały, nachodząc na siebie. A potem zobaczyli pierwszą zorzę. Gigantyczne wstęgi czerwieni, fioletu i zieleni falowały na nieboskłonie. Świetliste, opalizujące wachlarze majestatycznie kołysały się ponad ich głowami. Snopy światła rozkwitały nad horyzontem i wystrzeliwały w górę, ku zenitowi. Rozpływały się, jak gasnące płomienie. A potem całe widowisko zaczynało się od nowa.

* * *

środa, 9 sierpnia 2017

6. Nieuchronne rutyny (2)




            19-05-2034, wieczór
Milczenie ćmiło w ich czaszkach jak niewyraźne światło energooszczędnych żarówek. Jolanda zaproponowała spotkanie ze swoim wspólnikiem Peterem Ottenbergiem. Umówili się w knajpce w Mitte. Parapety przed oszklonymi witrynami wyłożono drewnianymi ławkami. Peter siedział przy wąskim stoliku, pomiędzy dwiema hałaśliwymi grupami. Kiedy podeszli, odsunął się z krzesłem, jakby nie chciał, żeby siedzieli zbyt blisko siebie. Szczupły blondyn o jasnej cerze wyglądał jak wyprodukowany z syntetycznych materiałów. Zachowywał się niczym hologram człowieka, pozbawiony ciężaru, nie dotykał przedmiotów, ale stykał się z nimi na krawędziach.
– Podobno dawno cię tu nie było. Jak postrzegasz zmiany? – spytał Erwina, ale bynajmniej nie czekał na odpowiedź. Odchylił głowę i powiedział z zamkniętymi oczami:
– Uwielbiam atmosferę tego miasta. Pachnie jak podniecona nastolatka, która uciekła z domu.
Erwin szybko się domyślił, czemu Jolanda tak bardzo ulegała wpływowi Petera.
Zaczęło się zmierzchać. Udali się na wernisaż malarstwa do niewielkiej galerii mieszczącej się w dawnym sklepie. Na oknie wystawowym wciąż jeszcze widniały resztki napisów. Kilkoro osób dzierżących kieliszki stało w nielicznych grupkach rozrzuconych w pomieszczeniu. Na ścianach wisiały duże, hiperrealistyczne obrazy przedstawiające nędzarzy i bezdomnych leżących na ulicach.
Jolanda natychmiast gdzieś zniknęła. Peter zalewał Erwina nieprzerwanym monologiem, pełnym dygresji, rozgałęzień i zwrotów akcji. Ten słowotok był sposobem na zdominowanie ludzi wokół siebie, a jednocześnie służył zachowaniu dystansu. Po przeciwległej stronie Jolanda rozmawiała z nieznaną dziewczyną. Po chwili wróciła do nich.
– Weźmiemy udział w sesji fotograficznej.
– Tak po prostu? Kto jeszcze robi zdjęcia żywym ludziom?
– Koncepcja autorska. Autentyczna stylizacja.
– Znasz jakieś szczegóły?
– Niezależna reklama. Świat post-apo. Osadnicy wśród ruin starego świata. Klasyka.
Nagle w zwykły wernisażowy tłum zakradła się ekscentryczna para. Gruby mężczyzna, nagi, jeśli nie liczyć skórzanych slipek i maski na głowie prowadzony był przez zaczerwienioną, rozczochraną kobietę w kraciastej spódnicy i bluzce z bufiastymi rękami. Ubranie musiało pochodzić z szafy jakiejś dewotki z poprzedniego wieku. Jolanda z Peterem najwyraźniej ich znali i potraktowali ich najście jako sygnał.
– To już schyłek. Wynosimy się – stwierdzili zgodnie.
Barwne  neony rozmywały się w strugach deszczu spływających po oknie taksówki. Na siedzeniu obok Peter przemawiał swoim monotonnym, skrzekliwym głosem. Trudno pojąć, co musiało dziać się wewnątrz tej głowy. Jego rozgorączkowany egocentryzm popadał w paranoję. Człowiek był tyle irytujący, co wart współczucia.
Wkrótce trafili do starego baru, którego wystrój był stylizowany na jeszcze starszy. Otaczały ich poczerniałe, lśniące od brudu mury. Długa lada z oszlifowanej stali ciągnęła się po lewej stronie. Jolanda z Peterem z miejsca ruszyli do zaciemnionego rogu, który okazał się skrywać wąskie, strome schody. Wszyscy troje zeszli na dół. Znaleźli się w podziemnym pomieszczeniu o sklepionym suficie, którego ściany wyłożono pożółkłą glazurą.
W sali było praktycznie pusto. Dwie dziewczyny tańczyły mocno splecione, bardzo powoli, pomimo szybkiej muzyki. W kącie siedziała samotna kobieta. Po chwili mężczyzna przyniósł jej drinka. Odstawili szklanki na stolik i zaczęli namiętnie się całować, obejmując dłońmi swoje głowy. Kiedy odrywali się od siebie, ich twarze były puste, niemal znudzone. Jolanda i Peter zniknęli. Erwin pozostał sam na środku sali. Stał zdezorientowany.
Nagle dotarło do niego, że od dłuższego czasu nic się nie wydarzyło. Teraźniejszość zamarła. Dziewczyny tańczyły, a para się całowała. Erwin nabrał absurdalnego przekonania, że czas się zatrzymał. Zapętlił się. A potem cała sytuacja powtórzyła na nowo. Dziewczyny tańczyły. Mężczyzna przyniósł drinka kobiecie. Dopiero potem zaczęli się całować.
Erwin osłupiały wciąż sterczał na środku sali. W tym momencie zjawił się Peter i powiedział mu prosto do ucha:
– Zauważyłeś to? Czas się zatrzymał. A potem wszystko się powtórzyło. Czy ja oszalałem?
Erwin spojrzał na niego, ale nic nie odpowiedział.
W drodze powrotnej taksówka stanęła na chwilę pod wiaduktem. Na starych cegłach Erwin ujrzał ciemny osad, gęsty i lepki jak smar. Czarny tłuszcz miasta. Ciemna materia pochłaniała światło. Smoła, niczym fantomowy bliźniak miasta, zawierała w sobie zburzone i niedokończone budowle, ciemność spod mostów, obrzydliwe odgłosy kanalizacji, podarte gazety z nagłówkami koszmarów, potłuczone szkło obietnic, truchła zmutowanych zwierząt, kartonowe niebo bezdomnych, zwęglone nadzieje. Smoła spływała gęstą strugą zbrodniczych myśli okrutnych słów zdeformowanych postaci brnących w porannym półmroku ze swoich nor do rozpalonych pieców między zegary fabryczne a kolistą zachłanność taśm produkcyjnych odcięte członki spakowane w skrzynki na narzędzia konstruktorów miast piramidalnych kłamstw cywilizacji światła elektryczne szyldu kabaretu zakazanych rozrywek dla anonimowych użytkowników zagubionych na rogach ulic peronach skwerach odrażające objawienia kości tłuszczu nafty węgla pokarmów bielizny metalu kamieni pleśni sierści farby.

             20-05-2034, wieczór
            Inteligentny salon pracował w trybie oszczędnym. Światła i klimatyzację wyłączono. Myśląca lodówka rozświetliła się promiennie, kiedy Greta wyjmowała z niej warzywa. Najdroższe, niemodyfikowane genetycznie. Postawiła misę z sałatką na stole. Wiktoria zamknęła się w pokoju i wygłuszyła ściany. Milczenie zawisło nad gruszkami z granatem. Ze swojego gabinetu wyłonił się Uwe. Okulary zsunęły się na koniec jego wąskiego nosa. Pasemka siwizny znaczyły zmierzwione włosy.
Greta usiadła na sofie, zwrócona twarzą do ciemnego okna. W dłoniach trzymała kieliszek białego wina. Nagle powiedziała bardzo cicho i wyraźnie:
– Mam tego dość. Nie chcę tego wszystkiego. Potrzebuję oddechu.
Uwe wstał od stołu i zbliżył się do sofy. Położył ręce na oparciu, tuż obok ramion Grety. Nie obejrzała się. Podszedł do okna. Zapatrzył się w czerwony zmierzch ponad dachami.
– Nie pamiętasz, ile musieliśmy pracować, żeby to osiągnąć?
– Dla ciebie liczą się tylko pieniądze i praca.
– Myślę o naszych uczuciach i wspólnych doświadczeniach. O wyrzeczeniach i lojalności. O więzi między nami.
– Ale świat wymaga wciąż więcej i więcej! Musimy ciągle biec, żeby stać w miejscu!
– Cały czas trzeba walczyć o utrzymanie tego, co mamy. Sama wiesz najlepiej.
– A jednak. Mam dość.
Erwin bez słowa wyszedł  do łazienki. Spłukał twarz zimną wodą, a potem długo patrzył w lustro, na swoją twarz ociekającą strugami kropel. On też czasem miał ochotę zostawić to wszystko. Agencję nieruchomości, którą odziedziczył po ojcu. Tę kapryśną kobietę z obcym dzieckiem, z którą związał swoje życie. Wszystkich klientów i urzędników obskakujących go jak wściekłe psy. On również miał ochotę powiedzieć: „mam tego dość!”. Po prostu bez słowa zamknąć za sobą drzwi i ruszyć przed siebie, dopóki nie padnie z wyczerpania. Po chwili jednak brał głęboki oddech i powstrzymywał się. Jakieś dziwaczne, wpojone mu przez rodziców poczucie obowiązku kazało mu ciągnąć to dalej. Wziął się w garść. Teraz przypomniał sobie o czymś bardzo istotnym. Wrócił do salonu.
– Doskonale cię rozumiem – zaczął łagodnym głosem. – Ja też mam czasem dosyć tego wszystkiego. Ale tu chodzi o przyszłość. O dziecko, o naszych rodziców. O cały ten świat. Mamy zobowiązania. Dostaliśmy wspaniały dar. Powinniśmy go pomnożyć i oddać światu.
– Pomyślmy wreszcie o sobie. Nie chcę nowych zobowiązań.
– Tak. Pomyślmy o sobie.
Chyba każde z nich inaczej rozumiało te słowa.
– Nie chcę tego nowego mieszkania od Erwina. Zgadzam się z Wiktorią.
            – Oczywiście. Świetnie sobie radzimy. Wyjazd i szkołę opłacimy. Ale co z przyszłością? Co ze studiami Wiki? A może za kilka lat będzie chciała założyć własną rodzinę? To jest inwestycja w przyszłość.
            – Daj spokój.
            Uwe przybrał teraz bardziej stanowczy ton.
            – Musimy przekonać Wiktorię, żeby nie odrzucała propozycji swojego ojca. To jest nierozsądne.
            Greta patrzyła na niego bez słowa
            – Trzymajmy się razem. Porozmawiajmy z nią.
           Greta powoli dopiła kieliszek wina, westchnęła ociężale i kiwnęła głową. Zawołali córkę.
           – Wiktoria. Powinniśmy o czymś porozmawiać. Otwierają się przed nami nowe możliwości.
           – Masz tyle pomysłów na życie. Zastanówmy się wspólnie, jak je zrealizować.
            Wiktoria patrzyła na nich zdezorientowana.               
            – Chodźcie, zamówimy pizzę! – zawołał Uwe i klasnął w dłonie. – Z naszej ulubionej trattorii.
            Greta spojrzała na niego posępnym wzrokiem.
           Wystarczyło jedno mrugnięcie oka. Jedynie Greta doznała niezwykłego zawrotu głowy, którym obwiniła wypite wino. Kiedy podeszli do stołu, czekało ich niebywałe zaskoczenie. Na blacie stało otwarte pudełko po pizzy. Jeden niedojedzony kawałek i ogryzione brzegi leżały na tekturze, ciemnej od tłuszczu. Wokół nich otwarte pudełka z sosami. Co więcej, Uwe czuł charakterystyczną ociężałość w żołądku i posmak w ustach. Spojrzeli na siebie. Co się stało? Coś im umknęło? Czyżby czas przeskoczył o jakiś mały trybik w swojej wielkiej, niepojętej machinie?

* * *