23-05-2034
Następny
dzień odmienił całą ekipę. Maszyneria przeistoczyła się w wygłodniałą bestię.
Robotnicy stali się małymi maszynkami podłączonymi do wielkiego mechanizmu.
Nieprzerwany szereg pracowników podlegał segregacji na małe pakiety, rozdzielane
później przez windy i śluzy na poszczególne piętra i segmenty. Moduły pracowały
w różnym tempie, ale w jednym rytmie. We wszystkich punktach styku elementów iskrzyło
napięcie. Cała konstrukcja była naładowana węglowodorami, elektrycznością i
pragnieniem bogactwa. Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, jedynie wykrzykiwali
do siebie komendy i odpowiadali slangowymi zwrotami, jak w chóralnych
pieśniach. Drenowali coraz głębiej i wydobywali coraz gorszy produkt. Gęstą
materię pompowali do zbiorników lub przesyłali rurociągami do rafinerii.
Stołówka
stała się najbardziej nieprzyjemnym pomieszczeniem na całej platformie,
wypełniona ciężką atmosferą agresywnej mobilizacji. Wyczerpany mężczyzna niemal
wpadł na Luisę. Jego ziemista twarz zawisła nad nią jak chory księżyc.
–
Brian! Co z tobą?
Konserwator
Brian Dust wpatrywał się w nią, jakby jej nie poznawał. Z wahaniem wykonał krok
do tyłu. W końcu jednak odpowiedział.
–
Widzisz, co się dzieje.
–
Już chyba nikt nad tym nie panuje. Martwię się o was.
–
Tu chodzi o coś więcej.
–
Wykończycie się.
–
Musisz coś zobaczyć. Masz wolną chwilę?
Zrezygnowali
z posiłku. Prowadząc ją korytarzami, Brian ostrzegł:
–
Nie wiem, czy się zgodzi. Utrzymuje to w tajemnicy.
Znaleźli
się w części badawczej, gdzie umieszczono pracownie naukowe. Zatrzymali się przed
jednym z pokojów.
–
Damian? Wpuścisz nas?
Ogromny
mężczyzna stanął w drzwiach. Spoglądał na nich bez słowa.
–
To jest zaufana osoba. Luisa Figueira. Ona złożyła raport.
Chciała
zaprotestować. W tym momencie olbrzym cofnął się w głąb pomieszczenia.
–
Wejdźcie.
Luisa
poczuła się komfortowo w aseptycznym wystroju prowizorycznego laboratorium. Nie
znała przeznaczenie większości sprzętów. Wśród nich dominował osadzony na
masywnej podstawie wysoki metalowy walec, z którego wystawały niklowane rurki i
czarne kable. Przeszkadzał jej jedynie ostry zapach, drażniący powonienie.
–
Powtórzysz nam, co odkryłeś?
Oceanolog
ciężko opadł na obrotowe krzesło. Sprawiał wrażenie kogoś ogarniętego depresją.
–
Mogę powiedzieć jedynie o tym, czego nie wiem. To mnie przerasta. Nie sposób
tego pojąć ani doświadczyć.
Oddychał
ciężko.
–
To, co bierzemy za twardy grunt, kamień czy skały, podlega niezauważalnym,
ciągłym przemianom. Stały ląd znajduje się w bardzo powolnym, ale bezustannym
ruchu. Krajobraz, wśród którego żyjemy, nie jest stanem ostatecznym. Nasza
planeta wciąż się zmienia. Kiedyś nie było tu atmosfery, gór, oceanów. I kiedyś
to wszystko zniknie. Powróci do pierwotnego chaosu cząsteczek.
Luisa
zrozumiała, że Damian jest osobnikiem, którego trzeba podrażnić, żeby się
otworzył.
–
To nie jest odpowiedź. Co wy tam znaleźliście?
–
Po kolei – odparł oceanolog. – Zacznijmy od tego, co jest na zewnątrz.
Powierzchnia Ziemi nie jest jednolita. To płyty skalne wielkości kontynentów,
które dryfują po bardziej płynnej warstwie, nazywanej płaszczem Ziemi. Gigantyczne
płaszczyzny poruszają się w różnych kierunkach i z różnymi prędkościami, jak
ogromna, ruchoma układanka na powierzchni mocno spłaszczonej sfery. Pod nimi
znajduje się warstwa gorącej i płynnej, kleistej skały. Poniżej jest ciekłe
jądro zewnętrzne, a wewnątrz niego jądro stałe. Geolodzy sądzą, że wnętrze
jądra składa się z mieszaniny metalicznych pierwiastków w stanie ciekłym, i to
one odpowiadają za pole magnetyczne naszej planety.
–
Sądzą? A więc to nie jest potwierdzone doświadczalnie? – tym razem odezwał się
Brian. Sprawiał wrażenie zawiedzionego.
–
Całą wiedzę czerpiemy z pośrednich źródeł, z wnioskowania i analogii, na
podstawie praw chemicznych i fizycznych. W istocie we wnętrzu Ziemi znajduje
się jakby małe słońce. A my staramy się odgadnąć, co wypełnia wnętrze tego
podziemnego słońca. Dotąd wydawało się, że na takiej głębokości, przy takim
ciśnieniu i temperaturze nie przetrwa żaden żywy organizm. Tymczasem okazuje
się, że głęboko we wnętrzu naszej planety żyją mikroorganizmy dostosowane do
tych warunków. Być może to one odpowiadają za powstawanie złóż metali
szlachetnych, gazów, czy właśnie ropy naftowej. Niektórzy twierdzą, że pod
ziemią jest znacznie większa ilość biomasy niż na powierzchni.
–
Ale wciąż czegoś wam brakuje, prawda? – dociekała Luisa.
–
Wciąż czegoś brakuje – przyznał Damian. – Nie wiemy, jak z materii nieożywionej
powstały substancje organiczne. Badacze szukają brakującego ogniwa. Od dawna
postulowali istnienie subtelnej energii, która miałaby przenikać kosmos. Flogiston,
eter, élan vital, ulotna esencja, za sprawą której martwa materia miałaby stać
się źródłem życia. Nikt jej nie odkrył, ale ustalono dwie hipotetyczne zasady.
Po pierwsze, można ją pobudzić impulsem elektrycznym. Po drugie, znajduje się w
jednych substancjach, natomiast jest nieobecna w innych. Stąd powstało
rozróżnienie na chemię organiczną i nieorganiczną. Jednak to wszystko nie jest
takie proste. Nie ma jasnej granicy rozdzielającej prawdę i fałsz. Wiecie, co
to jest krzywa dzwonowa?
–
Miałam to na zajęciach ze statystyki – przypomniała sobie Luisa.
–
A więc wiesz, o co chodzi. Kiedy wszystkie dane z doświadczeń rozmieścimy na
wykresie, częstotliwość wzrasta do pewnego punktu, a potem maleje, wykreślając
kształt podobny do dzwonu. Tam gdzie jest wierzchołek krzywej, tam wyznaczamy
kulminację zjawiska. Jednak oprócz tego jest wiele faktów pośrednich, które
jedynie częściowo mieszczą się w teorii. Istnieje jedynie zmienna chmura
prawdopodobnych zdarzeń, która rozrzedza się na krawędziach, aż do zupełnego
nieprawdopodobieństwa. Mamy więc płaszcz Ziemi, wiemy z czego składa się
wnętrze planety, ale to nie rozwiązuje wszystkich kwestii. Czemu jądro Ziemi
nie zapada się do wewnątrz? Czemu nie eksploduje? Czemu nie wypłynie? Czemu
powstają bieguny magnetyczne? Gdzie się podział dwutlenek węgla ze spalania?
Otaczają nas tajemnice. Niedokończone zdania natury wypowiedziane w języku,
którego nie potrafimy rozszyfrować.
W
tym momencie Damian spojrzał na Briana, a ten skinął głową. Obydwaj podeszli do
metalowej szafki, przypominającej małą hotelową lodówkę. Damian wyjął z niej pojemnik
z mlecznobiałego plastyku.
–
Musimy zgasić światło. Ta substancja traci swoje właściwości pod wpływem fal
świetlnych. Jakichkolwiek, włącznie z ultrafioletem.
Pomieszczenie
nie miało okien, wystarczyło przekręcić włącznik. Odczekali chwilę, aż oczy
przyzwyczaiły się do ciemności. Wówczas Damian otworzył pudełko. Ciemna
materia, gęsta i lepka, wydawała się mienić w oczach.
–
Nie mam pojęcia, co to może być – Mørk zasępił się i spuścił głowę. – To coś
nie powinno istnieć. Żywe organizmy i ropa naftowa składają się głównie z
węglowodorów. Tymczasem tutaj jest jeszcze dwutlenek węgla, amoniak, siarka,
ołów, enzymy i aminokwasy. Oraz nadspodziewanie dużo żelaza. Połączenie
substancji trujących i podstawowych składników żywych organizmów. Taki mógłby
być skład chemiczny piekła.
–
Smoła. Żywa smoła – stwierdził Brian.
–
Smoła? Niech będzie – zgodził się Damian. – Może ona gromadzi cały zaginiony
dwutlenek węgla? Może ona wypełnia wnętrze Ziemi? Może to jest pochodna tej
substancji, z której wzięła się pierwsza materia organiczna? A może to jakiś
rodzaj podziemnej bakterii albo grzyba? Może to jakieś śluzowce, żyjące głęboko
pod powierzchnią? Może ta substancja obdarzona jest inteligencją, jakiej nie
potrafimy sobie wyobrazić? Nie wiem. Nie wiem. Mam wrażenie, że stoimy u progu
nieznanego. I w takim samym stopniu boję się pomyłki, jak i tego, że mogę mieć
rację.
* * *



