piątek, 11 sierpnia 2017

6. Nieuchronne rutyny (3)



                21-05-2034
          Długo po przybyciu na miejsce wyjazdu Erwin wciąż był otępiały. Podobnie jak grupa pozostałych osób, które zebrały się pod jednym ze studiów produkcyjnych w dawnych halach fabrycznych. Ruszyli w drogę niedużym autobusem o obłych kształtach i smętnie zakurzonych szybach. Erwin niemrawo spoglądał przez okno na przesuwający się miejski krajobraz. Znaki towarowe na dachach wieżowców płynęły w powietrzu ponad miastem, podniebna defilada majestatycznych bogów zeszłego wieku: MERCEDES, OPEL, SONY, LUFTHANSA, DEUTSCHE BAHN.
Przecięli Treptow i Köpenick, po czym udali się na południe. Minęli lotnisko. Dojechali na peryferie miasta.  W oddali majaczyły potężne betonowe słupy, pozostałości wojen energetycznych. Dawniej służyły jako wieże zdalnej obrony przed dronami, inteligentnymi rakietami i atakiem chemicznym. Obecnie pełniły funkcję stacji klimatycznych, tańszych niż satelity pogodowe. Pozwalały utrzymać stałą temperaturę i wilgotność, ale przede wszystkim powstrzymywały spaliny napływające z Europy Wschodniej.
W tym samym momencie w przejściu pomiędzy siedzeniami pojawił się niewysoki chłopak w czapce z daszkiem. Przysiadł na wolnym miejscu,  otworzył metalową kasetkę z niklowanymi okuciami i wydobył swoje narzędzia mistyfikacji. Erwin posłusznie poddał się zabiegom. Kiedy makijażysta skończył, podał mu lusterko. Erwin zobaczył swoje oblicze z zapadniętymi policzkami, podbitymi oczami i pokrwawionymi, spierzchniętymi wargami. Następnie ucharakteryzowano Jolandę. Spojrzał na jej bladą, wychudzoną twarz z podkrążonymi oczami. Makijaż był perfekcyjny. Sugerował ostateczny upadek. Zamilkli ponuro. Z powagą wczuwali się w swoje role.
Autobus przeciął rzadki las i skręcił w wąską drogę. Wówczas zobaczyli przyszły plan sesji. Przed ich oczami wyrósł wielki, biały kształt. Ogromna hala z popękanego betonu, jak wrzód na powierzchni Ziemi. Kiedyś na terenie nieczynnego lotniska wybudowano gigantyczny kryty basen. Sztuczna tropikalna laguna została pokryta betonowym dachem z imitacją bezchmurnego nieba. Miała być turystyczną atrakcją w stylu resortów all-inclusive. Jednak sfabrykowana wyspa od dawna była już nieczynna. W powietrze sterczały fragmenty półokrągłych belek z resztkami pokrycia, jak obdarta ze skóry klatka piersiowa prehistorycznego gada.
Wysypali się z autokaru. Znaleźli się na zdewastowanym parkingu, pośród częściowo zdemontowanych pawilonów kasowych. Ponad potłuczonymi szklanymi drzwiami widniał stylizowany napis: Tropical Island. Wejście.
           Koordynator sesji zdjęciowej zebrał ich wokół siebie.
– Kilka słów wprowadzenia. Nastąpiła globalna katastrofa. Jesteście niedobitkami ludzkości. Plądrujecie ruiny cywilizacji. Żyjecie w ciągłym ruchu, jak nomadzi. Buty są symbolem waszej woli przetrwania.
Ktoś z tłumu dorzucił gorzko:
– To jedyna apokalipsa, na jaką zasługujemy. I będziemy w niej zaledwie statystami.
Przed wejściem na plan, ucharakteryzowanym statystom asystenci rozdawali całkiem nowe pary butów. Dwóch brodatych chłopaków siedziało obok stosu kartonowych pudeł. Dowcipkując rozrywali opakowania i wręczali każdemu nową, pachnącą plastykiem parę obuwia. Sztuczni nędzarze w nowych butach udawali się do głównego wejścia.
Weszli pod dziurawą kopułę. Ujrzeli ogromną przestrzeń, puste baseny, zapuszczone sztuczne plaże. Pomosty były przegniłe, wysoko z dachu zwisały połamane rusztowania. W namalowanym horyzoncie widniały wypalone dziury. Syntetyczna tropikalna roślinność została zagłuszona pospolitymi chwastami. W niektórych miejscach unosił się nieznośny smród. Asystenci z krótkofalówkami ustawiali ich zgodnie ze szkicami ze storyboardu.
– Wy tutaj będziecie rozpalać ognisko.
– Wy zbierajcie złom.
– Ty połóż się i leż. Po prostu. Tak jest dobrze.
– Ty stań tutaj.
– Ty w zielonym kombinezonie. Możesz się odwrócić?
         Kilka pierwszych chwil minęło w ekscytacji. Pomocnicy przestawiali ich, poprawiali makijaże, wykrzykiwali do siebie tajemnicze zwroty ponad ich głowami. Wkrótce ogarnęło ich otępienie. Nowe buty grzały i uciskały stopy. Drobny deszcz zaczął padać przez otwory w poszyciu, okrywającym ruiny sztucznej laguny. Ujęcia były powtarzane do znudzenia. Z ulgą powitali zakończenie sesji.
          Wrócili do autobusu. Nad nimi zawisły ciężkie, szare chmury z przebłyskami oślepiającej bieli. Siąpiło bezustannie. Aby się rozgrzać, niektórzy ze statystów wyciągnęli małe butelki sznapsa. W końcu autokar ruszył. Erwin i Jolanda kołysali się apatycznie, zziębnięci i nieco pijani. Znowu minęli niebotyczne, szare wieże. Rozpogodziło się dopiero, kiedy dojeżdżali już do miasta. Droga przed nimi rozjaśniła się w pomarańczowym świetle popołudniowego słońca.
Wówczas usłyszeli niesamowity hałas. Ogromny huk, jak gdyby pękało całe niebo. Jakby sfery przestrzeni trzeszczały, nachodząc na siebie. A potem zobaczyli pierwszą zorzę. Gigantyczne wstęgi czerwieni, fioletu i zieleni falowały na nieboskłonie. Świetliste, opalizujące wachlarze majestatycznie kołysały się ponad ich głowami. Snopy światła rozkwitały nad horyzontem i wystrzeliwały w górę, ku zenitowi. Rozpływały się, jak gasnące płomienie. A potem całe widowisko zaczynało się od nowa.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz