21-05-2034
Długo po przybyciu na miejsce
wyjazdu Erwin wciąż był otępiały. Podobnie jak grupa pozostałych osób, które
zebrały się pod jednym ze studiów produkcyjnych w dawnych halach fabrycznych.
Ruszyli w drogę niedużym autobusem o obłych kształtach i smętnie zakurzonych
szybach. Erwin niemrawo spoglądał przez okno na przesuwający się miejski krajobraz.
Znaki towarowe na dachach wieżowców płynęły w powietrzu ponad miastem,
podniebna defilada majestatycznych bogów zeszłego wieku: MERCEDES, OPEL, SONY,
LUFTHANSA, DEUTSCHE BAHN.
Przecięli Treptow i Köpenick,
po czym udali się na południe. Minęli lotnisko. Dojechali na peryferie miasta. W oddali majaczyły potężne betonowe słupy,
pozostałości wojen energetycznych. Dawniej służyły jako wieże zdalnej obrony
przed dronami, inteligentnymi rakietami i atakiem chemicznym. Obecnie pełniły
funkcję stacji klimatycznych, tańszych niż satelity pogodowe. Pozwalały
utrzymać stałą temperaturę i wilgotność, ale przede wszystkim powstrzymywały
spaliny napływające z Europy Wschodniej.
W tym samym momencie w przejściu pomiędzy siedzeniami pojawił
się niewysoki chłopak w czapce z daszkiem. Przysiadł na wolnym miejscu, otworzył metalową kasetkę z niklowanymi
okuciami i wydobył swoje narzędzia mistyfikacji. Erwin posłusznie poddał się
zabiegom. Kiedy makijażysta skończył, podał mu lusterko. Erwin zobaczył swoje oblicze z zapadniętymi policzkami, podbitymi oczami i pokrwawionymi,
spierzchniętymi wargami. Następnie ucharakteryzowano Jolandę. Spojrzał na jej
bladą, wychudzoną twarz z podkrążonymi oczami. Makijaż był perfekcyjny.
Sugerował ostateczny upadek. Zamilkli ponuro. Z powagą wczuwali się w swoje
role.
Autobus przeciął rzadki las i skręcił w wąską drogę. Wówczas
zobaczyli przyszły plan sesji. Przed ich oczami wyrósł wielki, biały kształt. Ogromna
hala z popękanego betonu, jak wrzód na powierzchni Ziemi. Kiedyś na terenie
nieczynnego lotniska wybudowano gigantyczny kryty basen. Sztuczna tropikalna laguna
została pokryta betonowym dachem z imitacją bezchmurnego nieba. Miała być
turystyczną atrakcją w stylu resortów all-inclusive.
Jednak sfabrykowana wyspa od dawna była już nieczynna. W powietrze sterczały
fragmenty półokrągłych belek z resztkami pokrycia, jak obdarta ze skóry klatka
piersiowa prehistorycznego gada.
Wysypali się z autokaru. Znaleźli się na zdewastowanym
parkingu, pośród częściowo zdemontowanych pawilonów kasowych. Ponad
potłuczonymi szklanymi drzwiami widniał stylizowany napis: Tropical Island. Wejście.
Koordynator sesji zdjęciowej zebrał
ich wokół siebie.
– Kilka słów wprowadzenia. Nastąpiła globalna katastrofa.
Jesteście niedobitkami ludzkości. Plądrujecie ruiny cywilizacji. Żyjecie w
ciągłym ruchu, jak nomadzi. Buty są symbolem waszej woli przetrwania.
Ktoś z tłumu dorzucił gorzko:
– To jedyna apokalipsa, na jaką zasługujemy. I będziemy w
niej zaledwie statystami.
Przed wejściem na plan, ucharakteryzowanym statystom
asystenci rozdawali całkiem nowe pary butów. Dwóch brodatych chłopaków
siedziało obok stosu kartonowych pudeł. Dowcipkując rozrywali opakowania i
wręczali każdemu nową, pachnącą plastykiem parę obuwia. Sztuczni nędzarze w nowych
butach udawali się do głównego wejścia.
Weszli pod dziurawą kopułę. Ujrzeli ogromną przestrzeń, puste
baseny, zapuszczone sztuczne plaże. Pomosty były przegniłe, wysoko z dachu
zwisały połamane rusztowania. W namalowanym horyzoncie widniały wypalone
dziury. Syntetyczna tropikalna roślinność została zagłuszona pospolitymi
chwastami. W niektórych miejscach unosił się nieznośny smród. Asystenci z krótkofalówkami
ustawiali ich zgodnie ze szkicami ze storyboardu.
– Wy tutaj będziecie rozpalać ognisko.
– Wy zbierajcie złom.
– Ty połóż się i leż. Po prostu. Tak jest dobrze.
– Ty stań tutaj.
– Ty w zielonym kombinezonie. Możesz się odwrócić?
Kilka pierwszych chwil minęło w
ekscytacji. Pomocnicy przestawiali ich, poprawiali makijaże, wykrzykiwali do
siebie tajemnicze zwroty ponad ich głowami. Wkrótce ogarnęło ich otępienie.
Nowe buty grzały i uciskały stopy. Drobny deszcz zaczął padać przez otwory w
poszyciu, okrywającym ruiny sztucznej laguny. Ujęcia były powtarzane do
znudzenia. Z ulgą powitali zakończenie sesji.
Wrócili do autobusu. Nad nimi
zawisły ciężkie, szare chmury z przebłyskami oślepiającej bieli. Siąpiło
bezustannie. Aby się rozgrzać, niektórzy ze statystów wyciągnęli małe butelki
sznapsa. W końcu autokar ruszył. Erwin i Jolanda kołysali się apatycznie,
zziębnięci i nieco pijani. Znowu minęli niebotyczne, szare wieże. Rozpogodziło
się dopiero, kiedy dojeżdżali już do miasta. Droga przed nimi rozjaśniła się w
pomarańczowym świetle popołudniowego słońca.
Wówczas usłyszeli niesamowity hałas. Ogromny huk, jak gdyby
pękało całe niebo. Jakby sfery przestrzeni trzeszczały, nachodząc na siebie. A
potem zobaczyli pierwszą zorzę. Gigantyczne wstęgi czerwieni, fioletu i zieleni
falowały na nieboskłonie. Świetliste, opalizujące wachlarze majestatycznie
kołysały się ponad ich głowami. Snopy światła rozkwitały nad horyzontem i
wystrzeliwały w górę, ku zenitowi. Rozpływały się, jak gasnące płomienie. A
potem całe widowisko zaczynało się od nowa.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz