22-05-2034
Od pewnego czasu Erwina
nawiedzała seria realistycznych snów, coraz brutalniej przebijających się do
świadomości. Tym razem obydwoje z Jolandą znaleźli się w jednym z
charakterystycznym amerykańskich barów z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Siedzieli
obok siebie na wysokich stołkach przy długiej ladzie, obramowanej aluminiowymi
listwami. Pili mleczne koktajle. Biel bitej śmietany na szczycie wysokich
szklanek raziła oczy. Spojrzeli na siebie. I wówczas, niespodziewanie, w
szybkim odruchu drapieżnika, rozwarli szeroko usta i nawzajem połknęli swoje
głowy. To nielogiczne i niemożliwe, ale we śnie stało się całkiem naturalne. Wzajemnie
trzymali swoje głowy w zębach. Szarpali, próbując się uwolnić, a jednocześnie
mocniej zaciskali szczęki. Wysiłek i szok sprawiły, że Erwin się obudził.
Kupiony kilka dni temu solarny
czajnik zdążył już się popsuć. Nie był w stanie zagotować wody. Na szczęście do
kawy instant niepotrzebny był wrzątek. Erwin siedział zasępiony przy kuchennym
stole, próbując zatrzeć przykre wrażenia po wczorajszej sesji fotograficznej. W
otępiałej głowie błyskały dwie myśli, jak lampki w automacie do gry. Spotkać
się z córką. Uciekać stąd.
Zadzwonił do Wiktorii.
–
Tak, ojcze? Czemu zaszczycasz mnie swoją perpetualną uwagą?
–
Spotkajmy się dzisiaj. Osobiście.
–
Ależ mój czcigodny rodzicielu, nie pojmuję. Minęło ledwie mgnienie oka, odkąd
mieliśmy już przyjemność o tym konwersować. I osiągnęliśmy pewien konsens.
–
Nie rozumiem.
–
Dla mnie to również niepojęte. Aczkolwiek nie śmiem wysnuwać bezpodstawnych
podejrzeń w kwestii funkcjonowania pamięci mojego szacownego ojca.
–
To gdzie możemy się spotkać?
–
Jako rzekłam ówcześnie. Przebywam w Starbucks Coffee przy Rosenthaler Strasse. I
planuję spędzić tutaj całe przedpołudnie.
Co mu się stało? Czyżby cierpiał na zaniki pamięci? Nie zamierzał tracić
czasu na bezcelowe rozważania. Założył kurtkę i sięgnął po klucze do
mieszkania. Wyszedł na korytarz, machinalnie zamknął drzwi i ruszył w dół po
skrzypiących schodach.
Założył
kurtkę i sięgnął po klucze do mieszkania. Zatrzymał się w przedpokoju z
niejasnym wrażeniem, że to już kiedyś się wydarzyło. Wyszedł na korytarz,
machinalnie zamknął drzwi i ruszył
w dół po
skrzypiących schodach.
Doszedł
do głównej ulicy. Ominął kobietę w szarym płaszczu, która dyrygowała gołębiami
przy użyciu starej gazety. Zwykle dawał jej kilka euro, a ona się wzbraniała. Tym
razem jednak nie miał drobnych. Niemal wpadł na krępego mężczyznę kroczącego
dziarsko w skafandrze płetwonurka. W końcu stanął na przejściu ulicznym. Obok
niego dwie dziewczyny czekały na zmianę świateł. Usłyszał, jak jedna mówiła do
drugiej:
– Słyszałaś? Cały Potsdamer Platz jest zamknięty. Ludzie są wściekli.
Nieoczekiwanie
tramwaj skręcił w prawo kilka przecznic wcześniej. Erwin znowu pomylił linię? A
w zasadzie kiedy wsiadł do wagonu? Znowu nie mógł sobie przypomnieć. Tramwaj
zjechał w dół Bernauerstrasse, aż dowiózł go pod centralny dworzec kolejowy.
Erwin musiał zawrócić do Fredrichstrasse, a potem wsiąść w jeszcze jeden
tramwaj, aby dotrzeć na miejsce spotkania.
Ruszył Invalidenstrasse. Z daleka zobaczył zbiegowisko blokujące jezdnię.
Zagłębił się w zdezorientowany tłum ludzi. Barierki i kordony policjantów odgradzały
cały kwartał ulic. Za nimi gromadziły się biało-zielone wozy policyjne, karetki
pogotowia i jakieś wojskowe pojazdy bojowe.
W
głębi wąskiego, podłużnego placu powinien był zobaczyć brunatno-zieloną
sylwetkę wysokiego budynku szpitala. Tymczasem w prześwicie widoczna była
jedynie szarawa mgła, z której wyłaniały się nachodzące na siebie
niezidentyfikowane kształty. Na oczach wszystkich zgromadzonych odległy
wieżowiec przechodził jakieś wstrząsające metamorfozy. Krawędzie rozmywały się,
a bryła traciła swoją masywność, rozpływając się w mgławicę wirujących cząstek.
Obraz przypominał biały szum na ekranie. Czasem w tej nieokreślonej zamieci
pojawiały się kształty całkiem innych, nieznanych budowli. Wpatrywanie się w
ten chaos wywoływało zawroty głowy i nudności. Służby porządkowe próbowały
rozproszyć zgromadzenie, jednak nie wszczynały alarmu. Erwin uznał całe
zjawisko za jakieś nietypowe zanieczyszczenie atmosfery, o którym wieczorem
dowie się z mediów. Wolał czym prędzej opuścić to miejsce. Spieszył się na spotkanie z córką.
Starbucks Coffee znajdował się w ciężkim, wiekowym budynku,
przypominającym fortecę. Oziębłe światło omiatało beżowe ściany. Wszystko tutaj
sprawiało apatyczne wrażenie, meble, wykładziny, a nawet służbowe uśmiechy baristów
i zastrzeżona prawnie woń kawy. Wszedł na piętro. We wnęce pod szerokim oknem ujrzał
Wiktorię. Wpatrywała się w holograficzne projekcje swojego nanotesu. Usiadł
obok niej, ale nie dała po sobie poznać, że go zauważyła.
–
Wiki, chciałbym z tobą porozmawiać. Sam na sam.
–
Drogi ojcze, proszę o chwilę cierpliwości.
Zanim
córka zdążyła się rozłączyć, holo-ikony zamarły i wyświetlił się znak rozładowanej
baterii. Musieli chwilę odczekać. Zdezorientowany Erwin nie wiedział, jak
zacząć rozmowę.
–
A więc czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
–
Pamiętasz mieszkanie, o którym ci mówiłem?
Chciałbym ci oddać klucze. Ja wyjeżdżam.
Wiktoria
szeroko rozwarła oczy. Kiedy ulegała wzburzeniu, zapominała o swojej językowej manierze
i zaczynała mówić jak przeciętna nastolatka.
–
Ależ tato… Ja nie mogę się na to zgodzić. Nie chcę.
–
Czemu? To jest nasza własność. Twoja matka na pewno byłaby zadowolona.
–
Takie dziedzictwo to dla mnie ciężar. Nie chcę być więźniem tego miasta!
–
Komu mam to oddać, jeśli nie tobie? Komu to wszystko zostawimy?
–
Jest tylu bezdomnych. Tutaj przybywają wciąż nowi ludzie!
–
A ty… Co chcesz robić? W przyszłości?
–
Chcę stąd wyjechać. Zamieszkać na wsi albo na wyspie. Założyć własne
plemię uciekinierów i ukryć się w lasach północy. Może w Norwegii.
Erwin
bezradnie wzruszył ramionami.
–
A ja chciałbym was wspierać.
Wiktoria
posmutniała.
–
Nie ma żadnych nas.
–
Ale wy musicie trzymać się razem. To ważne, żebyś ty, twoja matka i Uwe…
Wówczas
Wiktorii puściły nerwy. Poczerwieniała, a po jej policzkach spłynęły łzy. Przerwała
mu.
–
Tato, nie rozumiesz. Ja też chcę być w porządku wobec was wszystkich. Ale… Oni
zabiorą mi to mieszkanie. Uwe kradnie dusze kamienicom.
–
Nie rozumiem.
–
On skupuje stare domy i przerabia albo wyburza. Ma taką firmę. Podsłuchałam, że
zdobyli już prawa własności do wszystkich lokalów, oprócz twojego.
–
Nie mogę się im sprzeciwiać. Co mamy zrobić?
Wiktoria
uniosła ku niemu zapłakaną twarz.
–
Tato, ucieknijmy razem!
Nie
miał pojęcia, co odpowiedzieć. Nie chciał jej powstrzymywać. Ale ze wszystkich
sił pragnął ją uchronić przed rozczarowaniem. I tak siedzieli obok siebie,
milczący i ponurzy. Wiele słów cisnęło się Erwinowi na usta, ale miał wrażenie,
że każde z nich wywoła jej histeryczny wybuch. Zresztą już była zapłakana. W
końcu wysunął dłoń i delikatnie chwycił wątłe ramię. Dotyk zawsze niósł otuchę.
Pamiętał, jak głaskał ją po główce, kiedy ledwie sięgała mu do kolan.
–
Nie chcę żebyś była samotna.
–
Jeśli nie wyjedziesz ze mną, sama ucieknę.
–
Wiktorio…
Wiedziała,
że zwracał się do niej pełnym imieniem wówczas, gdy miał jej powiedzieć coś
trudnego do zaakceptowania. Sposępniała. Zaczęła mówić tak samo, jak kiedyś jej
matka.
–
Tato. Nie jestem już dzieckiem. Wiele się wydarzyło. My żyjemy w całkiem innych
światach. Zapomnij o nas. Tak będzie najlepiej. Nie będziemy się ranić.
Rozmowa kompletnie ich wyczerpała. Osowiali
pożegnali się niemrawo.
Erwin znalazł się na ulicy. Szare
niebo zamknęło się nad nimi niczym stalowa kopuła. Blade słońce przesłonięte
chmurami wyglądało jak świetlisty znak praw autorskich. Chciał zakląć, ale
przekleństwo w jego ustach zamieniło się w reklamę natywną.
Osiągnęli horyzont zdarzeń. Nie
sposób przewidzieć, co mogło się wydarzyć, dopóki się nie wydarzyło. A kiedy
już się wydarzyło, było zbyt późno na reakcję. Wszyscy byli winni i wszyscy zostaną
potępieni.
* * *

