środa, 13 września 2017

8. Parking przed Lidlem (1)




22-05-2034
Od pewnego czasu Erwina nawiedzała seria realistycznych snów, coraz brutalniej przebijających się do świadomości. Tym razem obydwoje z Jolandą znaleźli się w jednym z charakterystycznym amerykańskich barów z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Siedzieli obok siebie na wysokich stołkach przy długiej ladzie, obramowanej aluminiowymi listwami. Pili mleczne koktajle. Biel bitej śmietany na szczycie wysokich szklanek raziła oczy. Spojrzeli na siebie. I wówczas, niespodziewanie, w szybkim odruchu drapieżnika, rozwarli szeroko usta i nawzajem połknęli swoje głowy. To nielogiczne i niemożliwe, ale we śnie stało się całkiem naturalne. Wzajemnie trzymali swoje głowy w zębach. Szarpali, próbując się uwolnić, a jednocześnie mocniej zaciskali szczęki. Wysiłek i szok sprawiły, że Erwin się obudził.
Kupiony kilka dni temu solarny czajnik zdążył już się popsuć. Nie był w stanie zagotować wody. Na szczęście do kawy instant niepotrzebny był wrzątek. Erwin siedział zasępiony przy kuchennym stole, próbując zatrzeć przykre wrażenia po wczorajszej sesji fotograficznej. W otępiałej głowie błyskały dwie myśli, jak lampki w automacie do gry. Spotkać się z córką. Uciekać stąd.
Zadzwonił do Wiktorii.
– Tak, ojcze? Czemu zaszczycasz mnie swoją perpetualną uwagą?
– Spotkajmy się dzisiaj. Osobiście.
– Ależ mój czcigodny rodzicielu, nie pojmuję. Minęło ledwie mgnienie oka, odkąd mieliśmy już przyjemność o tym konwersować. I osiągnęliśmy pewien konsens.
– Nie rozumiem.
– Dla mnie to również niepojęte. Aczkolwiek nie śmiem wysnuwać bezpodstawnych podejrzeń w kwestii funkcjonowania pamięci mojego szacownego ojca.
– To gdzie możemy się spotkać?
– Jako rzekłam ówcześnie. Przebywam w Starbucks Coffee przy Rosenthaler Strasse. I planuję spędzić tutaj całe przedpołudnie.
Co mu się stało? Czyżby cierpiał na zaniki pamięci? Nie zamierzał tracić czasu na bezcelowe rozważania. Założył kurtkę i sięgnął po klucze do mieszkania. Wyszedł na korytarz, machinalnie zamknął drzwi i ruszył w dół po skrzypiących schodach.

                                                                                     Założył kurtkę i sięgnął po klucze do mieszkania. Zatrzymał się w przedpokoju z niejasnym wrażeniem, że to już kiedyś się wydarzyło. Wyszedł na korytarz, machinalnie zamknął drzwi i ruszył w dół po skrzypiących schodach.
Doszedł do głównej ulicy. Ominął kobietę w szarym płaszczu, która dyrygowała gołębiami przy użyciu starej gazety. Zwykle dawał jej kilka euro, a ona się wzbraniała. Tym razem jednak nie miał drobnych. Niemal wpadł na krępego mężczyznę kroczącego dziarsko w skafandrze płetwonurka. W końcu stanął na przejściu ulicznym. Obok niego dwie dziewczyny czekały na zmianę świateł. Usłyszał, jak jedna mówiła do drugiej:
– Słyszałaś? Cały Potsdamer Platz jest zamknięty. Ludzie są wściekli.

                                                                                                                                        Nieoczekiwanie tramwaj skręcił w prawo kilka przecznic wcześniej. Erwin znowu pomylił linię? A w zasadzie kiedy wsiadł do wagonu? Znowu nie mógł sobie przypomnieć. Tramwaj zjechał w dół Bernauerstrasse, aż dowiózł go pod centralny dworzec kolejowy. Erwin musiał zawrócić do Fredrichstrasse, a potem wsiąść w jeszcze jeden tramwaj, aby dotrzeć na miejsce spotkania.
Ruszył Invalidenstrasse. Z daleka zobaczył zbiegowisko blokujące jezdnię. Zagłębił się w zdezorientowany tłum ludzi. Barierki i kordony policjantów odgradzały cały kwartał ulic. Za nimi gromadziły się biało-zielone wozy policyjne, karetki pogotowia i jakieś wojskowe pojazdy bojowe.
W głębi wąskiego, podłużnego placu powinien był zobaczyć brunatno-zieloną sylwetkę wysokiego budynku szpitala. Tymczasem w prześwicie widoczna była jedynie szarawa mgła, z której wyłaniały się nachodzące na siebie niezidentyfikowane kształty. Na oczach wszystkich zgromadzonych odległy wieżowiec przechodził jakieś wstrząsające metamorfozy. Krawędzie rozmywały się, a bryła traciła swoją masywność, rozpływając się w mgławicę wirujących cząstek. Obraz przypominał biały szum na ekranie. Czasem w tej nieokreślonej zamieci pojawiały się kształty całkiem innych, nieznanych budowli. Wpatrywanie się w ten chaos wywoływało zawroty głowy i nudności. Służby porządkowe próbowały rozproszyć zgromadzenie, jednak nie wszczynały alarmu. Erwin uznał całe zjawisko za jakieś nietypowe zanieczyszczenie atmosfery, o którym wieczorem dowie się z mediów. Wolał czym prędzej opuścić to miejsce. Spieszył się na spotkanie z córką.
Starbucks Coffee znajdował się w ciężkim, wiekowym budynku, przypominającym fortecę. Oziębłe światło omiatało beżowe ściany. Wszystko tutaj sprawiało apatyczne wrażenie, meble, wykładziny, a nawet służbowe uśmiechy baristów i zastrzeżona prawnie woń kawy. Wszedł na piętro. We wnęce pod szerokim oknem ujrzał Wiktorię. Wpatrywała się w holograficzne projekcje swojego nanotesu. Usiadł obok niej, ale nie dała po sobie poznać, że go zauważyła.
– Wiki, chciałbym z tobą porozmawiać. Sam na sam.
– Drogi ojcze, proszę o chwilę cierpliwości.
Zanim córka zdążyła się rozłączyć, holo-ikony zamarły i wyświetlił się znak rozładowanej baterii. Musieli chwilę odczekać. Zdezorientowany Erwin nie wiedział, jak zacząć rozmowę.
– A więc czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
– Pamiętasz mieszkanie, o którym ci mówiłem?  Chciałbym ci oddać klucze. Ja wyjeżdżam.
Wiktoria szeroko rozwarła oczy. Kiedy ulegała wzburzeniu, zapominała o swojej językowej manierze i zaczynała mówić jak przeciętna nastolatka.
– Ależ tato… Ja nie mogę się na to zgodzić. Nie chcę.
– Czemu? To jest nasza własność. Twoja matka na pewno byłaby zadowolona.
– Takie dziedzictwo to dla mnie ciężar. Nie chcę być więźniem tego miasta!
– Komu mam to oddać, jeśli nie tobie? Komu to wszystko zostawimy?
– Jest tylu bezdomnych. Tutaj przybywają wciąż nowi ludzie!
– A ty… Co chcesz robić? W przyszłości?
– Chcę stąd wyjechać. Zamieszkać na wsi albo na wyspie. Założyć własne plemię uciekinierów i ukryć się w lasach północy. Może w Norwegii.
Erwin bezradnie wzruszył ramionami.
– A ja chciałbym was wspierać.
Wiktoria posmutniała.
– Nie ma żadnych nas.
– Ale wy musicie trzymać się razem. To ważne, żebyś ty, twoja matka i Uwe…
Wówczas Wiktorii puściły nerwy. Poczerwieniała, a po jej policzkach spłynęły łzy. Przerwała mu.
– Tato, nie rozumiesz. Ja też chcę być w porządku wobec was wszystkich. Ale… Oni zabiorą mi to mieszkanie. Uwe kradnie dusze kamienicom.
– Nie rozumiem.
– On skupuje stare domy i przerabia albo wyburza. Ma taką firmę. Podsłuchałam, że zdobyli już prawa własności do wszystkich lokalów, oprócz twojego.
– Nie mogę się im sprzeciwiać. Co mamy zrobić?
Wiktoria uniosła ku niemu zapłakaną twarz.
– Tato, ucieknijmy razem!
Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Nie chciał jej powstrzymywać. Ale ze wszystkich sił pragnął ją uchronić przed rozczarowaniem. I tak siedzieli obok siebie, milczący i ponurzy. Wiele słów cisnęło się Erwinowi na usta, ale miał wrażenie, że każde z nich wywoła jej histeryczny wybuch. Zresztą już była zapłakana. W końcu wysunął dłoń i delikatnie chwycił wątłe ramię. Dotyk zawsze niósł otuchę. Pamiętał, jak głaskał ją po główce, kiedy ledwie sięgała mu do kolan.
– Nie chcę żebyś była samotna.
– Jeśli nie wyjedziesz ze mną, sama ucieknę.
– Wiktorio…
Wiedziała, że zwracał się do niej pełnym imieniem wówczas, gdy miał jej powiedzieć coś trudnego do zaakceptowania. Sposępniała. Zaczęła mówić tak samo, jak kiedyś jej matka.
– Tato. Nie jestem już dzieckiem. Wiele się wydarzyło. My żyjemy w całkiem innych światach. Zapomnij o nas. Tak będzie najlepiej. Nie będziemy się ranić.
Rozmowa kompletnie ich wyczerpała. Osowiali pożegnali się niemrawo.
Erwin znalazł się na ulicy. Szare niebo zamknęło się nad nimi niczym stalowa kopuła. Blade słońce przesłonięte chmurami wyglądało jak świetlisty znak praw autorskich. Chciał zakląć, ale przekleństwo w jego ustach zamieniło się w reklamę natywną.
Osiągnęli horyzont zdarzeń. Nie sposób przewidzieć, co mogło się wydarzyć, dopóki się nie wydarzyło. A kiedy już się wydarzyło, było zbyt późno na reakcję. Wszyscy byli winni i wszyscy zostaną potępieni.

* * *

wtorek, 5 września 2017

7. Głębiej (3)



 
24-05-2034
Długo po przebudzenia Luisa nie była w stanie określić uczucia niepokoju, które nie opuszczało jej przez cały poranek. W końcu przypomniała sobie męczący sen. Znalazła się w swojej rodzinnej Lizbonie, zamarłej nocą. Całe miasto zalewało białe, halogenowe światło. Na ulicach mieszkańcy stali nieruchomo, niczym kamienne posągi. Wszyscy, bez względu na rasę, byli przeraźliwie biali, jak jaskrawe światło penetrujące mrok. Nie potrafiła odgadnąć, czemu ten widok wydawał jej się tak przejmujący.
W czasie południowego posiłku, powietrze w stołówce wibrowało od niepokoju i pogłosek. Doszli już poniżej głębokości ośmiuset metrów. Ciśnienie niemal rozsadzało instalację. Mimo to nie mieli dobrych wyników. Co chwila wybuchały sprzeczki. Każdy drobiazg mógł być powodem awantury. Największym wrogiem była konkurencyjna platforma wiertnicza.
Luisa siedziała sama. Zaprzyjaźnione kobiety manifestacyjnie ominęły jej stolik i zajęły miejsce z dala, koło okien. Brian się nie pojawił. Kiedy wychodziła, usłyszała wyraźny głos za swoimi plecami:
– Nie cierpię jej.
Obejrzała się, jednak nikt nie patrzył w jej stronę.
Udała się do swojego gabinetu. Kartą magnetyczną otworzyła drzwi. Usiadła przy niskim stoliku kawowym, w fotelu skierowanym pod kątem czterdziestu pięciu stopni do fotela po przeciwnej stronie stołu. Sześć godzin później podsumowała listę przypadków. Paranoje, psychozy, urojenia, fobie, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. W pamięci pozostał jej rozbiegany wzrok pacjenta przekonanego, że jego głowa ulegnie implozji. Pokazywał jej niewielkie wgłębienie na skroni jako znak, że jego czaszka miękła i zapadała się do środka. Następny badany nieomal zamęczył ją swoimi psychotycznymi majaczeniami. Wedle niego platforma wiertnicza uległa katastrofie, w której wszyscy zginęli. Nieświadomie przekroczyli granicę między życiem a śmiercią. Załoga i personel stali się upiorami, nawiedzającymi spaloną jednostkę dryfującą na morzu.
Ostatni pacjent nie był w stanie spokojnie usiąść w fotelu.
– Opętał mnie duch zmarłego ojca. Zachowuję się tak samo, jak on kiedyś.
Spojrzała na niego. Mężczyzna był spięty i nienaturalnie przechylony. Dygotał.
– Oddychaj spokojnie. Głębokie wdechy i wydechy.
W drodze powrotnej zrezygnowała z wieczornego posiłku i udała się do izolatki. Ranny robotnik miał nowy opatrunek. Jego lewa ręka wydawała się znacznie krótsza. Trudno było rozpoznać kształt dłoni, na prześcieradle spoczywał jedynie obły biały kikut. Chłopak mamrotał niewyraźne. Luisa pochyliła się nad nim.
– Coraz bliżej… coraz mniej czasu – mówił Lars monotonnym, chrapliwym głosem. Luisa nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Chyłkiem wymknęła się z pokoju.
Kiedy zapadła noc, znalazła się w swojej kabinie. Stała przy oknie, wpatrzona w niespokojną ciemność, gdy odezwał się dyskretny sygnał powiadomienia. Jej przyjaciel łączył się z nią z dalekiego, nierealnego Berlina. W niewielkim prostokącie pojawiła się twarz Erwina Tucholskiego. Za nim widoczny był nieznany pokój zalany chłodnym światłem z monitora.
– Słyszysz mnie?
– Straciłam pewność.
– Niemożliwe.
– A jednak. Mnie samej trudno uwierzyć.
– Zaszły jakieś zmiany?
Nie chciała odpowiadać.
– Bezustannie zachodzą. A jak twoje zdrowie?
– Stabilne. Pojawiły się nowe przypadki?
Próbowała zachować zimną krew.
– Sytuacja wciąż się rozwija.
– W jakim sensie?
– Mamy wiercić głębiej.
Erwin poruszył się gwałtownie. Zdawał się jednocześnie tak bliski i odległy.
– Powinniście przestać!
Nie było go tutaj. Nie rozumiał, co się dzieje.
– Nawet nie należę do zespołu wydobywczego.
– Ale to niebezpieczne dla wszystkich.
– Nie potrafią przyznać się do porażki i wycofać.
– Spróbuję wam pomóc. Nie zostawię was.
Oczywiście.
– Muszę kończyć.
– Bądźmy w kontakcie!
– Do usłyszenia.
Zamknęła laptop. Siedziała bezmyślnie. Pokój rozjaśniała jedynie lampka nocna. Nagle Luisa poczuła wstrząs i szarpnięcie całej konstrukcji. Potem usłyszała głuchy łoskot i szum zasysanego powietrza. Na moment zgasło światło. Włączył się sygnał alarmu. Zapłonęły lampki awaryjne. Wyszła na korytarz. Niedaleko Beta stała przed drzwiami swojej kabiny. Dyszała ciężko, mówiąc:
- Awaria zasilania. Chyba nie ma łączności?
Obydwie skierowały się  w stronę, z której dochodziły hałasy. Podniesione głosy i łomot słychać było w części badawczej oraz na górnych piętrach, gdzie mieściła się sterownia. Grupa ludzi przeszła szybkim krokiem i skręciła w korytarz po prawej. Za nimi podążało dwóch mężczyzn w czarnych kombinezonach i kaskach motocyklowych. W rękach trzymali karabiny lufami do góry. Kolbami poganiali grupę naukowców. Wśród nich Luisa zobaczyła oceanologa Damiana Mørka.
Po lewej stronie widniały otwarte drzwi na pokład. Musiała przyzwyczaić oczy do półmroku i pulsacji pomarańczowego światła. Dopiero po chwili zorientowała się, co widzi. Na pokładzie leżały ciała ochroniarzy. Twarzami do dołu. W ciemnych, lśniących złowrogo kałużach.
Zanim zdążyła cofnąć się i ostrzec towarzyszkę, naprzeciw nich stanął mężczyzna w czarnym, motocyklowym skafandrze i kasku na głowie. Trzymał niewielki karabin lufą do góry. Mówił głosem zniekształconym przez osłonę:
– Pokaż ręce.
Luisa wolno uniosła dłonie wnętrzem do góry. Mężczyzna wskazał kolbą kierunek.
– Idźcie za nimi.
Obydwie kobiety, nie patrząc na siebie, ruszyły korytarzem.

* * *