sobota, 16 grudnia 2017

9. Elegia dla E. (2)




 26-05-2034
Coś dziwnego działo się z miastem. Zapadało się w głąb swoich niespokojnych snów, wstrząsane nieświadomymi konwulsjami. Coraz częściej horyzont rozświetlały łuny pożarów. Niektóre budynki znikały z dnia na dzień, gdzie indziej w nieoczekiwanych miejscach pojawiały się nieznane budowle. Obcy przybysze zaludniali ulice wyłączone z ruchu. Władze nie wydały oficjalnego oświadczenia, jednak ogłoszono stan wyjątkowy. Odizolowane dzielnice zaczynały żyć własnym życiem.
Z kolei sam Berlin został odcięty od reszty kraju. Miasto otoczono kordonem sanitarnym. Oficjalne media milczały, rozchodziły się jedynie pogłoski o niejasnych incydentach w odległych landach Badenii-Wirtembergii czy Nadrenii Północnej-Westfalii. W remizach i domach parafialnych zbierali się krótko ostrzyżeni mężczyźni w czarnych, ortalionowych kurtkach. Drogi dojazdowe do miast blokowały konwoje furgonetek i autobusów z zasłoniętymi oknami. Podobne wypadki zachodziły w innych częściach Europy.
Wielki ruch składał się z milionów drobnych przesunięć. Wśród nich Erwin podążał na spotkanie z Holgarem. Estakada kolejki mijała szeregi kamienic zagubionych wśród bezdroży czasu. Szare, rozmyte niebo rozpościerało się nad nimi niczym panoramiczny obraz amnezji, skompresowane glitche wieczności. Kolejka wjechała do tunelu. Podziemne nurty emanowały mięsistą ciemnością pogłosy krzyków cienie sylwetek na murach zamazane napisy potłuczone szkło dzikie uśmiechy głodne oczy kwaśny zapach nędzy chwasty pochyłe ogrodzenie cegły kominy obcy zmierzch.
Holgar czekał już na niego przy kontuarze ulicznego baru. Przy wysokim, chybotliwym stoliku dwaj zawiani mężczyźni sączyli piwo z butelek. Przed nimi na tackach stygły kiełbaski posypane curry. Za ladą garbiła się drobna kobieta o wymizerowanej twarzy z sinożółtymi obwódkami wokół oczu. Jej zaniedbana cera sugerowała emigrantkę z totalitarnej Europy Wschodniej. W głębi kontenera połyskiwały rzędy niewielkich buteleczek. Erwin spodziewał się, że jego decyzja może być dla prawnika pewnym zaskoczeniem. Postanowił przedtem nieco wybadać grunt.
– Zanim zaczniemy, Holgar. Ta kamienica, to mieszkanie… Czy możesz powiedzieć coś więcej? Mam wrażenie, że kryje jakąś tajemnicę.
Holgar rzucił mu baczne spojrzenie.
– Nie zajmuję się nieruchomościami. Moją specjalnością są mediacje między ludźmi.
Ta odpowiedź wprawiła Erwina w zdumienie. Natychmiast się wycofał.
– Czy powinienem o czymś wiedzieć?
– Być może. O zamiarach ukrytych za faktami.
O czym on mówił? O tajemniczym pokoju w głębi? O nieoczekiwanym powinowactwie? O przeszłości jego rodziny? Erwin odczuł dezorientację. Odkąd tu się zatrzymał, w jego życiu pojawiało się coraz więcej zagadek.
Holgar spuścił wzrok.
– Ktoś chciał się z tobą spotkać. On sam wyjaśni to najlepiej.
Erwin z daleka rozpoznał charakterystyczną sylwetkę. Szczupła, koścista postać, niesymetrycznie przechylona, zbliżała się, uważnie lawirując między przechodniami. Pofalowane, siwiejące włosy otaczały skupioną twarz o ściągniętych, ascetycznych rysach. Holgar podjął swoją ulubioną rolę prezentera.
– Wy się znacie, prawda?
Uwe Hillebrandt zwrócił się bezpośrednio do Tucholsky’ego.
– Tak, oczywiście. Bardzo cię szanuję, Erwin. Nakłoniłem do tego spotkania naszego wspólnego przyjaciela.
Erwin instynktownie cofnął się i napiął mięśnie.
– Do czego zmierzasz?
– Razem możemy wiele zdziałać.
– Co masz na myśli?
– Twoja sytuacja otwiera nowe możliwości – Uwe poprawił okulary i śmiało spojrzał mu w twarz. – Ta kamienica… Nie wiem, czemu ludzie tak uporczywie trzymają się przeszłości. Przecież to zwykła czynszówka budowana najtańszym kosztem.
– W dzisiejszych czasach trzeba współpracować – zawtórował mu Holgar. – Tylko spółki mają szanse przetrwać.
– Jak widzę, wy już współpracujecie.
Erwin zamknął oczy. Aura Holgara kołysała się niczym zielony płomień. Uwe skąpany był w kaskadzie szarobłękitnego światła, które przepływało przez niego na wskroś. Z kolei ich obydwu otaczała drgająca czerwona obwódka, przypominająca promień lasera.
Erwin wziął głęboki oddech.
– Zamierzam tu zostać. Nie chcę niczego burzyć ani sprzedawać.
– Zmieniłeś się, Erwin.
– Tylko zmiana jest niezmienna.
Ta krótka rozmowa wprawiła wszystkich w konsternację i nikt nie był zadowolony z rezultatu.
Kiedy Tucholsky wracał ze spotkania, kolejny raz na niebie rozwinęły się spirale zórz magnetycznych. Zielono-błękitne wstęgi wznosiły się wężowymi splotami ku zenitowi. Drgały ponad pochyłym stożkiem Sony Center, mnożyły cienie między drzewami Tiergarten, rozlewały się ponad kopułą Parlamentu, barwiły fale Sprewy i skórę dziwek na Oranienburgerstrasse. Przechodnie zatrzymywali się i filmowali zjawisko, jakby jakakolwiek karta pamięci mogła pomieścić tak ulotną i nieokiełznaną potęgę. A zorze śpiewały. Nostalgiczne wołanie przestworzy, echo przyszłości zawisło ponad światem.
Erwin pomyślał o Klarze, poszukującej sygnałów kosmosu i przygnębionej dewastacją laboratorium. Jednocześnie wciąż miał w pamięci niedawną rozmowę, wpatrzone w niego oczy Holgara i Uwego. Żywiołowo podjął kolejną decyzję. Napisał do Klary:

„Mam dla ciebie propozycję. Musisz zobaczyć mój nowy dom”.

W tym momencie zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy pomyślał „mój”. Dopiero teraz zaczął rozpoznawać tę pustą przestrzeń jako własne miejsce. A miejsce stało się przedłużeniem jego własnej osoby. Z tej ciągłości wyłaniała się nowa tożsamość.
– Elegia dla E.! – usłyszał krzyk. Na szerokim skrzyżowaniu ulic zobaczył dwoje ulicznych performerów. Zaniedbany chłopak w skórzanej kurtce grał na gitarze podłączonej do przenośnego wzmacniacza. Obok niego pospolicie ubrana dziewczyna obiema dłońmi trzymała mikrofon przed zaczerwienioną twarzą. Wykrzykiwała słowa, które Erwin początkowo wziął za hasła polityczne. Po chwili zorientował się, że dziewczyna recytuje jakąś poezję.

Elegia dla E.!
Kiedy umierałaś, wygaszono huty Zagłębia Ruhry, zamknięto kopalnie Lotaryngii i fabryki zegarków w Genewie.
Kiedy umierałaś, gniewni separatyści zablokowali autostrady północnych Włoch.
Kiedy umierałaś, zapłonęły żałobne znicze platform wiertniczych na Morzu Północnym.
Kiedy umierałaś, zaczęły usychać lasy Finlandii i Polski.
Kiedy umierałaś, na własnych kolanach przemierzyłam każdą bruzdę twojego oblicza, od Cabo da Roca do Nordkapp.
Widziałam wyjałowione pola, opustoszałe miasta i przepełnione obozowiska uchodźców.
Kiedy umierałaś, wykasowano twoje dane osobowe z twardego dysku świata.
Twoje zagubione, osierocone dzieci, próbują zagłuszyć lęk  przemocą i seksem.
Trzymałam twoją słabnącą dłoń wygnanej królowej,
Patrzyłam w twoje mętniejące oczy odtrąconej matki.

Dziewczyna zniżyła głos i zaczęła zawodzić jak w transie:

Ubrali cię w ognioodporną wykładzinę samotności.
Zamknęli cię w aerodynamicznej karoserii samotności.
Czuwają nad tobą odrzutowe myśliwce samotności.
Wznoszą się nad tobą żałobne welony spalin samotności.

Jej słowa przeszły w nieartykułowany krzyk. Przekroczyła pewną granicę i straciła kontrolę nad swoja ekspresją. Chłopak coraz brutalniej znęcał się nad gitarą. Przewrócił się i leżał na instrumencie, wykonując groteskowe ruchy frykcyjne. Dziewczyna pogrążyła się w histerycznych konwulsjach. Wzmacniacz przekazywał już tylko jazgotliwe sprzężenia. Erwin współczuł tej młodej parze, która bezskutecznie usiłowała zwrócić na siebie uwagę.

* * *

KONIEC CZĘŚCI 1.

wtorek, 14 listopada 2017

9. Elegia dla E. (1)




25-05-2034
Stali w niewielkiej, prowizorycznej szklarni na tyłach domku działkowego Klary. Rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że pomieszczenie zostało splądrowane i zdewastowane. Grządki zdeptano, regał przewrócono. Na środku ktoś usypał kopiec ziemi i rozbitych doniczek. Między nimi leżały plastykowe pudełka i resztki substancji, która teraz niewiele różniła się od zastygniętego asfaltu. Klara w roboczych rękawicach zdążyła już zamieść część bałaganu i teraz segregowała pozostałości.
– Wyłamali skobel i zniszczyli zamek elektroniczny.
– Musieli mieć fachowy sprzęt. Byli przygotowani?
– Niekoniecznie. Wystarczył silny elektromagnes. Mało subtelne, ale skuteczne.
Wewnątrz domku Erwin zauważył jedynie brak zegara z kukułką. Tym razem jednak meble po obu stronach przejścia zostały odsunięte od ściany, odsłaniając wejścia do dwóch maleńkich, ślepych pomieszczeń, przypominających spiżarnie. Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy półek wypełnionych aparaturą elektroniczną. Wśród sprzętów panował nieporządek, jednak Erwin nie był w stanie ocenić strat.
– Nie przechowuję tutaj kompletnych instalacji. Jedynie komponenty. Ale niektóre elementy były unikatowe – Klara ustawiała przedmioty w rzędach. – Brak konektorów i transponderów. Czasem używaliśmy ich zamiast anten. Nie ma też akumulatorów. Bez nich nie uruchomimy konwerterów i oscylatorów.
– Myślisz, że to celowe działanie?
– Raczej przypadek – odpowiedziała z wahaniem. – Chociaż nie wiem. Nie wiem. Z pewnego punktu widzenia wszystko wydaje się w jakiś sposób zamierzone. Nie sposób wytyczyć wyraźnej granicy między celowością a przypadkiem. Jednak staram się nie popadać w paranoję.
Tego dnia Klara wyglądała inaczej, niż ją zapamiętał. Była zmęczona i blada, spojrzenie jej brązowych oczu przygasło. Miała spękane usta, a cera wyglądała niezdrowo. To co dawniej przydawało jej uroku naturalnego piękna, teraz sprawiało wrażenie zaniedbania. Jedynie jej ruchy były energiczne jak dawniej. Kiedy Erwin zamknął oczy, zobaczył aurę Klary. Około pół metra wokół niej utrzymywał się welon pomarańczowego światła, które wypływało bezpośrednio z punktu umiejscowionego nieznacznie ponad jej głową. Tym razem światło było przygaszone, jakby kurz osiadł na drgających delikatnie promieniach.
Wyszli na zewnątrz. W głębi ogródka, przy ogrodzeniu, na dwóch krzyżakach spoczywał masywny prostokąt  czerwonej blachy.
– W czym mogę pomóc?
– Widzisz, drzwi już naprawiłam. Pomożesz mi je zamontować?
We dwoje z wysiłkiem unieśli ciężkie, metalowe drzwi. Erwin podtrzymywał je od spodu, podczas gdy Klara starała się osadzić je na zawiasach. Po kilku próbach wspólnie zdołali wstawić drzwi we framugę.
– A byliśmy tak blisko odkrycia czegoś nowego – Klara rozgadała się w trakcie pracy. – Amplituda rosła, moc i zakresy były coraz większe. Jakby sygnał kierował się w naszą stronę. Szukał nas. Albo to kosmiczne oszustwo, albo to promieniowanie reaguje na nasze obserwacje. A może jest jeszcze jakiś inny, niewiadomy czynnik?
– Zwykle radioteleskopy umieszczone są z dala od siedzib ludzkich. A poza tym są ogromne.
– W odróżnieniu od konwencjonalnych radioastronomów, my wsłuchujemy się w tak zwane szumy. Dopiero porównanie różnic w zakłóceniach i redundancji sygnału ukazuje regularność. Odbicie niewidzialnego. Cień nas samych. Negatyw fali promieniowania. Nasza fala jest jak echo wibracji całej biomasy Ziemi. A im większa świadomość obiektów, tym większa jest moc sygnału.
– Ale czemu się ukrywacie? Tutaj nie jesteście bezpieczni, jak widać.
– To jedyna możliwość zachowania niezależności. A te przeciwności losu traktuję jako dobry znak. Kiedy odczuwasz opór, to znaczy, że jesteś na drodze do nieznanego.
Klara na próbę zakodowała zamek cyfrowy. A potem zawiesiła kłódkę na skoblu.
Wkrótce Erwin znalazł się na jednej ze stacji metra. Chłodny powiew z tuneli przywołał mu na myśl dzisiejszy poranek u Jolandy. Obudził się u niej w łóżku. Było już jasno. Jolanda siedziała przy swoim antycznym biurku, wpatrzona w monitor. Stanął za nią. Ujrzał zdjęcia znajomej kamienicy. Rozmowa, która nastąpiła, była łatwa do przewidzenia. „Chcesz wykorzystać te zdjęcia do komercyjnych celów?” „Już je wykorzystałam. Realizujemy zlecenie”. „Swoimi zdjęciami zabijasz istotę tego świata. W życiu trzeba uczestniczyć. Nie można go kadrować”. „Nie zgadzam się”. „Chcesz wszystko upłynnić?” „Zastanów się. Nic nie istnieje, dopóki nie powstanie obraz. Żeby obraz powstał, musi być utrwalony. A trwała wartość powstaje z wymiany”. Jolanda była niewzruszona. Erwin czuł jedynie, jak narasta w nim bezsilna wściekłość. „Muszę wyjść”. „Wiesz, gdzie są drzwi”. Po takich słowach niewiele więcej zostało do zrobienia.
Z każdym krokiem ulatniała się z niego złość, pozostawiając jedynie żal i niesmak. Miasto przypominało dekorację filmową, złożoną z fasad i imitacji. Mieszkańcy przemierzali chodniki z obojętnością na twarzach, niczym bezczynni statyści, oczekujący na powtórne ujęcie tej samej sceny.
Erwin znalazł się na ulicy, którą w myślach zaczynał nazywać „swoją”. Przed bramą kamienicy, na trójnożnym taborecie siedział Schulz, palił papierosa i wpatrywał się w niewielką ciężarówkę stojącą na podjeździe. Na burcie widniał napis „Przeprowadzki”.
– Wiedziałem, że nie dadzą rady.
– O czym pan mówisz?
Schulz lekceważąco wskazał pojazd.
– Już się wyprowadzają. To było do przewidzenia. Dawałem im najwyżej pół roku. Sześć miesięcy. I proszę.  Przenoszą się na prowincję. W rodzinne strony.
– A mnie ile dajesz?
Schulz tylko spojrzał na niego i nie odpowiedział.
– Chcą się nas pozbyć. A na nasze miejsce czekają już nowi.
– Ale w zasadzie dlaczego ci lokatorzy się wynoszą?
– Koszty utrzymania. I przepisy – Schulz wystrzelił palcami niedopałek, celując w oponę ciężarówki. – Ta kamienica jest zabytkiem. A to znaczy, że nie można ocieplać budynku. Nie można wymieniać okien. Nie można nawet zamontować inteligentnej instalacji. A teraz jeszcze urząd dzielnicy zapowiedział długotrwały remont. Podobno jakiś deweloper zasadził się na nas. Poza tym słyszał pan, co się dzieje? Wyjeżdżają, póki można opuścić miasto.
– Może też trzeba wyjechać, póki jest czas?
– Widzisz pan, panie Tucholsky, ja mam już pięćdziesiąt lat! Miałem rodzinę, pracę, przyjaciół. Wszystko straciłem. Trafiłem tutaj. I teraz już nigdzie się stąd nie ruszę. To miasto jest brzydkie, uparte i bezczelne, zupełnie jak ja! Dlaczego miałbym się stąd wynosić? Dlaczego miałbym się zmieniać?
Rzucił mu dumne spojrzenie z wysokości swojego zydla i skrzyżował ręce na piersiach.
Erwin dotarł na ostatnie piętro. Z ulgą zamknął za sobą drzwi mieszkania. Przeszedł do pustego pokoju w głębi. Światło padało pionowo przez świetlik w suficie. Wnętrze pokoju rozmywało się w półmroku. Zamknął oczy. Pionowy słup światła rozszczepił się na barwne wiązki subtelnych energii, otoczone polami elektromagnetycznymi, które pulsowały w organicznym ruchu rozszerzania i kurczenia się. Przestrzeń nabrała materialnego wymiaru, pełna niespokojnej czujności, niczym obdarzony świadomością, przezroczysty kryształ.
Pozostał mu jeszcze jeden ważny krok do wykonania. Zadzwonić do swojego przyjaciela i prawnika.
– Holgar? Możemy się spotkać?
Erwin usłyszał niewyraźną odpowiedź. Potem zapadło milczenie.
– Holgar, jesteś zajęty? Musimy porozmawiać
Milczenie przedłużało się.
– Przyjdź do mnie do biura – usłyszał w końcu Erwin.
– Wolałbym nie u ciebie w kancelarii. Gdzieś na mieście.
– W takim razie niech będzie imbiss na rogu Oranienburgerstrasse.
– Jutro po południu.

* * *

poniedziałek, 30 października 2017

8. Parking przed Lidlem (3)



24-05-2034, wczesne popołudnie
Tego mglistego poranka czas jakby zwolnił. A jednak niepostrzeżenie minęło kilka godzin. Erwin siedział pijany w barze. Podobnych lokali było w tym mieście mnóstwo. Pomarańczowe obramowanie wokół witryny, błyskające logo loterii, a przed wejściem holo-reklama piwa, imitująca pożółkłe, plastykowe standy. Szklane półki i lustra wielokrotnie załamywały przestrzeń wnętrza, zmieniając ją w zawiłą figurę niemożliwą. W głębi pomieszczenia wisiał archaiczny telewizor. Na ekranie czarny wóz bojowy pokonywał rów ciągnący się wzdłuż drogi. Na asfalcie spoczywał ponury rząd plastykowych worków.
Od rana był to już chyba trzeci albo czwarty bar, w którym się znalazł. Nie spał w nocy, popadał więc w coraz większą euforię. Osiągnął stan, w którym człowiek zyskuje nadludzką siłę i sprawność, a jedynym znakiem upojenia jest zanik wszelkich zahamowań, bliski szaleństwu. W jego oczach krawędzie przedmiotów nasyciły się kontrastem. Przedmioty straciły swoją masę. Unosiły się w powietrzu. Krzesła, stoły, automaty do gry. Zapanował ten osobliwy, pełen napięcia spokój przed katastrofą. Krótki, przesycony intensywnością moment przed upadkiem, kiedy cały świat zamarł w niezwykłej pozycji ponad otchłanią. Erwin poczuł, że znajduje się na progu oświecenia albo udaru mózgu. Uświadomił sobie, że nadchodzące dni będą kluczowe dla jego losów.
Wyszedł na ulicę. Wszelkie ludzkie czynności wyrwane z kontekstu, stawały się rodzajem wieloznacznego rytuału. Dostawca ciągnął wózek ze skrzynkami. Mężczyzna prowadził dwa psy na czerwonych smyczach. Starsza kobieta wsparta na lasce oglądała holo-projekcje.
Wówczas Erwin dostrzegł coś niezwykłego. Z początku wziął to za nietypowe zjawisko atmosferyczne. Przypadkiem spojrzał na ostatnie piętra domu po drugiej stronie ulicy. Proste linie gzymsów wykrzywiły się, jakby widziane przez soczewkę, a przestrzeń wybrzuszyła się, formując przezroczystą kulę. W jej wnętrzu rozchodziło się światło chłodniejsze i bardziej rozproszone, jak podczas zaćmienia słońca. Materia nabrała ziarnistej faktury, jakby cząsteczki rozdzieliły się i wirowały w przeciwnych kierunkach. Erwin stwierdził, że to złudzenie optyczne albo efekt jego choroby. Wówczas do wnętrza anomalii wleciał ptak. Stworzenie nagle zamarło w powietrzu. Z wysiłkiem poruszając skrzydłami, nieznacznie poruszało się naprzód. Lufcik w górnym rogu okna odchylił się niezwykle wolno, niemal rozpadając się na odrębne, rozedrgane atomy. Wewnątrz niewidzialnej sfery musiał panować inny upływ czasu.
Wciąż wpatrywał się w niezwykłe zjawisko, kiedy podeszła do niego nieznajoma dziewczyna.
– Ognia da? – spytała.
Zdziwił go jej szorstki akcent i zadziorne słowa. Papieros, który trzymała po łobuzersku w zagiętej dłoni, był nietypowo spłaszczony. Przyjrzał się samej kobiecie. Na głowie nosiła wielki, czarny beret, zawadiacko przesunięty na bok głowy. Spod grubego płaszcza z futrzanym kołnierzem wyłaniały się masywne, umięśnione nogi. Pończochy zsunęły się  i zrolowały pod kolanami. Dziewczyna przyciskała do ciała wypchaną, skórzaną aktówkę. Jej twarz pokrywał mocny, przerysowany makijaż. Biały puder powlekał skórę jak aktorska charakteryzacja. Rzęsy pociągnięte czarnym, tłustym tuszem odbijały się na powiekach, zostawiając groteskowy ślad. Z kolei usta zostały zamalowane, zamieniając się w wąską, poziomą szczelinę. Jedynie na środku jaskrawoczerwoną szminką narysowano kształt przypominający niewielkie serduszko. Całość sprawiała dość upiorne wrażenie. W nozdrza uderzył go niezwykle intensywny zapach. Kwaśna woń jakiegoś podłego tytoniu, mdlący odór gotowanego mięsa i przetrawionego piwa, a ponadto specyficzny, słodkawy aromat, który zidentyfikował dopiero po dłuższej chwili. To była nafta! 
Jednak zanim Erwin zdążył zareagować, dziewczyna zadrżała, jak obraz falujący w ciepłym powietrzu i znikła, niczym zmieciona podmuchem wichury.
Odszedł kilka kroków i nagle szaleńcza decyzja eksplodowała w jego pijanym mózgu. On też nie pójdzie nigdzie dalej. Zostanie tutaj. Tutaj było jego miejsce.
Jakby w odpowiedzi, zimny wiatr chlusnął go na odlew w twarz. Oślepił go siny odblask na szybie. Rdzawe promienie słońca ślizgały się na ostrzach dachów, kołysały pomiędzy antenami satelitarnymi i latarniami, spływały na stosy pustych skrzynek, popękany asfalt, tory kolejowe, złom i brunatne cegły. Ogarnęło go dojmujące uczucie nieokreślonego braku. Poczuł wibrację swojego telefonu. Odczytał wiadomość od Klary Malik.

 „Labo zniszczone. Znowu. Straciłam próbki”.

Zachwiał się i ruszył przed siebie, intuicyjnie utrzymując właściwy kierunek. Przemierzał miasto rozkołysanymi krokami, które należałoby określić jako poślizg kontrolowany. Równie bezwładnie myśli prześlizgiwały się przez jego głowę. Po południu dotarł do kamienicy na Max Steinke Strasse. Nigdzie nie widział Schulza. Po schodach dowlókł się na górę. W ubraniu padł na materac. Czuł się ociężały jak kamienny posąg, a jednocześnie, ilekroć zamykał oczy, miał wrażenie, że rozpływa się niczym halucynacja.
Niejasno pamiętał wydarzenia z poprzedniej nocy, wiadomość od Klary i swoją decyzję. Wieczorem miał skontaktować się z Luisą z platformy wiertniczej. Niestety zapomniał, w jakim celu.


24-05-2034, wieczór
Co się stało? Skąd ten hałas? Wszedł czy wyszedł? Co się z nim stało? Nerwowa struga pytań przewaliła się przez rozgorączkowaną głowę. Otworzył oczy w ciemności. Mechaniczny skowyt przetoczył się za oknem. Erwin usiadł na łóżku. Zgrzytliwy dźwięk zawisł w ciemności niczym drżąca struna. Ten odgłos w ciemności. Okno w ścianie. Ulica w mieście. Co to wszystko miało znaczyć?
Białe, plastykowe widmo lewitowało ulicą poniżej, metalowy sześcian na czterech kołach. Anonimowa ciężarówka przecięła pusty plac. Hałas silnika wyrwał Erwina ze snu. Usiadł na kanapie w głównym pokoju, przez duże okno zobaczył fluorescencyjną poświatę, niebiesko-zieloną łunę falującą ponad dachami. Romb mlecznego światła wychylał się spod niedomkniętych drzwi łazienki. Okulary leżały na stoliku nocnym. One też wydzielały błękitne światło, dyskretnie wibrując.

* * *

wtorek, 17 października 2017

8. Parking przed Lidlem (2)




23-05-2034, wieczór
Słodki syrop rozmiękczył tekturowy talerzyk i skleił palce. Erwin dojadł ostatni kawałek baklawy. Rozejrzał się w poszukiwaniu kosza na śmieci. Wyziębioną, ciemną ulicę smagało pulsowanie świateł policyjnych lamp ostrzegawczych. Nieopodal widniał ciemny kształt otoczony barierkami. Nieforemna bryła chropowatego, sczerniałego metalu do niedawna była karoserią samochodu. Wśród zgromadzonych przechodniów, na chodniku siedziały ofiary wypadku. Owinięte kocami osoby były przerażone i zawstydzone. Dygotały.
Jolanda przyglądała się całej scenie z perwersyjną zachłannością. Erwin pociągnął ją delikatnie za ramię. Pierwszy odezwał się Peter. Uwielbiał być najlepiej zorientowany.
– Dzisiaj wszędzie działo się coś niedobrego. Niedaleko od naszych studiów zamknęli cały kwartał ulic. Przechodziłem tamtędy. To było straszne. Ci ludzie… w błyskawicznym tempie zestarzeli się. Umarli na naszych oczach. W ciągu paru minut. Wciąż mam ten obraz w pamięci.
– To prawda, że drogi wjazdowe do miasta są zablokowane?
– Ale co się stało?
– Trudno powiedzieć. Nikt nie wie dokładnie – wyjaśniał Peter. – Czarna dziura zagięła czasoprzestrzeń. Przebiegunowanie magnetyczne Ziemi wykrzywiło orbitę. Wielka asteroida pełna ciężkich metali minęła naszą planetę. Poruszyły się płyty tektoniczne skorupy ziemskiej. Wstrząs fal grawitacyjnych zgniótł czasoprzestrzeń.
– Wszystko jednocześnie?
– Tyle jest wersji. Każdy mówi coś innego.
Peter z Jolandą rozmawiali dalej, a Erwin rozglądał się, znużony przewidywalną wymianą zdań. Z półmroku zaułków wyłaniały się oderwane obrazy. Jakaś kompletnie pijana, apatyczna dziewczyna niemal wpadła na nich, powłócząc nogami. Zasępiony kloszard wracał z koszem niesprzedanych kwiatów. Chłopak ze słuchawkami na uszach błysnął zdesperowanym wzrokiem.
Przechodzili przez niewielkie rondo. Po drugiej stronie znajdowała się niezabudowana parcela, otoczona pochyłym ogrodzeniem z siatki. Na zachwaszczonym terenie zbierały się odpadki z całej dzielnicy. Połamane stelaże z synte-keratyny, skrzynki z synte-drewna, zgniła zawartość potłuczonych lamp bio-luminescencyjnych, puste zbiorniki po biopaliwach, rozkładające się opakowania. Na bezładnym rumowisku dostrzegł znajomy, czarny osad. Porowata, ciemna materia pokrywała zbutwiałe odpadki, gęstniała i zapadała się do wewnątrz. Jak konstrukcje rusztowań ciemności spod wiaduktów nad śmierdzącymi kanałami wśród wentylacji tunelów komunikacyjnych ze szkła rynsztoków wzdłuż podartych gazet sponad opakowania gdzie martwe gołębie tkanki skąd porzucona skóra widmowego miasta.
Tamci dwoje zaangażowali się w rozmowę, nie dostrzegając niczego niezwykłego w otoczeniu. Ich rozmowa zmieniała zabarwienie emocjonalne. Początkowo pogodna i ożywiona, wkrótce zmieniła się w kłótnię prowadzoną podniesionymi głosami. Erwin zamknął oczy. Wówczas zobaczył ich pola morfogenetyczne. Aura Jolandy otaczała ją aureolą, przypominającą nieco tęczówkę ludzkiego oka. Delikatne światło falowało i pulsowało, jak subtelna, lotna substancja. Jej gloria mieniła się barwami, od jaskrawej czerwieni, poprzez blady fiolet, aż do połyskującego, opalizującego srebra. Z kolei aura Petera wylewała się z niego, jak wodospad światła. Ottenberg emitował z siebie równomierne, błękitne światło, przypominające fluorescencję podmorskich stworzeń. Jednak najciekawsze było to, co działo się pomiędzy nimi. Ich aury nie tylko przenikały się, lecz interferowały ze sobą. Promienie nachodziły na siebie i tworzyły skomplikowaną siatkę odbić. Zlewały się i mieszały, w efekcie wywołując całkiem nowe zjawisko srebrnego iskrzenia.
Erwin otworzył oczy. Jolanda z Peterem wciąż spierali się podniesionymi głosami. Wszyscy troje szli w ciemności w stronę mostu na kanale.
Wówczas na nocnym niebie ponad ich głowami pojawiły się pojedyncze, jaskrawo-białe rozbłyski. Podobne do wyładowania w lampie błyskowej, lśnienia występowały co kilkadziesiąt stopni wzdłuż krzywizny linii geodezyjnej, biegnącej z południa na północ. Błyski światła były tak silne, że spodziewali sie huku eksplozji. Jednak całe zjawisko zachodziło w kompletnej ciszy.
W końcu dotarli do klubu. Miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym. Szary, parterowy pawilon z zabitymi oknami znajdował się w głębi żwirowanego placu. Przed metalowymi drzwiami kilka osób w dość ekscentrycznych stylizacjach oczekiwało na wejście. Wszyscy troje ustawili się na końcu niecierpliwej kolejki.
Wciąż stali pod klubem, kiedy z tyłu powstało jakieś zamieszanie. Dwóch potężnych osobników wdało się w bójkę. Rzucili się na siebie, wymierzając sobie ciosy, od których odskakiwały im głowy. Zwarli się, przewrócili i tarzali po asfalcie. Ich podarte sukienki i pończochy zwisały w strzępach, a zmierzwione peruki zsuwały się z czaszek. Jacyś ludzie podbiegli, aby ich rozdzielić. Cała grupa zatoczyła się. Ktoś wpadł na Erwina. Zobaczył z bliska twarz, wzdłuż skroni spływała struga krwi.
Ta scena wydała się tak odstręczająca, że Erwin stracił ochotę na jakąkolwiek rozrywkę. O ile w ogóle kiedykolwiek ją miał.
– Chcesz tam wchodzić?
– Niekoniecznie.
– Peter?! My stąd idziemy!
Peter kompletnie stracił nimi zainteresowanie. Z fascynacją przypatrywał się awanturze. Nie pożegnał się. Nie dał po sobie poznać, że w ogóle zauważył ich odejście.
Przeszli przez most ponad kanałem, minęli kilka uśpionych przecznic, przecięli na skos skrzyżowanie przy Schlesisches Tor, szli długo wzdłuż estakady kolejki, a potem wąską ulicą pełną knajpek dla snobów.
Całą noc na niebie pojawiały się białe rozbłyski, jakby gigantyczne flesze okrążały planetę. Przestali na nie reagować.
O najciemniejszej godzinie przed świtem nieboskłon zalały zorze elektromagnetyczne. Pionowe snopy błękitnego i turkusowego światła kołysały się majestatycznie w atmosferze wysoko ponad miastem. Rozjaśniały się i ciemniały w miarowym rytmie, falowały poddane innym siłom, niż podmuchy wiatru. Nachylone pod nietypowym kątem, wznosiły się ku zenitowi. Fioletowe wstęgi wiły się, spływając w stronę horyzontu, a ponad nie wystrzeliwały szmaragdowe promienie. Jednak najbardziej dojmujący był dźwięk. Potężny, niski zgrzyt, jakby nachodziły na siebie gigantyczne tafle szkła. Jakby sfery niebieskie zgniatały się, nacierając na siebie. Na koniec pasma błękitu i czerwieni kurczyły się do pojedynczej, rozmytej smugi, która przypominała szczelinę w niebie. A potem całe zjawisko zaczynało się od nowa.


24-05-2034, wczesny poranek
Pierwsze warstwy popielatego światła nowego dnia opadły na nich, kiedy wracali przez to samo rondo. Przecięli ulicę i weszli na opustoszały parking przed dyskontem Lidl. W głębi wznosił się parterowy budynek o ścianach kremowej barwy, ze spadzistym dachem krytym czerwoną dachówką. Nawierzchnię placu wyłożoną szarą kostką pokrywały szeregi równoległych białych linii wyznaczających miejsca postojowe.
Na środku parkingu znajdowała się nieduża wiata z matowego plastiku. Obok niej stał skręcony szereg spiętych łańcuchami wózków sklepowych. Tej nocy ktoś pastwił się nad nimi z radosnym okrucieństwem, usiłując je podpalić. Sczerniałe i złuszczone zwłoki torturowanego metalu wyglądały jak szkielet prehistorycznego gada, który skulił się, legł i zdechł w przygnębieniu i samotności.
Jolanda zatrzymała się.
– Nie idę dalej. Zostaję tutaj.
Usiadła na krawężniku. Schowała głowę w ramionach.
– Weźmy taksówkę.
– Oszczędź sobie. Wracaj sam.
– Tak. Chciałbym tylko… - zaczął Erwin, zawahał się i urwał.
Nie zamierzał jej powstrzymywać, pragnął jedynie upewnić się, że bezpiecznie dotrze do siebie. Nie wiedział jednak, czego ona od niego oczekiwała. Być może dążyła do konfrontacji.
– Idziemy w różne strony. Mamy inne cele – Jolanda uniosła twarz, ale nie spojrzała na niego. – Potrzebuję intensywnych doznań. Mogłabym eksplodować w deszczu iskier.
– Pragnę równie mocno – zmęczenie skłaniało Erwina do egzaltacji. – Chciałbym tylko odnaleźć jakąś harmonię w swoim życiu. Istniejemy, splatając się w węzły. We wspólnych przeżyciach. We wspólnej odpowiedzialności.
– Istniejemy we wspólnej odpowiedzialności? Z poczucia winy? Czy z lęku przed samotnością? – Jolanda zaprzeczyła gestem. – Nie dam się nabrać. A ty zachowujesz dystans nawet wobec samego siebie. Nie angażujesz się. Ja podążam za swoimi pragnieniami. Jestem wolna!
A więc jednak konfrontacja, stwierdził. Cofnął się o krok.
– Zatracasz się. Całe twoje życie zamienia się w migotliwą mozaikę fragmentów. Jak rozbite lustro. To ty wciąż przed czymś uciekasz. Ale przed czym? Boisz się, że znikniesz, kiedy na chwilę zamkniesz oczy?
– Kim ty jesteś, żeby tak mówić?! Jak długo się znamy?! – Jolanda rzuciła mu gniewne spojrzenie. – Nie możesz nic ode mnie wymagać. W ogóle, co my tutaj robimy? Razem?! Co to znaczy?! To nie jest moje życie, ja jestem kompletnie inna!
– Proszę bardzo. Rób, co chcesz. Bardzo szybko twoja wolność stanie się niewolą bez granic. Dajesz sobą manipulować.
– Nie robię nic wbrew sobie – Jolanda stanowczo zaprzeczyła. – My jesteśmy tylko przyjaciółmi. Seks i związek to dwie różne rzeczy. Peter nie chce mieć mnie na własność. On nie odczuwa takich emocji.
– Co to za bzdury? Ile wy macie lat? Ostatni raz słyszałem takie słowa w szkole.
– Może od tego czasu nie słyszałeś już o wolności?
Erwin westchnął. Zmusiła go do szczerości.
– Dobrze, przyznam ci się do czegoś. Ja również liczyłem na coś innego. Nie wiem, czym naprawdę jest miłość. Czym jest dla ciebie. Ale dla mnie to nie tylko szczęśliwe chwile i uniesienia. To również wspólne wyrzeczenia i zmarnowane popołudnia. Nie wiem, jak to lepiej wyrazić, ale…
Jolanda weszła mu w słowo.
– Spotykamy się, wymieniamy fragmentami kodu i rozstajemy. Zderzamy się ze sobą i płoniemy spadając spiralnym lotem. Czego oczekiwać więcej?
– Nie oczekiwać niczego. Głęboka wymiana może wynikać tylko z bezinteresowności, lojalności i szacunku. I przywiązania.
– Nie chcę się od nikogo uzależniać.
– Uzależniasz się od siebie. Tylko druga osoba może cię wyzwolić.
– Chcę codziennie spotykać nieznane.
– Nie lepiej zadbać o bliskich?
– I kto to mówi! Wieczny uciekinier!
Wiedział, że ją sprowokuje, ale nie mógł się powstrzymać.
– Czy ty rozmawiasz ze mną? Czy z kimś innym, kto nie chce ciebie słuchać?
Erwin nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Jolanda jest zrozpaczona z jakiegoś powodu, niezależnie od niego. On był jedynie przypadkową ofiarą. W końcu powiedziała bardzo cicho ale dobitnie:
– Nie chcę być z tobą. Nie chcę być z nikim.
Wciąż siedziała na krawężniku, apatycznie zwieszając głowę. O tej porze to miejsce wydawało się tak odległe i zagubione. Stąd wszędzie było równie daleko.
– Wybacz, Erwin. Podziwiam cię i szanuję, ale nie możemy być razem. Idź już.
Po raz drugi tego dnia usłyszał podobne słowa.
Zostawił ją samą na pustym parkingu. Ruszył ulicą prowadzącą w stronę Jannowitzbrücke. Z naprzeciwka wyłoniła się niezwykła kawalkada. Mężczyzna ciągnął dwukołowy wózek, za nim szła kobieta, na wózku siedziało dwoje dzieci. Drewniane obręcze kół terkotały na nierównościach jezdni. Robotnik trzymał dyszle w poplamionych, kanciastych dłoniach, szedł z wysiłkiem, wbijając wzrok w ziemię. Jego wychudłą twarz przesłaniały wąsy i niedbały zarost, głowę okrywał zdefasonowany kapelusz. Z wycieńczonego ciała zwisał czarny, sfatygowany garnitur, poprzecierany na kolanach i łokciach. Kobieta pchała wózek z tyłu. Nosiła wypraną z kolorów bluzkę z bufiastymi rękawami, zapiętą pod szyję. Jej wąskie biodra opinała długa, brunatna spódnica, przewiązana fartuchem. Mocno spięte włosy otaczały pociągłą twarz z ostro rzeźbionymi rysami, ściągniętymi bólem i determinacją. Erwin ujrzał w jej oczach zawziętość i rozpacz. Na wózku siedziały dzieci. Z zapadniętych, ziemistych twarzy wyzierały wielkie, wygłodniałe oczy. Sam wózek załadowany był meblami i sprzętem domowym. Stół, krzesło i łóżko, odwrócone do góry nogami, przykryte zostały zwiniętym materacem i przewiązane sznurami. Pomiędzy nie upchnięto poszewki wypchane zapewne ubraniem. Na jednym dyszlu wisiało poobijane, emaliowane wiadro. Najwyraźniej na wózku znajdował się cały dobytek tych biedaków. Widział takie sceny na zdjęciach z lat dwudziestych ubiegłego wieku. A jednak co ci ludzie tutaj robili?
Bezdomna rodzina minęła go i znikła w porannej mgle.

* * *