wtorek, 14 listopada 2017

9. Elegia dla E. (1)




25-05-2034
Stali w niewielkiej, prowizorycznej szklarni na tyłach domku działkowego Klary. Rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że pomieszczenie zostało splądrowane i zdewastowane. Grządki zdeptano, regał przewrócono. Na środku ktoś usypał kopiec ziemi i rozbitych doniczek. Między nimi leżały plastykowe pudełka i resztki substancji, która teraz niewiele różniła się od zastygniętego asfaltu. Klara w roboczych rękawicach zdążyła już zamieść część bałaganu i teraz segregowała pozostałości.
– Wyłamali skobel i zniszczyli zamek elektroniczny.
– Musieli mieć fachowy sprzęt. Byli przygotowani?
– Niekoniecznie. Wystarczył silny elektromagnes. Mało subtelne, ale skuteczne.
Wewnątrz domku Erwin zauważył jedynie brak zegara z kukułką. Tym razem jednak meble po obu stronach przejścia zostały odsunięte od ściany, odsłaniając wejścia do dwóch maleńkich, ślepych pomieszczeń, przypominających spiżarnie. Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy półek wypełnionych aparaturą elektroniczną. Wśród sprzętów panował nieporządek, jednak Erwin nie był w stanie ocenić strat.
– Nie przechowuję tutaj kompletnych instalacji. Jedynie komponenty. Ale niektóre elementy były unikatowe – Klara ustawiała przedmioty w rzędach. – Brak konektorów i transponderów. Czasem używaliśmy ich zamiast anten. Nie ma też akumulatorów. Bez nich nie uruchomimy konwerterów i oscylatorów.
– Myślisz, że to celowe działanie?
– Raczej przypadek – odpowiedziała z wahaniem. – Chociaż nie wiem. Nie wiem. Z pewnego punktu widzenia wszystko wydaje się w jakiś sposób zamierzone. Nie sposób wytyczyć wyraźnej granicy między celowością a przypadkiem. Jednak staram się nie popadać w paranoję.
Tego dnia Klara wyglądała inaczej, niż ją zapamiętał. Była zmęczona i blada, spojrzenie jej brązowych oczu przygasło. Miała spękane usta, a cera wyglądała niezdrowo. To co dawniej przydawało jej uroku naturalnego piękna, teraz sprawiało wrażenie zaniedbania. Jedynie jej ruchy były energiczne jak dawniej. Kiedy Erwin zamknął oczy, zobaczył aurę Klary. Około pół metra wokół niej utrzymywał się welon pomarańczowego światła, które wypływało bezpośrednio z punktu umiejscowionego nieznacznie ponad jej głową. Tym razem światło było przygaszone, jakby kurz osiadł na drgających delikatnie promieniach.
Wyszli na zewnątrz. W głębi ogródka, przy ogrodzeniu, na dwóch krzyżakach spoczywał masywny prostokąt  czerwonej blachy.
– W czym mogę pomóc?
– Widzisz, drzwi już naprawiłam. Pomożesz mi je zamontować?
We dwoje z wysiłkiem unieśli ciężkie, metalowe drzwi. Erwin podtrzymywał je od spodu, podczas gdy Klara starała się osadzić je na zawiasach. Po kilku próbach wspólnie zdołali wstawić drzwi we framugę.
– A byliśmy tak blisko odkrycia czegoś nowego – Klara rozgadała się w trakcie pracy. – Amplituda rosła, moc i zakresy były coraz większe. Jakby sygnał kierował się w naszą stronę. Szukał nas. Albo to kosmiczne oszustwo, albo to promieniowanie reaguje na nasze obserwacje. A może jest jeszcze jakiś inny, niewiadomy czynnik?
– Zwykle radioteleskopy umieszczone są z dala od siedzib ludzkich. A poza tym są ogromne.
– W odróżnieniu od konwencjonalnych radioastronomów, my wsłuchujemy się w tak zwane szumy. Dopiero porównanie różnic w zakłóceniach i redundancji sygnału ukazuje regularność. Odbicie niewidzialnego. Cień nas samych. Negatyw fali promieniowania. Nasza fala jest jak echo wibracji całej biomasy Ziemi. A im większa świadomość obiektów, tym większa jest moc sygnału.
– Ale czemu się ukrywacie? Tutaj nie jesteście bezpieczni, jak widać.
– To jedyna możliwość zachowania niezależności. A te przeciwności losu traktuję jako dobry znak. Kiedy odczuwasz opór, to znaczy, że jesteś na drodze do nieznanego.
Klara na próbę zakodowała zamek cyfrowy. A potem zawiesiła kłódkę na skoblu.
Wkrótce Erwin znalazł się na jednej ze stacji metra. Chłodny powiew z tuneli przywołał mu na myśl dzisiejszy poranek u Jolandy. Obudził się u niej w łóżku. Było już jasno. Jolanda siedziała przy swoim antycznym biurku, wpatrzona w monitor. Stanął za nią. Ujrzał zdjęcia znajomej kamienicy. Rozmowa, która nastąpiła, była łatwa do przewidzenia. „Chcesz wykorzystać te zdjęcia do komercyjnych celów?” „Już je wykorzystałam. Realizujemy zlecenie”. „Swoimi zdjęciami zabijasz istotę tego świata. W życiu trzeba uczestniczyć. Nie można go kadrować”. „Nie zgadzam się”. „Chcesz wszystko upłynnić?” „Zastanów się. Nic nie istnieje, dopóki nie powstanie obraz. Żeby obraz powstał, musi być utrwalony. A trwała wartość powstaje z wymiany”. Jolanda była niewzruszona. Erwin czuł jedynie, jak narasta w nim bezsilna wściekłość. „Muszę wyjść”. „Wiesz, gdzie są drzwi”. Po takich słowach niewiele więcej zostało do zrobienia.
Z każdym krokiem ulatniała się z niego złość, pozostawiając jedynie żal i niesmak. Miasto przypominało dekorację filmową, złożoną z fasad i imitacji. Mieszkańcy przemierzali chodniki z obojętnością na twarzach, niczym bezczynni statyści, oczekujący na powtórne ujęcie tej samej sceny.
Erwin znalazł się na ulicy, którą w myślach zaczynał nazywać „swoją”. Przed bramą kamienicy, na trójnożnym taborecie siedział Schulz, palił papierosa i wpatrywał się w niewielką ciężarówkę stojącą na podjeździe. Na burcie widniał napis „Przeprowadzki”.
– Wiedziałem, że nie dadzą rady.
– O czym pan mówisz?
Schulz lekceważąco wskazał pojazd.
– Już się wyprowadzają. To było do przewidzenia. Dawałem im najwyżej pół roku. Sześć miesięcy. I proszę.  Przenoszą się na prowincję. W rodzinne strony.
– A mnie ile dajesz?
Schulz tylko spojrzał na niego i nie odpowiedział.
– Chcą się nas pozbyć. A na nasze miejsce czekają już nowi.
– Ale w zasadzie dlaczego ci lokatorzy się wynoszą?
– Koszty utrzymania. I przepisy – Schulz wystrzelił palcami niedopałek, celując w oponę ciężarówki. – Ta kamienica jest zabytkiem. A to znaczy, że nie można ocieplać budynku. Nie można wymieniać okien. Nie można nawet zamontować inteligentnej instalacji. A teraz jeszcze urząd dzielnicy zapowiedział długotrwały remont. Podobno jakiś deweloper zasadził się na nas. Poza tym słyszał pan, co się dzieje? Wyjeżdżają, póki można opuścić miasto.
– Może też trzeba wyjechać, póki jest czas?
– Widzisz pan, panie Tucholsky, ja mam już pięćdziesiąt lat! Miałem rodzinę, pracę, przyjaciół. Wszystko straciłem. Trafiłem tutaj. I teraz już nigdzie się stąd nie ruszę. To miasto jest brzydkie, uparte i bezczelne, zupełnie jak ja! Dlaczego miałbym się stąd wynosić? Dlaczego miałbym się zmieniać?
Rzucił mu dumne spojrzenie z wysokości swojego zydla i skrzyżował ręce na piersiach.
Erwin dotarł na ostatnie piętro. Z ulgą zamknął za sobą drzwi mieszkania. Przeszedł do pustego pokoju w głębi. Światło padało pionowo przez świetlik w suficie. Wnętrze pokoju rozmywało się w półmroku. Zamknął oczy. Pionowy słup światła rozszczepił się na barwne wiązki subtelnych energii, otoczone polami elektromagnetycznymi, które pulsowały w organicznym ruchu rozszerzania i kurczenia się. Przestrzeń nabrała materialnego wymiaru, pełna niespokojnej czujności, niczym obdarzony świadomością, przezroczysty kryształ.
Pozostał mu jeszcze jeden ważny krok do wykonania. Zadzwonić do swojego przyjaciela i prawnika.
– Holgar? Możemy się spotkać?
Erwin usłyszał niewyraźną odpowiedź. Potem zapadło milczenie.
– Holgar, jesteś zajęty? Musimy porozmawiać
Milczenie przedłużało się.
– Przyjdź do mnie do biura – usłyszał w końcu Erwin.
– Wolałbym nie u ciebie w kancelarii. Gdzieś na mieście.
– W takim razie niech będzie imbiss na rogu Oranienburgerstrasse.
– Jutro po południu.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz