wtorek, 9 marca 2021

2.2. Ruiny czasu (2)

??-05-2034

Następny poranek minął płynnie, bez odkształceń czasoprzestrzeni. Wczesnym popołudniem Erwin usłyszał pukanie. W drzwiach stała Klara Malik. Zaskoczyła go. Nie przypuszczał, że tak szybko zareaguje na jego propozycję.

Spodziewał się lewitującego wózka z ciężkim sprzętem pomiarowym. Tymczasem Klara dzierżyła jedynie płaską, pomarańczową torbę kurierską. Również jej ubiór różnił się od tego, jaki zapamiętał. Zamiast białego kombinezonu nosiła oliwkowy płaszcz i kozaki. Nie wyróżniała się spośród innych kobiet. Absurdalnie barwna damska torebka uzupełniała strój, który musiał być jakimś rodzajem kamuflażu.

– To całe twoje wyposażenie? – spytał zdezorientowany.

– Zwykle zaczynamy od wizji lokalnej.

– Nie działasz sama?

– Tylko w zespole możemy osiągnąć wyniki.

Klara była zaskakująco chłodna i zdystansowana, wprost przeciwnie do dawnej wylewności.

– Pokażę ci dostępne pomieszczenie – powiedział tłumiąc rosnące wątpliwości.

Poprowadził ją korytarzem na tyły mieszkania.

– Oto przestrzeń do twojej dyspozycji – Erwin wskazał pusty pokój.

Widok pomieszczenia ze świetlikiem w suficie wyraźnie zaskoczył Klarę. Uniosła brwi i zacisnęła usta. Poprosiła o dwa krzesła. Usiadła na jednym, na drugim położyła swój bagaż.

– Przyniosłam detektor. Skalibruję sprzęt i przeprowadzę testy. Rezonans biomagnetyczny. Natężenie pola grawitacyjnego. Zmierzę poziom redundancji. Potem spróbujemy konfiguracji zakłóceń. To może chwilę potrwać.

Z kurierskiej torby wyjęła niewielki pakunek. Z foliowego opakowania wyłuskiwała kolejne elementy i pieczołowicie rozstawiała je na siedzisku krzesła.

Antena detektora składała się ze srebrnej kuli umieszczonej ponad szalką Petriego z kolonią bakterii. Obydwa elementy osadzone były w obręczach połączonych z koncentrycznymi pierścieniami. Podstawę stanowił odwrócony ścięty stożek z czarnego, matowego materiału, podobny do membrany głośnika. Węższy koniec zaopatrzony był w gniazda, do których badaczka podpięła kable prowadzące do urządzenia przypominającego wzmacniacz z ekranem LED.

Klara, obsesyjnie skupiona na swoich czynnościach, odizolowała się z otoczenia. Jej zwężone oczy rzucały chłodne błyski, a zza pukli włosów przezierały zacięte usta.

– Z kim współpracujesz? – Erwin usiłował przełamać milczenie.

Wręczyła mu tablet.

- Folder „Red Schift”.

Z początku zobaczył zdjęcia i filmy przedstawiające przedmieścia, zaułki, fabryczne zabudowania, dachy i podziemia. Na ich tle widniała ta sama grupa zamaskowanych osób, skupionych wokół osobliwych instalacji. Wśród nich przewijała się Klara z włosami upiętymi wokół bardziej wychudzonej twarzy, w drelichowych spodniach i swetrze zapinanym na guziki. Młodsza, z zaciśniętymi ustami i zawziętym spojrzeniem, wyglądała niczym chodząca bomba zegarowa.

Ludzie obarczeni dziwacznymi bagażami wspinali się na dachy budynków, przeciskali między brudnymi murami, gromadzili w opuszczonych fabrykach i magazynach, przedzierali przez zarośla wokół torów kolejowych i nad rzeką. Kamera rejestrowała rozstawianie osobliwych instalacji, przypominających anteny satelitarne z przedłużonymi odbiornikami, podłączanie mikrofonów rozwieszanych na metalicznych siatkach i skierowanych ku niebu. Na kolejnych zdjęciach aparatura porastała dziką roślinnością, anteny oplatał bluszcz, a w puszkach konwerterów wyrastały grzyby.

– Wszystko zaczęło się od zwykłych amatorskich prób – Klara zaczęła opowiadać wpatrując się w wykresy na wyświetlaczu. – Kilkoro pasjonatów postanowiło wspólnie kontemplować piękno kosmosu. Najpierw zbudowaliśmy najprostszy radioteleskop do obserwacji słońca. Miał służyć jedynie jako model i prototyp przyszłej aparatury. Oczywiście zbierał wszelkie zakłócenia z Ziemi i z kosmosu. Jednak zamiast zredukować, wzmocniliśmy je. Dryfowaliśmy przez bezkresne pola białego szumu, kontemplowaliśmy archaiczne fale promieniowania tła i mechaniczne odgłosy cywilizacji, elektromagnetyczne rozbłyski wszechświata. Zamiast poddawać odczyty transformacjom z dźwięków na obrazy, zaczęliśmy im się przysłuchiwać. I wtedy to się zaczęło. Spójrz tutaj.

Klara wskazała palcem fragment barwnej sinusoidy. Erwin skupił wzrok na tablecie, ale zobaczył jedynie abstrakcyjną, geometryczną grafikę utrzymaną w jaskrawej kolorystyce.

– Nie wiem, kto był pierwszy – Klara wzruszyła ramionami. – Kto rozpoznał regularność? Nie pamiętam. Po prostu w pewnym momencie zaczęliśmy w białym szumie rozpoznawać pewien jednolity, powtarzający się Wzór. Wiele fragmentarycznych odczytów nałożonych na siebie nabrało nieoczekiwanej ciągłości i głębi. Jakby rozwinął się całkiem nowy wymiar, Wzór odsłonił nieznaną głębię czasoprzestrzeni. I w ten sposób odkryliśmy Falę.

– Przypominam sobie – potwierdził. – Opowiadałaś mi o tym w swoim laboratorium.

– Tak, pamiętam. Nasza Fala nie ma jednej amplitudy – ciągnęła Klara. – Przechodzi przez różne wymiary i różne wersje alternatywnych rzeczywistości kwantowego multiwersum. Zresztą oficjalna nauka hipotetycznie potwierdza możliwość takiego zjawiska. Doświadczenie Einsteina-Podolskiego-Rosena dowiodło istnienia nielokalnych lub subtelnych połączeń między odległymi cząsteczkami.

 Wróciła do krzesła i uklękła przed anteną.

- Falę można namierzyć jedynie z kilku miejsc naraz, wzmacniając odbicie błysków. Trzeba nastroić jeden odbiornik na określoną częstotliwość, przesłać sygnał do drugiego odbiornika, ten drugi nastroić na falę z pierwszego, z wolnym pasmem, skierować do trzeciego i tak dalej. Dopiero wtedy wychwytując różne sygnały i dostrajając się na otwarte pasmo, można wychwycić pewną określoną amplitudę.

Uruchomiła swój przenośny detektorem.

– Sprawdzę rezonans. Potencjał pola.

Srebrna kula zaczęła się obracać, a stożek zawibrował.

– Niezwykłe – mruknęła, wpatrując się w wyświetlacz detektora.

– Co się dzieje?

– Jest aktywność. Duża amplituda – stwierdziła enigmatycznie.

W tym momencie Erwin zobaczył to samo, co widział w laboratorium Klary.

 

– wąskie kręgi jaskrawej czerwieni powiększały się od środka, otoczone żółtymi smugami wśród pomarańczowych eksplozji, a z wnętrza kręgów wylewały się zielone płaszczyzny, ulatniające się w mgliste, błękitne opary –

 

Odniósł wrażenie, że unosi się ponad kamienicę. Rozrastał się, niczym kula czystej świadomości, ze zmysłami zwróconymi do środka. Całe uniwersum zawierało się wewnątrz niego. Zobaczył w sobie olbrzymie kule płynnego gazu, płonące kryształy, strumienie metali ciężkich, wiry galaktyk, rozbłyski gwiazd neutronowych,. Wkrótce doznania stały się abstrakcyjne, wibracje kolorów, oszałamiające spektrum promieniowania, nieskończenie wielkie masy i ulotne zdarzenia.

Kosmos był piękny, obojętny i niebezpieczny w swojej monumentalnej czystości reakcji chemicznych i oddziaływaniach pól energii. A życie biologiczne jawiło się jako momentalne zakłócenie ciągłości cyklów rozpadu i syntezy, unikatowa anomalia, niewielka i ograniczona w zasięgu. Procesy życiowe stanowiły raczej objaw degeneracji struktur i rozproszenia energii. Inteligencja i świadomość mogły być ostatecznym stadium aberracji, schyłkową formą biologicznego życia.

Jednocześnie w momencie zaburzenia procesów rozpadu i entropii przez chaos biologicznego życia, w pierwotnej materii pojawiło się zakłócenie. Fala promieniowania wzbudzonego harmonia rezonansów i dysonansów, biegła na wskroś czasoprzestrzeni. Utrzymujący się trwale stan chaosu, wzmagany przez biologiczne procesy. Zakłócenia nasilały się przy każdym skoku ewolucyjnym.

Erwin otworzył oczy.

Klara przyglądała mu się uważnie.

– Co się z tobą działo?

– Nie rozumiem.

– Cierpisz na epilepsję?

– Nic o tym nie wiem.

– Nigdy dotąd nie widziałem niczego takiego – potrząsnęła głową. – Nagle zesztywniałeś i zacząłeś obracać się w koło, a potem… uniosłeś się. Lewitowałeś! To wyglądało jak opętanie

Nie wiedział, do czego zmierzała. Przecież ledwie przymknął oczy.

– Najwyraźniej jesteś podatny na Falę. Dotąd taką reakcję widziałam tylko wśród roślin i zwierząt. Czyżbyś był obdarzony nieznanymi zdolnościami?

Wolał zmienić temat.

– Słuchaj, powiedz mi jedno. Czym tak naprawdę według ciebie jest ta Fala?

W końcu przyznała:

– W istocie nie wiem, czym jest. Nie wiem, czemu skupia się wokół żywych istot. Nie wiem wielu rzeczy. Wiem jedynie, że to zaburzenie narasta.

 

* * *

piątek, 7 grudnia 2018

2.2. Ruiny czasu (1)



        

            (??)-(??)-2034
Doszło do katastrofy czasu. Skumulowany i sprężony pod dużym ciśnieniem, czas początkowo zapadł się do wewnątrz, ulegając implozji. Następnie osiągnął masę krytyczną i eksplodował z wielką mocą, rozprzestrzeniając się na wszystkie strony multiwersum, niszcząc po drodze każdą racjonalną strukturę. Czasoprzestrzeń rozpadła się na niepowiązane ze sobą mgławice przypadków. Mnożyły się płaszczyzny trwania, odrębne strumienie i spirale sytuacji. Ruiny czasu zasypały to, co zwykle nazywaliśmy teraźniejszością. Pojawiały się szerokie rozlewiska martwych chwil. Zapętlone fragmenty godzin dryfowały wśród połaci anonimowych momentów. W wielu miejscach utrzymywała się ta sama pora dnia. Strzępy miesięcy powtarzały wciąż od nowa ten samy cykl zmian. Gdzie indziej pojawiały się szczeliny prowadzące do minionych i przyszłych epok. Z kolei w niektórych zaułkach czas skurczył się do uschniętych ziaren jałowych minut, obracających się bezcelowo jak skrzypiące kółka zębate wadliwego mechanizmu.
Zmiany następowały skokowo, bez etapów pośrednich. To co miało się stać, grzęzło w tym, co już było. To co było, dopiero miało się stać, jeśli nie rozpływało się w otchłani możliwości. Przeżycia przemieszczały się ze wspomnień do oczekiwań. Przeszłość i przyszłość przeplatały się ze sobą we współczesności. Innym razem dochodziło do czegoś w rodzaju skoku kwantowego, zjawiska przenikały z przeszłości do przyszłości, omijając chwilę obecną. Zdarzały się zniknięcia, a zdarzenia znikały, jak ciche rozbłyski na niebie. Ludzie gubili swoje epoki, albo zamierali w soczewkach zastygłego czasu. Nawet tło trwania zetlało i skurczyło się jak skóra uschniętego owocu.
Najbardziej zaskakujące były ulotne ślady innych epok, zmysłowe doznania, które prześlizgiwały się przez szczeliny czasu. Zaginione dźwięki przeszłości i dawno zapomniane wonie wdzierały się do tego świata, niezwiązane z przedmiotami, wyrwane z kontekstu.  Pozbawione źródła, jak fale promieniowania błądzące w kosmosie, kiedy pierwiastek zdążył się już rozpaść. Zapachy dawnego miasta wyprowadzały z równowagi, odbierały poczucie orientacji w przestrzeni. Zapach węgla palonego w piecach, duszący aromat gotowanej kapusty i mięsa, upojny zapach podkładów kolejowych, ostry odór końskiego łajna, słona woń elektryczności. Wtórowały im osobliwe dźwięki, rżenie koni i dzwonki tramwajów, nawoływania sprzedawców ulicznych, syreny alarmowe i łoskot żołnierskich butów, odległe eksplozje, trzask tłuczonego szkła i okrzyki niewidzialnych manifestacji. Wiatr przynosił dźwięki dawnego koncertu z okolic Bramy Brandenburskiej, huk przelatujących nisko samolotów, a nawet odgłosy transmisji nieistniejących stacji radiowych z dźwiękami tandetnych piosenek operetkowych.
Z innych czasów wyłaniały się budynki, place i ulice, zastępując istniejące dotychczas budowle. Zbulwersowany tłum obserwował stopniowe zanikanie aluminiowo-szklanych prostopadłościanów Europa Center przy Breitscheidplatz, w miejsce których zmaterializował się kamienny budynek Romanische Haus. Najbardziej deprymujące było to, że pojawiła się okaleczona, powojenna ruina onegdaj majestatycznego neoromańskiego gmachu. W pewne dni wciąż prześwitywały neony i logo Mercedesa, niczym uwięzione między warstwami skrystalizowanego czasu. Nad Potsdamer Platz pojawiła się charakterystyczna kopuła Haus Vaterland, wtopiona między smukłe wieżowce. Fasada rozbłysła ostrym światłem elektrycznych żarówek. Klientela największych kawiarni dawnej Europy zastygła w szoku na chwilę, zanim rozpadła się jak zetlały papier. Nieco dalej, przy Leipziger Platz ukazał się dom handlowy Wertheima. Ściany, korytarze i okna budynków przenikały się w chaotycznej mozaice kształtów. Na tyłach Alexander Platz wyrosła ceglana bryła komendy głównej policji. Widmowe wieże strażnicze niespodziewanie wznosiły się ponad ulicami. Wyrzucone poza czas, kontrolowały nieistniejącą przestrzeń. Znowu zaludniły się kamienice w zaułkach nad Sprewą. Na powrót zaświecił się dawno zapomniany neon dyskoteki SOUND, złudnie barwny pośród monotonii witryn. Jedynie sterylne wieżowce ze szkła i aluminium wznosiły się niewzruszenie na Ernst-Reuter-Platz, realne upiory kapitału.
Całe continuum straciło ciągłość. Ludzkie widma błądziły wśród odłamków innych epok. Mężczyźni w zimowych czapkach z nausznikami, wytatuowani sprzedawcy staroci, kobiety w skórzanych płaszczach, wszyscy starali się po prostu przetrwać. Konspiracyjne sylwetki pojawiały się i nikły w gąszczu cieni na Nollendorf Platz. Upiornie zabiedzone szwadrony bezdomnych i pogorzelców rozpierzchły się z przerażeniem po nieznanym sobie terenie, błyskając wygłodniałymi oczami. Z kolei stateczni mieszczanie jeszcze z czasów cesarstwa trzymali się kurczowo znanych ulic, Bülowstrasse czy Tauentzienstrasse, krocząc lunatycznym krokiem wśród nieistniejących kawiarni i sklepów. Zjawy przeszłości, uwięzione w pętlach czasu, powtarzały te same sekwencje czynności.

Erwin nie opuszczał kamienicy przy Max Steinke Strasse 26. Zaprzyjaźnił się z Schulzem, zwanym Trollem. Ten niezdrowo wychudzony mężczyzna z długimi, przerzedzonymi włosami, nie dbał o higienę i nosił sfatygowane ubranie. Jednak wszelkie braki w wyglądzie rekompensował brzmieniem głosu, wesołego, miękkiego i nieco zachrypniętego. Schulz okazał się uosobieniem duszy tego miasta. Jego tożsamość określała ta prosta deklaracja, która zawsze jednoczyła wszystkich mieszkańców Berlina: „chcę tu być”.
Siedzieli na chodniku przed bramą kamienicy. Rozmawiali o możliwych przyczynach niezwykłych wydarzeń. Schulz miał oczywiście swoją teorię.
Jestem pewien, że to efekt tajnych projektów rządowych agencji. Nigdy im nie ufałemzapewnił stanowczo.
Co takiego? – zdziwił się Erwin.
– Wszystko jest oczywiste. Od dawna wykonują podziemne testy broni grawitacyjnej. Stąd te zaburzenia. Eksperymentują z jądrem Ziemi. Chcą doprowadzić do magnetycznego przebiegunowania naszej planety skwitował Schulz.
– Trudno w to uwierzyć. Jaką korzyść odnieśliby z takich globalnych zmian? – Erwin poczuł dawno nieobecny impuls szalonego natchnienia. – Może to tylko część większego procesu, nad którym nikt nie panuje? Rzeczywistość wirtualna, przyspieszenie cząstek elementarnych, biotechnologie… Jak mogliśmy sądzić, że to nie przyniesie żadnych negatywnych skutków? Może po dekonstrukcji materii dokonaliśmy destrukcji czasoprzestrzeni?
– Niech się dzieje, co ma się dziać. I tak się stąd nie ruszęSchulz twardo postawił sprawę.
Znienacka kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się od ściany ponad ich głowami. Kolejny kamień stłukł szybę świetlika w bramie. Poszarpane momenty spiętrzyły się w nieciągłości i równoczesności zdarzeń.
Po drugiej stronie ulicy zjawiła się grupa  nastolatków w odblaskowych dresach. Ich niesymetryczne, szokująco zmodyfikowane ciała dygotały z podniecenia. Dłonie jednego z nich zostały rozszczepione aż do nadgarstków, na podobieństwo ptasich szponów. Z policzków innego wyrastały pulsujące fałdy skóry, przypominające gadzi kołnierz.
Stanęli w półkolu drwiąc głośno i dopiero teraz zaczęli rzucać kamieniami.
Z nieoczekiwaną gwałtownością Schulz wyrwał spod siebie taboret i zamachnął się naprężając żylaste ciało. Drewniany stołek przeleciał ponad ulicą i trafił jednego z napastników w głowę. Chłopak przewrócił się. Natychmiast wstał, otrząsnął się, podskoczył. Miał wybitą szczękę. Jedną ręką z głośnym chrupnięciem nastawił kości. Splunął krwią i zarechotał.
Schulz wyciągnął ze spodni szeroki pas i bez wahania ruszył w stronę gangu. Zmutowane wyrostki z agresywnym rozbawieniem rozbiegły się w przeciwnych kierunkach.
Erwin był zaskoczony temperamentem sąsiada. W oczach Trolla zalśniły niebezpieczne błyski.
Zaczyna się.
Co masz na myśli?
Korzystają z okazji. Chcą nas stąd wykurzyć.

* * *

poniedziałek, 12 marca 2018

2.1. W sztucznym świetle (2)





26-05-2034, poranek
Cały zewnętrzny świat zniknął. Zostało tylko to pomieszczenie o metalowych ścianach. I grupa przerażonych, wyczerpanych ludzi. Luisa przestała rozróżniać twarze i głosy. Była wściekła. Gdzieś ulotniła się jej czujność drapieżnika. Pozostała tylko płaska wstęga powierzchownych doznań, które próbowała zepchnąć na krawędź świadomości. Przytłumione rozmowy zlewały się w jeden irytujący szelest.
– Dlaczego jeszcze nas nie zabili? – Potrzebują zakładników. – Nasłała ich konkurencja. To wrogie przejęcie. – Przeciwnie. Oni są we współpracy z zarządem. Chodzi o ubezpieczenie. – Wysadzą całą platformę. – Dlaczego jeszcze tego nie zrobili? Wznowili odwierty. – Chcą wywołać katastrofę ekologiczną. – Przecież to szaleństwo! – Widziałaś ich? To są szaleńcy. – A więc ostatecznie i tak wszyscy zginiemy.
Drżący cień zawisł nad nią. Damian Mørk wyglądał jak własna imitacja, plastykowy manekin pozbawiony siły witalnej. Potargane włosy sterczały ponad twarzą o ziemistej cerze. Grube soczewki przesłaniały oczy. Na ubraniu widoczne były plamy potu. Geolog poruszał się w urywanych, roztrzęsionych ruchach.
Luisa powitała go półgłosem.
– Słyszałeś? Ogłosili wyrok. Jesteśmy skazani na siebie.
Damian ciężko usiadł obok niej.
– Niezupełnie.
– Co masz na myśli?
– Mam inteligentne szkła.
– Co to takiego?
– Możemy połączyć się z siecią.
Podał jej okulary. Ich dłonie zetknęły się. Poczuła wilgotne ciepło jego ciała. Ten dotyk niesamowicie ją poruszył. Jej klatka piersiowa i żołądek zaczęły się niebezpiecznie rozluźniać, jakby jednocześnie miały eksplodować i zapaść się w głąb. Uświadomiła sobie, że znajdowała się na krawędzi załamania nerwowego.
Połączyła się z internetem w trybie anonimowym. Odszukała witrynę Northern Light Research. Jednak zamiast strony startowej wyświetlił się prosty tekst z żółtych liter na czarnym tle.

Życie jest anomalią kosmosu. Ten osobliwy chemiczny proces opiera się na węglu i tlenie, trującym gazie. Ludzka technologia wykorzystuje węglowodory nasycone jako paliwo dla swoich maszyn. Węgiel i ropę, które pochodzą ze sprasowanych ciał zmarłych stworzeń. Ludzkość jest wampirem wysysającym krew z żył tej planety.
Rozwój cywilizacji jest historią walki o złoża zasobów naturalnych i dostęp do paliwa. Społeczeństwa zostały stworzone na ideologii niedoboru. Walczono o żywność, przestrzeń, siłę roboczą, zapasy energii i budulca. Największe masowe zbrodnie dokonywały się tam, gdzie znajdowano bogate złoża dóbr naturalnych. Eksterminacja rdzennej ludności obu Ameryk, wyniszczenie Afryki, ludobójstwo Ormian, zagłada żydów. Wszystkie wielkie wydarzenia nowoczesnej historii rozgrywały się wokół zasobów paliwa. Transport zmechanizowany i przemysł chemiczny przyczyniły się do masowej eksterminacji ludzkości.
Silnik spalinowy i rozwój gospodarczy. Rozwój gospodarczy i wzrost agresji. Sztuczne raje napędzane są ropą naftową. Autostrady przemocy oplatają umierające miasta Europy, rezerwaty luksusu i uwiędłej kultury. A na peryferiach, w neo-koloniach rosną skażone getta ludzkości. Megalopolis nędzy i tandety, przeludnione strefy przemysłowe i zdewastowane pustynie. Koniec już się dokonał. Trup przyszłości w ślepym zaułku przeszłości.
W poprzednim wieku siedem oziębłych sióstr rządziło światem: Exxon, Mobil, Gulf, Socal, Texaco, Shell, British, Petroleum. Teraz nadal siedem sióstr rządzi światem, zmieniły się tylko imiona: Saudi Aramco, Gazprom, CNPC, NIOC, PDVSA, Petrobra, Petronas.
Platformy wiertnicze rozmieszczone są na powierzchni Ziemi wzdłuż krawędzi płyt kontynentalnych i rowów oceanicznych. Rozdrapują zabliźnione rany. Wbijają swoje żądła tam, gdzie płynie gęsta, czarna krew tej planety.
Osiem platform wiertniczych. Osiem punktów na powierzchni. Przedwieczny wzór.
Smoła wypłynie. Świat powróci do pierwotnego chaosu.

Na dole prosta grafika przedstawiała krzyż o dwóch poprzecznych belkach, znany jako Krzyż Lotaryński. Luisa zdołała jeszcze odczytać datę na pasku narzędzi. A więc był piątek, dwudziesty szósty maja. Minęła doba od zamachu.
Te szalone i bezwzględne słowa sprawiały, że Luisa wbrew sobie odczuła niezwykły pociąg do wynaturzonych idei, jakie ze sobą niosły. Musiała użyć swych wszystkich sił krytycznych, aby nie ulec niezdrowej fascynacji. Wysiłkiem woli oderwała się od sugestywnych obrazów i zaczęła zadawać sobie pytania. Skąd pochodzili ci zamachowcy? W jaki sposób się zorganizowali? Jak się komunikowali? Skąd znali plan platformy wiertniczej? Do czego zmierzali? Dlaczego podzielili personel? Czemu nikt nie przybył na ratunek? Co znaczyły te dziwne słowa na końcu obłąkanego manifestu?
Drgnęła, kiedy poczuła, że ktoś nad nią stanął. Skonsternowana spojrzała w górę. Otyła sprzątaczka spoglądała na nią gniewnie. Kilka osób zgromadziło się wokół nich. Wszyscy niepewnie zamilkli.
– Co wy robicie? – usłyszała Luisa.
– To nasz jedyny ratunek. Możemy nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym.
– Nie powinniście tego używać. Musimy współpracować.
Luisa odwróciła wzrok.  Poczuła uderzenie w głowę. Poderwała się. Otyła sprzątaczka i śniady kucharz przyparli ją do ściany. Kobieta popchnęła ją. Luisa spróbowała się wymknąć. Sprzątaczka chwyciła ją za włosy. Luisa zacisnęła oczy i z całej siły uderzyła wielką kobietę w obfitą pierś. Odwróciła się i kopnęła mężczyznę w krocze. Wyrwała się. Zanim inni zdołali ją powstrzymać, podbiegła do zablokowanego wyjścia. W odruchu wściekłości zaczęła walić pięściami w zamknięte drzwi.
– Uspokój się, idiotko! Pozabijają nas!
Była zdumiona, kiedy usłyszała szczęk zamka. W progu stanęło dwóch zamachowców z bronią. Czarne kaski na głowach, sztywne kombinezony i precyzyjne ruchy sprawiały, że wydawali się więksi i silniejsi od zwykłych ludzi. Zakładnicy zamarli, sparaliżowani strachem. Jeden ze strażników wepchnął Luisę do środka, ale przedtem o sekundę zbyt długo przytrzymał jej ramię. Obła, lustrzana szyba zatrzymała się przed jej twarzą.
Zamachowcy wyprowadzili dwie osoby, otyłą sprzątaczkę i śniadego kucharza. Ofiary nie stawiały oporu. W zamian do pomieszczenia wstawiono dwa pełne baniaki wody i skrzynkę prowiantu. Wyniesiono kubeł z fekaliami.
 Luisa wróciła do swojego cuchnącego kąta. Pozostali zakładnicy odsunęli się od niej z lękiem i nienawiścią. Zajęła swoje miejsce pod ścianą. Damian usiadł obok niej, jednak nie odzywał się słowem.
Luisa zapamiętała tylko jedno. Chwilę wahania, kiedy lustrzana przesłona Czarnego Kasku skierowała się w jej stronę. To mogła być jej szansa.

* * *