niedziela, 28 maja 2017

4. Stalowa wieża (3)





            
            12-05-2034, wieczór
W zimnym zmierzchu czerwień nabierała głębi i zapadała się w granat. Platforma kołysała się pośród ciemnego morza, ponad nią gwiazdy kołysały się w wirach kosmicznych wiatrów, a w przestrzeni pomiędzy nimi budziło się coś potężnego i nieznanego. Za stalową ścianą połowa załogi rozpełzła się po krętych korytarzach do swoich zacisznych zakamarków.
Stojąc przy barierce i wpatrując się w hipnotyczne fale i mrok gęstniejący dokoła, Luisa nabierała pewności, że ludzkość jest jedynie krótkim, przejściowym epizodem w historii tej planety. Gdyby ludzie wymarli, za tysiąc lat pozostałoby po nich niewiele śladów. Wąska warstwa sprasowanego betonu, metalu i szkła. Przyszli naukowcy mieliby problem, aby zidentyfikować pozostałości naszej cywilizacji. Swoją obecność na Ziemi wyraźniej zaznaczyły proste organizmy, które żyły przed miliardami lat w pradawnych morzach, aby teraz stanowić pożywienie ludzkich maszyn.
Odwróciła wzrok od ciemniejącego morza i obejrzała się za siebie, na platformę wiertniczą szykującą się do nocnej zmiany. Tak. Teraz tutaj jest życie. Drobne, chwilowe, rozedrgane. Ciepłe, wilgotne i lepkie. Otoczone przez szary, bezkształtny żywioł.
Luisa nie odczuwała tutaj samotności. Ci wszyscy mężczyźni wokół niej, którzy traktowali ją jak podejrzaną wariatkę, wzbudzali jej chłodną ciekawość. Dawno minął ten okres, kiedy każdemu z nich przypisywała jednostkę chorobową. Kilka lat temu w symbolicznym geście wyrzuciła wszystkie swoje podręczniki i uwielbiane książki do morza. Teraz po prostu ich obserwowała. W większości przypadków to wystarczało. Jej bezstronna asysta była im potrzebna, aby wydostać się z pokoju luster własnego wnętrza. Tymczasem ona zaczęła sobie wyrzucać, że zamknęła się tutaj w swojej strefie komfortu.

12-05-2034, noc
Leżała w półmroku swojej kajuty. Niemal na pamięć znała rozkład tej małej klitki. Łóżko we wnęce, szafki, biurko, niewielkie okno. Czasem to pomieszczenie wywoływało u niej klaustrofobię, innym razem ten minimalizm działał na nią uspokajająco. Długo nie mogła się uspokoić. Gęsta, mięsista ciemność wyżerała oczy. Luisa czuła się pożerana żywcem przez mrok i nieświadomość. Groźba utraty kontroli nad własnym ciałem zawsze wpędzała ją w panikę.
Trudno powiedzieć, kiedy zasnęła. Sen spłynął na nią pośród nerwowego niepokoju rozbieganych myśli. Po prostu nagle uświadomiła sobie, że śni. Ale był to bardzo wyraźny sen, jeden z tych, którą są znacznie wyrazistsze od jawy. Kluczyła pustymi korytarzami mieszkalnej części platformy wiertniczej. Szukała kogoś konkretnego, ale zapomniała jego imienia. Jej zaniepokojenie przeradzało się w popłoch. W pewnym momencie, na korytarzu zalanym białym, zimnym światłem, pojawił się tamten ranny robotnik. Wciąż miał na sobie opatrunki, jednak poruszał się samodzielnie, powolnym, lunatycznym krokiem. Minął ją zapatrzony przed siebie, skostniały. Luisa znowu poczuła lodowaty powiew wiecznej samotności. Chłopiec odwrócił głowę o sto osiemdziesiąt stopni, tak że jego twarz znalazła się ponad plecami. Wówczas jęknął błagalnym głosem:
– Proszę, nie róbcie tego! Zostawcie to, błagam was! Wycofajcie się, póki jest czas!
A potem usłyszała to. Poczuła to. Świat zaczął się rozpadać, krawędź horyzontu rozszarpały niepojęte  kształty. Jednolita przestrzeń roztrzaskała się na odrębne płaszczyzny. Bezosobowe bestie waliły w metalowe ściany. Uświadomiła sobie, że wkrótce zostanie rozszarpana na strzępy przez demona, która targa ludźmi we wszystkie strony.
Lęk wyrwał ją ze snu i dopiero lekarstwa przywołały z powrotem oziębły spokój.

13-05-2034, poranek
Nawet sobota była na platformie standardowym dniem pracy. Luisa, jak co dzień, przebywała w swoim gabinecie. Przeglądała notatki dotyczące ostatnich zdarzeń. Szczegóły wypadków, dane pacjentów. Pod medycznymi terminami kryły się wstrząsające incydenty. Wydarzenia w niewyjaśnionych okolicznościach. Poparzenia przy wytryskach wody i ropy. Upadki z wysokości. Utraty bądź zmiażdżenia kończyn. Przygniecenia. Utopienia.
Szczegóły zaczynały układać się w niepokojący wzór. Po pierwsze, w liczbach związanych z tragediami, powtarzała się cyfra osiem. Wczorajsze zajście miało miejsce o godzinie 13:18. Brzmiało to paranoicznie i niewiarygodnie. Jednak inna regularność była jeszcze bardziej złowróżbna. W dokumentacji znajdowała zwykle adnotację o nietypowych oparzeniach. Czy każdy z tych nieszczęśników miał kontakt z nieznaną substancją?
„Dość tego”, pomyślała. Zadzwoniła do operatora platformy. Zażądała spotkania w trybie pilnym, zagroziła notatką służbową. Niespodziewanie operator okazał się przychylny, widocznie musiał liczyć się z personelem medycznym. Jej napięcie rosło, kiedy szła w stronę sterowni. Prowadziła ją gniewna wściekłość. 
Znalazła się w podłużnym pomieszczeniu z długim oknem obejmującym całą frontową ścianę. Pod nim szare pulpity i krzesła biurowe. Monitory komputerów z animowanymi wykresami, oscylującymi z góry na dół. We wnęce widniały metalowe szafki. Klimatyzowane pomieszczenie zaludniało kilku mężczyzn w niebieskich kombinezonach.
Luisa stanęła przed biurkiem. Operator odwrócił się do niej na krześle, ale nie wstał. Był otyłym mężczyzną z posiwiałą szczeciną na głowie. W jego wyglądzie dominował rys ostentacyjnego zaniedbania, mimo kosztownych okularów i markowego zegarka.  Spojrzał na nią marszcząc brwi. Sprawiał wrażenie, jakby się jej obawiał.
– Dzień dobry. W czym rzecz?
– Chciałam zgłosić problem. Nie sposób dłużej go lekceważyć.
– Jaki problem?
Luisa wzięła głęboki oddech i odrzekła jak najspokojniej:
– Mamy coraz więcej niewyjaśnionych wypadków wśród załogi.
– Ryzyko zawodowe. W tej branży to nic dziwnego.
– Nie o to chodzi. Tutaj dzieje się coś jeszcze.
– Co pani ma na myśli?
Z wściekłością stwierdziła, że nie wie, co odpowiedzieć.
– To skomplikowane. Fakty są niejasne.
– Jak na traumatologa, mało precyzyjna odpowiedź.
– Nie będę z panem dyskutować. Pan dobrze wie, co tutaj się dzieje. Trzeba złożyć raport!
– Spokojnie. I tak wkrótce ma przylecieć tutaj ktoś z centrali.
– Nie można narażać tych ludzi!
Operator był człowiekiem bez wątpienia sfrustrowanym. Regulamin była dla niego środkiem do szantażowania i manipulowania ludźmi. Platforma jako maszyna działała sprawnie, jednak jako społeczność była kompletnie dysfunkcyjna. Teraz mężczyzna odwrócił od niej wzrok i zapatrzył się w monitor, a potem zdjął jakaś karteczkę z korkowej tablicy. Zmiął ją w dłoni i wcisnął do kieszeni. A potem powiedział dziwnie apatycznym głosem:
– Już za późno.
– Protestuję!
– Przyjąłem do wiadomości.
– Słuchaj pan, jeżeli nie wystosujesz raportu, składam oficjalny protest!
Operator nie patrzył na nią. Obracał w rękach długopis.
– Dobrze. Napiszę raport w sprawie powtarzających się wypadków.
Luisa wychodziła ze sterowni z mieszanymi uczuciami. Miała wrażenie, że wszyscy dyskretnie spoglądali na nią. Przeszła przez część mieszkalną i znalazła się na niewielkiej galeryjce. Stała ponad ścianą metalu, wpatrzona w stalową szarość powierzchni morza. Nie lubiła poddawać się nastrojom. Zawsze znajdowała racjonalne wyjaśnienie. Zmęczenie. Niedobór magnezu. Frustracja seksualna. Tym razem jednak emocje były zbyt głębokie. Rozpłynęła się w nich. Utonęła. Nie potrafiła wydobyć się z tego leja o gładkich powierzchniach. Zbyt wiele możliwości ruchu. Brak możliwości ruchu. Wszyscy dryfowali w jakimś nieznanym, fatalnym kierunku.

            * * *

4. Stalowa wieża (2)




                12-05-2034, popołudnie
Pierwotny ruch automatu pośród nieokreślonej przestrzeni pozbawionej punktów stałych. Ruch wokół ruchu. Wielka winda z wiertłami poruszała się w górę i w dół wewnątrz wysokiego rusztowania szybu. Robotnicy zawieszeni wysoko na łańcuchach między dźwigarami instalacji kołysali się niezdarnie jak naćpane pająki. Wysoko, ponad dwadzieścia metrów nad pokładem, monterzy prowadzili prace konserwatorskie. Każda mała część spadając zamieniała się w metalowy pocisk, który mógłby zabić kogoś na dole.
Brian godzinę temu skończył swoją zmianę i obchodził właśnie swój rutynowy spacer przed  porą relaksu. Wrócił do środka i przez hotel dotarł na główny pokład. Obsada następnej szychty właśnie kończyła montaż kratownic, na których miały wspierać się wiertła i rurociągi. Nagle Brian poczuł ukłucie wewnątrz głowy. W zasięgu wzroku mignęło coś nieuchwytnego i niebezpiecznego. Bezwiednie nadstawił uszu i naprężył mięśnie. Usłyszał krzyk dochodzący z góry.
– Uwaga! Uwaga!
Pod szybem, w strefie ogrodzonej czarno-żółtymi barierkami zobaczył młodego robotnika w niebieskim kombinezonie. Szedł niepewnie, kołysał się. Co ten człowiek tam robił? Brian usłyszał głuchy odgłos uderzenia, krótki jak mgnienie oka. Chłopak osunął się na pokład. Niezdarnie ślizgał się po blaszanym poszyciu. Klęknął, podpierając się na łokciach. Pod nim rozlewała się ciemna, lśniąca kałuża.
– Pomocy! Zabrać go stąd!
Syrena alarmowa i światła ostrzegawcze. Przerwa w wydobyciu. Ekipa ratowników w czerwonych kombinezonach. Wśród zdezorientowanych osób rozległy się zmieszane okrzyki. Brianowi wydały się jakieś sztuczne. Wobec tego gwałtownego wypadku, wszystko nagle stało się sztuczne. Cała ekipa zeszła na dół. Brian pospieszył za nimi. Znalazł się w ciasnym korytarzu wypełnionym ludźmi. Wpadł na kogoś. Ogarnął go nerwowy gwar rozmów.
– Trzeba zawiadomić specjalistę od ubezpieczeń. Chłopak na pewno dostanie odszkodowanie.
– Ofiarom wypadków przysługuje płatny urlop i rekompensata.
– Nie zawsze. Zależy od okoliczności. Jeśli złamał regulamin…
– Jeśli wykryją jakieś manipulacje, nie będą chcieli płacić.
            – Owszem. Jeśli wykryją.
            – Słyszeliście? Podobno śruba przebiła kask i utkwiła w jego czaszce!
            – No dobrze, ale co on tam robił?
Na drugim końcu korytarza znajdował się pokój terapeutki. Luisa przebywała w swoim gabinecie z poczucia obowiązku, bowiem rzadko ktoś przychodził do niej na wizytę. Teraz usłyszała gwar na korytarzu. Wzbudziło to jej niezdrową ciekawość. Założyła swój biały fartuch ze srebrną plakietką, chwyciła sztywną teczkę na dokumenty, wypełniła ją pustymi kartkami i udała się w kierunku pokoju lekarskiego.
Przecisnęła się przez tłum zdezorientowanych ludzi. Znalazła się pomiędzy ratownikami. Bez słowa pokazała swoją plakietkę. Jeden z mężczyzn spojrzał na nią niechętnie, wyjął krótkofalówkę i próbował połączyć się z kimś, kto nie odbierał. W końcu również w milczeniu uchylił jej drzwi.
Luisa weszła do gabinetu. Ranny chłopak spoczywał na leżance, wciąż odziany w kombinezon. Na jego piersi widniało imię Lars. Miał opatrunek na głowie oraz lewą rękę obwiązaną bandażem. Przewracał oczami, jakby próbował zobaczyć, co właściwie stało się z jego czaszką.
            – Jak się czujesz?
– Idiotyczne pytanie. Dziwnie.
Niewzruszony lekarz pokazał mu dłoń z wyprostowanym palcem.
– Ile palców widzisz?
– Jeden. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w doskonałym porządku
Lars mówił mechanicznie spokojnym głosem. Wpatrywał się w przestrzeń szeroko rozwartymi oczami, którymi powoli zataczał koła.
– Czy możecie zgasić to światło?
– To efekt światłowstrętu
– Te ściany są przezroczyste. Wszystko się kołysze.
– Miałeś wypadek. To są skutki uboczne
– Skutki uboczne? Tak to nazywacie?
Luisa postanowiła włączyć się do badania.
– Powiedz coś więcej o swoich odczuciach.
Lekarz zerknął na nią, potem na jej plakietkę. Lars zaczął mówić wciąż przewracając oczami.
– Kiedy raz doświadczysz boskości, nic już potem nie jest takie samo. Nienawidzę tego pustego życia, które toczy się siłą bezwładu z jednej do drugiej zimnej, wilgotnej dziury.
– Jest w szoku – stwierdziła Luisa.
– To raczej działanie morfiny. Inaczej straciłby przytomność. Jak zapewne pani wie.
Chłopak wciąż próbował zobaczyć swoją głowę. Nagle zesztywniał ze strachu i zwrócił się wprost do nich:
– Przeraża mnie to, co się z wami stanie.
Luisa przerwała zapisywanie notatek. Poczuła dokładnie to samo, co on. Lodowaty podmuch powietrza nad głową i za plecami. Spojrzała na lekarza, ale ten był zajęty wypełnianiem tabel w komputerze. Przyjrzała się bacznie bandażowi na lewej ręce pacjenta.
– Co mu się przydarzyło?
– Wypadek. Przy pracy. Śruba przebiła kask.  
– Ale co stało się z jego lewą dłonią?
Dopiero teraz lekarz odwrócił się od monitora i spojrzał na nią.
– Oparzenie.
– Płonący gaz?
– Niezupełnie. Zanim uległ wypadkowi, miał kontakt z jakąś żrącą substancją. Dość nietypowe objawy.
– A konkretnie?
– Jakby pół jego dłoni stopiło się. Jak plastik w ogniu. Nigdy nie widziałem takich oparzeń.
Dopiero teraz Luisa ujrzała na bandażu małą plamkę ciemnej, gęstej materii.

* * *

piątek, 12 maja 2017

4. Stalowa wieża (1)




12-05-2034, poranek
Luisa wstała od stołu z laptopem i wyszła na korytarz wyłożony miękką wykładziną. Przez metalowe drzwi wydostała się na zewnętrzny taras. Zimny, porywisty wiatr uderzył ją w twarz i potargał krótkie włosy. Zamknęła oczy i wystawiła się smagnięcia ostrego powietrza z północy, z szaro-błękitnej przestrzeni rozpościerającej się przed nią.
Za jej plecami znajdował się stalowy labirynt platformy wiertniczej Thor, wznoszącej się pośród ruchomych płaszczyzn Morza Północnego. Gdzieś głęboko pod nią kłębiła się urojona ciemność drobnych pra-istnień. Na powierzchni morza przetaczały się majestatyczne, obojętne fale. Ponad nimi wznosiły się betonowe podpory budowli, a powyżej piętrzyły się tony czerwonej blachy i zwoje metalicznych rur. Świadomość absurdu tej piramidalnej konstrukcji była jednym z najbardziej perwersyjnych doświadczeń w jej życiu.
Chłodne powietrze wprowadzało ją w nastrój uniesienia. Mimo to na jej twarzy dominował jak zwykle wyraz beznamiętnej zawziętości, typowy dla zdeterminowanych introwertyków. Jednocześnie Luisa była bezkompromisowa i obsesyjnie niezależna, a nawet trochę nieobliczalna.
Na śniadanie szła białymi korytarzami, chybocząc się na sprężystej wykładzinie, aż dotarła do wahadłowych drzwi stołówki. Jasne światło wpadało przez okna do sali. Ludzie tłoczyli się przy długiej metalowej ladzie w głębi pomieszczenia.  Luisa lubiła dyskretnie podpatrywać rytuały społeczne, które odprawiali pracownicy platformy. Jedyną jej słabością była pasja obserwacji. Ustawiała się jak najbardziej na uboczu i  przyglądała się zachowaniom innych ludzi.
Z tacą w ręku znalazła miejsce przy stole w kącie sali. Jadła zapatrzona, kiedy usłyszała męski głos.
– Można się przysiąść? Inne miejsca są zajęte.
Ogromny, zwalisty mężczyzna pochylał się nad stołem, trzymając rękę na poręczy krzesła. Wysokie czoło i głęboko osadzone oczy nadawały jego twarzy wyraz permanentnej melancholii. Nazywał się Brian i prawdopodobnie pochodził z Irlandii. Usiadł i zgarbił się nad swoją tacą. Wyraźnie nie chciał nawiązywać kontaktu. Luisa nie potrzebowała innej zachęty.
– Jak przebiega wydobycie? Bijecie rekordy?
– Coraz trudniej jest. Wiercimy za głęboko.
– Słyszałam o różnych wypadkach.
– Pytanie brzmi, czemu jest ich tak mało?
– Nie sposób żyć w ciągłym poczuciu zagrożenia. Musicie znaleźć jakąś rozrywkę.
– Nie przyjeżdżam tutaj dla rozrywki.
– Ale monotonia może zabijać.
– Lubię monotonię.
– Jak wam się udaje się rozładować ciągły stres?
– Wystarczy o tym nie myśleć.
– W taką pogodę?
Dopiero teraz mężczyzna się ożywił.
– W taką pogodę mógłbym leżeć cały dzień i oglądać stare seriale telewizyjne.
– Jakie seriale lubisz oglądać?
– Stare amerykańskie seriale sensacyjne. Są dostępne w sieci.
Brian nagle poczuł, że za bardzo się otworzył. Z zażenowaniem urwał rozmowę. Zmieszany dokończył swoją porcję, niemal siłą wpychając ją sobie do ust. Dopił kawę dokładnie w trzech łykach. Wstał od stołu, odstawił naczynia i szybko wyszedł, przeciskając się między ludźmi. Czuł się jak niezdarny niedźwiedź w ludzkiej skórze. Instynktownie schował głowę w ramionach.
Wrócił do swojej kabiny. Szybko umył ręce, przeliczył wszystkie kosmetyki na półce i skorygował odległość między nimi. Musiały być rozstawione symetrycznie wedle wielkości. Sprawdził, czy pościel była równo ułożona na łóżku, tworząc sześcian o zaokrąglonych krawędziach. Materac powinien być całkowicie przykryty przez narzutę. Usiadł przy stole i sprawdził, czy laptop znajduje się dokładnie równolegle w stosunku do krawędzi biurka. Dopiero wówczas poczuł, że mięśnie na karku rozluźniają się i wrócił regularny oddech. W ten sposób przed każdym zagrożeniem zbawiennej izolacji chronił się w swoich życiowych rutynach. Wstawał punktualnie o godzinie szóstej rano. Mył zęby, starannie odliczając ruchy. Wykonywał trzydzieści pompek. W szafie czekały na niego równe stosy podkoszulek w trzech kolorach, białym, szarym i czarnym. Jeśli wczoraj nosił czarną podkoszulkę, tego dnia zakładał szarą. Jutro był czas na białą. Brian już dawno pogodził się ze swoją nerwicą natręctw.
Wymknął się bocznym wyjściem. Stanął na kratownicy schodów przyspawanych do ściany szczytowej. Nad sobą, pod sobą, z obydwu stron, wszędzie widział tę samą abstrakcyjną mozaikę czerwonej blachy, żółtych rur, czarnej siatki, brązowych sznurów. Szare pole lądowiska dla helikopterów. I znowu siatki, barierki, kontenery, metalowe płyty dźwięczące pod nogami, kratownice, wentylatory i pasma rur, białe, pomarańczowe, zielone, czerwone i czarne, nawarstwione, załamane, równoległe i prostopadłe, ciągnące się w obłędnym rytmie mechanicznej powtarzalności. A w tle falowała nieokreślona szaro-błękitna przestrzeń.
Ekipa wydobywcza platformy składała się w większości z hermetycznych Rosjan oraz zawziętych Irlandczyków i Polaków. Oprócz nich, najgorsi ze wszystkich, Amerykanie, którzy zostawili swoje rodziny daleko na drugiej półkuli. Poza tym kilkoro naukowców, geofizyków i oceanologów, socjopatów z burżuazyjnych europejskich domów. Obrazu dopełniał personel obsługujący część socjalną, najczęściej Azjaci. Załoga stanowiła prawdziwy melanż kultur. Jednak wszyscy mieli coś wspólnego, bowiem każdy na swój sposób był uciekinierem albo wyrzutkiem społecznym. Każdy ukrywał swoją tajemnicę. A wszystkim kierowali z daleka mityczni menadżerowie korporacji Northern Light Research.
Najeżona kratownicami fabryka z betonu i stali, jak ogromna maszyna wypełniona ludźmi, stała pośród wielokształtnego żywiołu i wbijała swoje żądło w niezbadane dno. A oni nieświadomie wsłuchiwali się w wibracje dochodzące z wnętrza planety, przenoszone przez wiertła. Kolejne pokłady się wyczerpywały. Wiercili coraz głębiej. Pompowali w tamtą stronę więcej szlamu, niż zdołali wydobyć jakichkolwiek bituminów. Do zbiorników trafiała śmierdząca ropa złej jakości.
I po co to wszystko? Żeby wżerać się głęboko pod powierzchnię planety i zasysać te wszystkie kopaliny w postaci węglowodorów pochodzenia organicznego. Cywilizacja silnika spalinowego była jak wampir wysysający krew z żył Ziemi. Ale każdy czerpał z tego zyski.

                * * *