niedziela, 28 maja 2017

4. Stalowa wieża (2)




                12-05-2034, popołudnie
Pierwotny ruch automatu pośród nieokreślonej przestrzeni pozbawionej punktów stałych. Ruch wokół ruchu. Wielka winda z wiertłami poruszała się w górę i w dół wewnątrz wysokiego rusztowania szybu. Robotnicy zawieszeni wysoko na łańcuchach między dźwigarami instalacji kołysali się niezdarnie jak naćpane pająki. Wysoko, ponad dwadzieścia metrów nad pokładem, monterzy prowadzili prace konserwatorskie. Każda mała część spadając zamieniała się w metalowy pocisk, który mógłby zabić kogoś na dole.
Brian godzinę temu skończył swoją zmianę i obchodził właśnie swój rutynowy spacer przed  porą relaksu. Wrócił do środka i przez hotel dotarł na główny pokład. Obsada następnej szychty właśnie kończyła montaż kratownic, na których miały wspierać się wiertła i rurociągi. Nagle Brian poczuł ukłucie wewnątrz głowy. W zasięgu wzroku mignęło coś nieuchwytnego i niebezpiecznego. Bezwiednie nadstawił uszu i naprężył mięśnie. Usłyszał krzyk dochodzący z góry.
– Uwaga! Uwaga!
Pod szybem, w strefie ogrodzonej czarno-żółtymi barierkami zobaczył młodego robotnika w niebieskim kombinezonie. Szedł niepewnie, kołysał się. Co ten człowiek tam robił? Brian usłyszał głuchy odgłos uderzenia, krótki jak mgnienie oka. Chłopak osunął się na pokład. Niezdarnie ślizgał się po blaszanym poszyciu. Klęknął, podpierając się na łokciach. Pod nim rozlewała się ciemna, lśniąca kałuża.
– Pomocy! Zabrać go stąd!
Syrena alarmowa i światła ostrzegawcze. Przerwa w wydobyciu. Ekipa ratowników w czerwonych kombinezonach. Wśród zdezorientowanych osób rozległy się zmieszane okrzyki. Brianowi wydały się jakieś sztuczne. Wobec tego gwałtownego wypadku, wszystko nagle stało się sztuczne. Cała ekipa zeszła na dół. Brian pospieszył za nimi. Znalazł się w ciasnym korytarzu wypełnionym ludźmi. Wpadł na kogoś. Ogarnął go nerwowy gwar rozmów.
– Trzeba zawiadomić specjalistę od ubezpieczeń. Chłopak na pewno dostanie odszkodowanie.
– Ofiarom wypadków przysługuje płatny urlop i rekompensata.
– Nie zawsze. Zależy od okoliczności. Jeśli złamał regulamin…
– Jeśli wykryją jakieś manipulacje, nie będą chcieli płacić.
            – Owszem. Jeśli wykryją.
            – Słyszeliście? Podobno śruba przebiła kask i utkwiła w jego czaszce!
            – No dobrze, ale co on tam robił?
Na drugim końcu korytarza znajdował się pokój terapeutki. Luisa przebywała w swoim gabinecie z poczucia obowiązku, bowiem rzadko ktoś przychodził do niej na wizytę. Teraz usłyszała gwar na korytarzu. Wzbudziło to jej niezdrową ciekawość. Założyła swój biały fartuch ze srebrną plakietką, chwyciła sztywną teczkę na dokumenty, wypełniła ją pustymi kartkami i udała się w kierunku pokoju lekarskiego.
Przecisnęła się przez tłum zdezorientowanych ludzi. Znalazła się pomiędzy ratownikami. Bez słowa pokazała swoją plakietkę. Jeden z mężczyzn spojrzał na nią niechętnie, wyjął krótkofalówkę i próbował połączyć się z kimś, kto nie odbierał. W końcu również w milczeniu uchylił jej drzwi.
Luisa weszła do gabinetu. Ranny chłopak spoczywał na leżance, wciąż odziany w kombinezon. Na jego piersi widniało imię Lars. Miał opatrunek na głowie oraz lewą rękę obwiązaną bandażem. Przewracał oczami, jakby próbował zobaczyć, co właściwie stało się z jego czaszką.
            – Jak się czujesz?
– Idiotyczne pytanie. Dziwnie.
Niewzruszony lekarz pokazał mu dłoń z wyprostowanym palcem.
– Ile palców widzisz?
– Jeden. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w doskonałym porządku
Lars mówił mechanicznie spokojnym głosem. Wpatrywał się w przestrzeń szeroko rozwartymi oczami, którymi powoli zataczał koła.
– Czy możecie zgasić to światło?
– To efekt światłowstrętu
– Te ściany są przezroczyste. Wszystko się kołysze.
– Miałeś wypadek. To są skutki uboczne
– Skutki uboczne? Tak to nazywacie?
Luisa postanowiła włączyć się do badania.
– Powiedz coś więcej o swoich odczuciach.
Lekarz zerknął na nią, potem na jej plakietkę. Lars zaczął mówić wciąż przewracając oczami.
– Kiedy raz doświadczysz boskości, nic już potem nie jest takie samo. Nienawidzę tego pustego życia, które toczy się siłą bezwładu z jednej do drugiej zimnej, wilgotnej dziury.
– Jest w szoku – stwierdziła Luisa.
– To raczej działanie morfiny. Inaczej straciłby przytomność. Jak zapewne pani wie.
Chłopak wciąż próbował zobaczyć swoją głowę. Nagle zesztywniał ze strachu i zwrócił się wprost do nich:
– Przeraża mnie to, co się z wami stanie.
Luisa przerwała zapisywanie notatek. Poczuła dokładnie to samo, co on. Lodowaty podmuch powietrza nad głową i za plecami. Spojrzała na lekarza, ale ten był zajęty wypełnianiem tabel w komputerze. Przyjrzała się bacznie bandażowi na lewej ręce pacjenta.
– Co mu się przydarzyło?
– Wypadek. Przy pracy. Śruba przebiła kask.  
– Ale co stało się z jego lewą dłonią?
Dopiero teraz lekarz odwrócił się od monitora i spojrzał na nią.
– Oparzenie.
– Płonący gaz?
– Niezupełnie. Zanim uległ wypadkowi, miał kontakt z jakąś żrącą substancją. Dość nietypowe objawy.
– A konkretnie?
– Jakby pół jego dłoni stopiło się. Jak plastik w ogniu. Nigdy nie widziałem takich oparzeń.
Dopiero teraz Luisa ujrzała na bandażu małą plamkę ciemnej, gęstej materii.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz