12-05-2034, popołudnie
Pierwotny
ruch automatu pośród nieokreślonej przestrzeni pozbawionej punktów stałych. Ruch
wokół ruchu. Wielka winda z wiertłami poruszała się w górę i w dół wewnątrz
wysokiego rusztowania szybu. Robotnicy zawieszeni wysoko na łańcuchach między
dźwigarami instalacji kołysali się niezdarnie jak naćpane pająki. Wysoko, ponad
dwadzieścia metrów nad pokładem, monterzy prowadzili prace konserwatorskie. Każda
mała część spadając zamieniała się w metalowy pocisk, który mógłby zabić kogoś
na dole.
Brian
godzinę temu skończył swoją zmianę i obchodził właśnie swój rutynowy spacer
przed porą relaksu. Wrócił do środka i
przez hotel dotarł na główny pokład. Obsada następnej szychty właśnie kończyła montaż
kratownic, na których miały wspierać się wiertła i rurociągi. Nagle Brian
poczuł ukłucie wewnątrz głowy. W zasięgu wzroku mignęło coś nieuchwytnego i
niebezpiecznego. Bezwiednie nadstawił uszu i naprężył mięśnie. Usłyszał krzyk
dochodzący z góry.
–
Uwaga! Uwaga!
Pod
szybem, w strefie ogrodzonej czarno-żółtymi barierkami zobaczył młodego robotnika
w niebieskim kombinezonie. Szedł niepewnie, kołysał się. Co ten człowiek tam
robił? Brian usłyszał głuchy odgłos uderzenia, krótki jak mgnienie oka. Chłopak
osunął się na pokład. Niezdarnie ślizgał się po blaszanym poszyciu. Klęknął,
podpierając się na łokciach. Pod nim rozlewała się ciemna, lśniąca kałuża.
–
Pomocy! Zabrać go stąd!
Syrena
alarmowa i światła ostrzegawcze. Przerwa w wydobyciu. Ekipa ratowników w
czerwonych kombinezonach. Wśród zdezorientowanych osób rozległy się zmieszane okrzyki.
Brianowi wydały się jakieś sztuczne. Wobec tego gwałtownego wypadku, wszystko
nagle stało się sztuczne. Cała ekipa zeszła na dół. Brian pospieszył za nimi.
Znalazł się w ciasnym korytarzu wypełnionym ludźmi. Wpadł na kogoś. Ogarnął go
nerwowy gwar rozmów.
–
Trzeba zawiadomić specjalistę od ubezpieczeń. Chłopak na pewno dostanie
odszkodowanie.
–
Ofiarom wypadków przysługuje płatny urlop i rekompensata.
–
Nie zawsze. Zależy od okoliczności. Jeśli złamał regulamin…
–
Jeśli wykryją jakieś manipulacje, nie będą chcieli płacić.
– Owszem. Jeśli wykryją.
– Słyszeliście? Podobno śruba
przebiła kask i utkwiła w jego czaszce!
– No dobrze, ale co on tam
robił?
Na
drugim końcu korytarza znajdował się pokój terapeutki. Luisa przebywała w swoim
gabinecie z poczucia obowiązku, bowiem rzadko ktoś przychodził do niej na
wizytę. Teraz usłyszała gwar na korytarzu. Wzbudziło to jej niezdrową ciekawość.
Założyła swój biały fartuch ze srebrną plakietką, chwyciła sztywną teczkę na
dokumenty, wypełniła ją pustymi kartkami i udała się w kierunku pokoju
lekarskiego.
Przecisnęła
się przez tłum zdezorientowanych ludzi. Znalazła się pomiędzy ratownikami. Bez
słowa pokazała swoją plakietkę. Jeden z mężczyzn spojrzał na nią niechętnie, wyjął
krótkofalówkę i próbował połączyć się z kimś, kto nie odbierał. W końcu również
w milczeniu uchylił jej drzwi.
Luisa
weszła do gabinetu. Ranny chłopak spoczywał na leżance, wciąż odziany w
kombinezon. Na jego piersi widniało imię Lars. Miał opatrunek na głowie oraz
lewą rękę obwiązaną bandażem. Przewracał oczami, jakby próbował zobaczyć, co
właściwie stało się z jego czaszką.
– Jak się czujesz?
–
Idiotyczne pytanie. Dziwnie.
Niewzruszony
lekarz pokazał mu dłoń z wyprostowanym palcem.
–
Ile palców widzisz?
–
Jeden. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w doskonałym porządku
Lars
mówił mechanicznie spokojnym głosem. Wpatrywał się w przestrzeń szeroko
rozwartymi oczami, którymi powoli zataczał koła.
–
Czy możecie zgasić to światło?
–
To efekt światłowstrętu
–
Te ściany są przezroczyste. Wszystko się kołysze.
–
Miałeś wypadek. To są skutki uboczne
–
Skutki uboczne? Tak to nazywacie?
Luisa
postanowiła włączyć się do badania.
–
Powiedz coś więcej o swoich odczuciach.
Lekarz
zerknął na nią, potem na jej plakietkę. Lars zaczął mówić wciąż przewracając
oczami.
–
Kiedy raz doświadczysz boskości, nic już potem nie jest takie samo. Nienawidzę tego
pustego życia, które toczy się siłą bezwładu z jednej do drugiej zimnej, wilgotnej
dziury.
–
Jest w szoku – stwierdziła Luisa.
–
To raczej działanie morfiny. Inaczej straciłby przytomność. Jak zapewne pani
wie.
Chłopak
wciąż próbował zobaczyć swoją głowę. Nagle zesztywniał ze strachu i zwrócił się
wprost do nich:
–
Przeraża mnie to, co się z wami stanie.
Luisa
przerwała zapisywanie notatek. Poczuła dokładnie to samo, co on. Lodowaty
podmuch powietrza nad głową i za plecami. Spojrzała na lekarza, ale ten był
zajęty wypełnianiem tabel w komputerze. Przyjrzała się bacznie bandażowi na lewej
ręce pacjenta.
–
Co mu się przydarzyło?
–
Wypadek. Przy pracy. Śruba przebiła kask.
–
Ale co stało się z jego lewą dłonią?
Dopiero
teraz lekarz odwrócił się od monitora i spojrzał na nią.
–
Oparzenie.
–
Płonący gaz?
–
Niezupełnie. Zanim uległ wypadkowi, miał kontakt z jakąś żrącą substancją. Dość
nietypowe objawy.
–
A konkretnie?
–
Jakby pół jego dłoni stopiło się. Jak plastik w ogniu. Nigdy nie widziałem
takich oparzeń.
Dopiero
teraz Luisa ujrzała na bandażu małą plamkę ciemnej, gęstej materii.
*
* *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz