piątek, 12 maja 2017

4. Stalowa wieża (1)




12-05-2034, poranek
Luisa wstała od stołu z laptopem i wyszła na korytarz wyłożony miękką wykładziną. Przez metalowe drzwi wydostała się na zewnętrzny taras. Zimny, porywisty wiatr uderzył ją w twarz i potargał krótkie włosy. Zamknęła oczy i wystawiła się smagnięcia ostrego powietrza z północy, z szaro-błękitnej przestrzeni rozpościerającej się przed nią.
Za jej plecami znajdował się stalowy labirynt platformy wiertniczej Thor, wznoszącej się pośród ruchomych płaszczyzn Morza Północnego. Gdzieś głęboko pod nią kłębiła się urojona ciemność drobnych pra-istnień. Na powierzchni morza przetaczały się majestatyczne, obojętne fale. Ponad nimi wznosiły się betonowe podpory budowli, a powyżej piętrzyły się tony czerwonej blachy i zwoje metalicznych rur. Świadomość absurdu tej piramidalnej konstrukcji była jednym z najbardziej perwersyjnych doświadczeń w jej życiu.
Chłodne powietrze wprowadzało ją w nastrój uniesienia. Mimo to na jej twarzy dominował jak zwykle wyraz beznamiętnej zawziętości, typowy dla zdeterminowanych introwertyków. Jednocześnie Luisa była bezkompromisowa i obsesyjnie niezależna, a nawet trochę nieobliczalna.
Na śniadanie szła białymi korytarzami, chybocząc się na sprężystej wykładzinie, aż dotarła do wahadłowych drzwi stołówki. Jasne światło wpadało przez okna do sali. Ludzie tłoczyli się przy długiej metalowej ladzie w głębi pomieszczenia.  Luisa lubiła dyskretnie podpatrywać rytuały społeczne, które odprawiali pracownicy platformy. Jedyną jej słabością była pasja obserwacji. Ustawiała się jak najbardziej na uboczu i  przyglądała się zachowaniom innych ludzi.
Z tacą w ręku znalazła miejsce przy stole w kącie sali. Jadła zapatrzona, kiedy usłyszała męski głos.
– Można się przysiąść? Inne miejsca są zajęte.
Ogromny, zwalisty mężczyzna pochylał się nad stołem, trzymając rękę na poręczy krzesła. Wysokie czoło i głęboko osadzone oczy nadawały jego twarzy wyraz permanentnej melancholii. Nazywał się Brian i prawdopodobnie pochodził z Irlandii. Usiadł i zgarbił się nad swoją tacą. Wyraźnie nie chciał nawiązywać kontaktu. Luisa nie potrzebowała innej zachęty.
– Jak przebiega wydobycie? Bijecie rekordy?
– Coraz trudniej jest. Wiercimy za głęboko.
– Słyszałam o różnych wypadkach.
– Pytanie brzmi, czemu jest ich tak mało?
– Nie sposób żyć w ciągłym poczuciu zagrożenia. Musicie znaleźć jakąś rozrywkę.
– Nie przyjeżdżam tutaj dla rozrywki.
– Ale monotonia może zabijać.
– Lubię monotonię.
– Jak wam się udaje się rozładować ciągły stres?
– Wystarczy o tym nie myśleć.
– W taką pogodę?
Dopiero teraz mężczyzna się ożywił.
– W taką pogodę mógłbym leżeć cały dzień i oglądać stare seriale telewizyjne.
– Jakie seriale lubisz oglądać?
– Stare amerykańskie seriale sensacyjne. Są dostępne w sieci.
Brian nagle poczuł, że za bardzo się otworzył. Z zażenowaniem urwał rozmowę. Zmieszany dokończył swoją porcję, niemal siłą wpychając ją sobie do ust. Dopił kawę dokładnie w trzech łykach. Wstał od stołu, odstawił naczynia i szybko wyszedł, przeciskając się między ludźmi. Czuł się jak niezdarny niedźwiedź w ludzkiej skórze. Instynktownie schował głowę w ramionach.
Wrócił do swojej kabiny. Szybko umył ręce, przeliczył wszystkie kosmetyki na półce i skorygował odległość między nimi. Musiały być rozstawione symetrycznie wedle wielkości. Sprawdził, czy pościel była równo ułożona na łóżku, tworząc sześcian o zaokrąglonych krawędziach. Materac powinien być całkowicie przykryty przez narzutę. Usiadł przy stole i sprawdził, czy laptop znajduje się dokładnie równolegle w stosunku do krawędzi biurka. Dopiero wówczas poczuł, że mięśnie na karku rozluźniają się i wrócił regularny oddech. W ten sposób przed każdym zagrożeniem zbawiennej izolacji chronił się w swoich życiowych rutynach. Wstawał punktualnie o godzinie szóstej rano. Mył zęby, starannie odliczając ruchy. Wykonywał trzydzieści pompek. W szafie czekały na niego równe stosy podkoszulek w trzech kolorach, białym, szarym i czarnym. Jeśli wczoraj nosił czarną podkoszulkę, tego dnia zakładał szarą. Jutro był czas na białą. Brian już dawno pogodził się ze swoją nerwicą natręctw.
Wymknął się bocznym wyjściem. Stanął na kratownicy schodów przyspawanych do ściany szczytowej. Nad sobą, pod sobą, z obydwu stron, wszędzie widział tę samą abstrakcyjną mozaikę czerwonej blachy, żółtych rur, czarnej siatki, brązowych sznurów. Szare pole lądowiska dla helikopterów. I znowu siatki, barierki, kontenery, metalowe płyty dźwięczące pod nogami, kratownice, wentylatory i pasma rur, białe, pomarańczowe, zielone, czerwone i czarne, nawarstwione, załamane, równoległe i prostopadłe, ciągnące się w obłędnym rytmie mechanicznej powtarzalności. A w tle falowała nieokreślona szaro-błękitna przestrzeń.
Ekipa wydobywcza platformy składała się w większości z hermetycznych Rosjan oraz zawziętych Irlandczyków i Polaków. Oprócz nich, najgorsi ze wszystkich, Amerykanie, którzy zostawili swoje rodziny daleko na drugiej półkuli. Poza tym kilkoro naukowców, geofizyków i oceanologów, socjopatów z burżuazyjnych europejskich domów. Obrazu dopełniał personel obsługujący część socjalną, najczęściej Azjaci. Załoga stanowiła prawdziwy melanż kultur. Jednak wszyscy mieli coś wspólnego, bowiem każdy na swój sposób był uciekinierem albo wyrzutkiem społecznym. Każdy ukrywał swoją tajemnicę. A wszystkim kierowali z daleka mityczni menadżerowie korporacji Northern Light Research.
Najeżona kratownicami fabryka z betonu i stali, jak ogromna maszyna wypełniona ludźmi, stała pośród wielokształtnego żywiołu i wbijała swoje żądło w niezbadane dno. A oni nieświadomie wsłuchiwali się w wibracje dochodzące z wnętrza planety, przenoszone przez wiertła. Kolejne pokłady się wyczerpywały. Wiercili coraz głębiej. Pompowali w tamtą stronę więcej szlamu, niż zdołali wydobyć jakichkolwiek bituminów. Do zbiorników trafiała śmierdząca ropa złej jakości.
I po co to wszystko? Żeby wżerać się głęboko pod powierzchnię planety i zasysać te wszystkie kopaliny w postaci węglowodorów pochodzenia organicznego. Cywilizacja silnika spalinowego była jak wampir wysysający krew z żył Ziemi. Ale każdy czerpał z tego zyski.

                * * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz