12-05-2034, poranek
Luisa wstała od stołu z laptopem i wyszła na korytarz wyłożony miękką
wykładziną. Przez metalowe drzwi wydostała się na zewnętrzny taras. Zimny,
porywisty wiatr uderzył ją w twarz i potargał krótkie włosy. Zamknęła oczy i
wystawiła się smagnięcia ostrego powietrza z północy, z szaro-błękitnej
przestrzeni rozpościerającej się przed nią.
Za jej plecami znajdował się stalowy labirynt platformy wiertniczej Thor,
wznoszącej się pośród ruchomych płaszczyzn Morza Północnego. Gdzieś głęboko pod
nią kłębiła się urojona ciemność drobnych pra-istnień. Na powierzchni morza przetaczały
się majestatyczne, obojętne fale. Ponad nimi wznosiły się betonowe podpory
budowli, a powyżej piętrzyły się tony czerwonej blachy i zwoje metalicznych rur.
Świadomość absurdu tej piramidalnej konstrukcji była jednym z najbardziej
perwersyjnych doświadczeń w jej życiu.
Chłodne powietrze wprowadzało ją w nastrój uniesienia. Mimo to na jej
twarzy dominował jak zwykle wyraz beznamiętnej zawziętości, typowy dla
zdeterminowanych introwertyków. Jednocześnie Luisa była bezkompromisowa i obsesyjnie
niezależna, a nawet trochę nieobliczalna.
Na śniadanie szła białymi korytarzami, chybocząc się na sprężystej
wykładzinie, aż dotarła do wahadłowych drzwi stołówki. Jasne światło wpadało
przez okna do sali. Ludzie tłoczyli się przy długiej metalowej ladzie w głębi
pomieszczenia. Luisa lubiła dyskretnie
podpatrywać rytuały społeczne, które odprawiali pracownicy platformy. Jedyną
jej słabością była pasja obserwacji. Ustawiała się jak najbardziej na uboczu
i przyglądała się zachowaniom innych
ludzi.
Z tacą w ręku znalazła miejsce przy stole w kącie sali. Jadła zapatrzona,
kiedy usłyszała męski głos.
– Można się przysiąść? Inne miejsca są zajęte.
Ogromny, zwalisty mężczyzna pochylał się nad stołem, trzymając rękę na
poręczy krzesła. Wysokie czoło i głęboko osadzone oczy nadawały jego twarzy
wyraz permanentnej melancholii. Nazywał się Brian i prawdopodobnie pochodził z
Irlandii. Usiadł i zgarbił się nad swoją tacą. Wyraźnie nie chciał nawiązywać
kontaktu. Luisa nie potrzebowała innej zachęty.
– Jak przebiega wydobycie? Bijecie rekordy?
– Coraz trudniej jest. Wiercimy za głęboko.
– Słyszałam o różnych wypadkach.
– Pytanie brzmi, czemu jest ich tak mało?
– Nie sposób żyć w ciągłym poczuciu zagrożenia. Musicie znaleźć jakąś
rozrywkę.
– Nie przyjeżdżam tutaj dla rozrywki.
– Ale monotonia może zabijać.
– Lubię monotonię.
– Jak wam się udaje się rozładować ciągły stres?
– Wystarczy o tym nie myśleć.
– W taką pogodę?
Dopiero teraz mężczyzna się ożywił.
– W taką pogodę mógłbym leżeć cały dzień i oglądać stare seriale
telewizyjne.
– Jakie seriale lubisz oglądać?
– Stare amerykańskie seriale sensacyjne. Są dostępne w sieci.
Brian nagle poczuł, że za bardzo się otworzył. Z zażenowaniem urwał rozmowę.
Zmieszany dokończył swoją porcję, niemal siłą wpychając ją sobie do ust. Dopił
kawę dokładnie w trzech łykach. Wstał od stołu, odstawił naczynia i szybko
wyszedł, przeciskając się między ludźmi. Czuł się jak niezdarny niedźwiedź w
ludzkiej skórze. Instynktownie schował głowę w ramionach.
Wrócił do swojej kabiny. Szybko umył ręce, przeliczył wszystkie kosmetyki
na półce i skorygował odległość między nimi. Musiały być rozstawione
symetrycznie wedle wielkości. Sprawdził, czy pościel była równo ułożona na
łóżku, tworząc sześcian o zaokrąglonych krawędziach. Materac powinien być
całkowicie przykryty przez narzutę. Usiadł przy stole i sprawdził, czy laptop
znajduje się dokładnie równolegle w stosunku do krawędzi biurka. Dopiero wówczas
poczuł, że mięśnie na karku rozluźniają się i wrócił regularny oddech. W ten
sposób przed każdym zagrożeniem zbawiennej izolacji chronił się w swoich
życiowych rutynach. Wstawał punktualnie o godzinie szóstej rano. Mył zęby,
starannie odliczając ruchy. Wykonywał trzydzieści pompek. W szafie czekały na
niego równe stosy podkoszulek w trzech kolorach, białym, szarym i czarnym. Jeśli
wczoraj nosił czarną podkoszulkę, tego dnia zakładał szarą. Jutro był czas na
białą. Brian już dawno pogodził się ze swoją nerwicą natręctw.
Wymknął
się bocznym
wyjściem. Stanął na kratownicy schodów przyspawanych do ściany
szczytowej. Nad sobą, pod sobą, z obydwu stron, wszędzie widział tę samą
abstrakcyjną mozaikę czerwonej blachy, żółtych rur, czarnej siatki,
brązowych sznurów. Szare pole lądowiska dla helikopterów. I znowu
siatki, barierki, kontenery, metalowe płyty dźwięczące
pod nogami, kratownice, wentylatory i pasma rur, białe, pomarańczowe, zielone,
czerwone i czarne, nawarstwione, załamane, równoległe i prostopadłe, ciągnące
się w obłędnym rytmie mechanicznej powtarzalności. A w tle falowała
nieokreślona szaro-błękitna przestrzeń.
Ekipa wydobywcza platformy składała się w większości z hermetycznych Rosjan
oraz zawziętych Irlandczyków i Polaków. Oprócz nich, najgorsi ze wszystkich,
Amerykanie, którzy zostawili swoje rodziny daleko na drugiej półkuli. Poza tym kilkoro
naukowców, geofizyków i oceanologów, socjopatów z burżuazyjnych europejskich domów.
Obrazu dopełniał personel obsługujący część socjalną, najczęściej Azjaci. Załoga
stanowiła prawdziwy melanż kultur. Jednak wszyscy mieli coś wspólnego, bowiem każdy
na swój sposób był uciekinierem albo wyrzutkiem społecznym. Każdy ukrywał swoją
tajemnicę. A wszystkim kierowali z daleka mityczni menadżerowie korporacji
Northern Light Research.
Najeżona
kratownicami fabryka z betonu i stali, jak ogromna maszyna wypełniona ludźmi, stała pośród wielokształtnego żywiołu i wbijała
swoje żądło w niezbadane dno. A oni nieświadomie
wsłuchiwali
się w wibracje dochodzące z wnętrza planety, przenoszone przez wiertła. Kolejne
pokłady się wyczerpywały. Wiercili coraz głębiej. Pompowali w tamtą stronę
więcej szlamu, niż zdołali wydobyć jakichkolwiek bituminów. Do zbiorników trafiała
śmierdząca ropa złej jakości.
I po co to
wszystko? Żeby wżerać się głęboko pod powierzchnię planety i zasysać te wszystkie kopaliny w postaci węglowodorów pochodzenia
organicznego. Cywilizacja silnika spalinowego była jak wampir wysysający krew z
żył Ziemi. Ale każdy czerpał z tego zyski.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz