poniedziałek, 17 kwietnia 2017

3. Pusty pokój (5)





11-05-2034, wieczór
Plac Savigny zapadł w sen pomiędzy klombami kwiatów, Kurfürstendamm otuliła się ciepłym światłem lamp. Boczna ulica, ogrodzenie, zadrzewiony dziedziniec, kamienica w głębi. Knesebeckstrasse, numer 75. Na podświetlonym przycisku domofonu widniało nazwisko: Hillebrandt. Przeszklony szyb windy, klatka schodowa wyłożona kamieniem prowadziła do ich apartamentu w przybudówce kamienicy. Procesor inteligentnego mieszkania zaprogramował temperaturę i wilgotność, imitując atmosferę letniego wieczora nad jeziorem. Dwoje ludzi w średnim wieku siedziało naprzeciw siebie przy stole z surowego synte-drewna. Jedno nakrycie stało przy pustym krześle. W tym obrazie komfortu i nowoczesności kogoś brakowało.
Taki widok zobaczyła Wiktoria, kiedy dotarła do domu. Jej matka i Uwe siedzieli już przy stole. A więc znowu się spóźniła. Wiktoria zawsze wracała tutaj spóźniona albo zniechęcona. Wolała stare mieszkanie, które zajmowała z matką. Tamto prowizoryczne ubóstwo wspominała jako nieustającą przygodę. Ale cieszyła się, że matka była szczęśliwa. Chciała, żeby wszystko układało się dobrze między nimi.
Greta Hillebrandt była niewysoką kobietą o ostrych rysach twarzy, lekko zapadniętych policzkach i prostym nosie, z wąskimi, ruchliwymi ustami, które często zaciskały się jak spierzchnięta rana. Rudawe włosy podkreślały bladość jej cery. Przestała je już farbować na zdecydowany miedziany odcień. Już w niczym nie była taka bezkompromisowa, jak dawniej.
Jej rytm dnia przypomniał wzorcowe życie bohaterek lajfstajlowych magazynów. Budziła się wcześnie, wypijała świeżo wyciśnięty sok i udawała się na godzinny jogging. Po powrocie brała prysznic i jechała do biura. Popołudnia spędzała na siłowni, w szkole jogi, albo w gabinecie odnowy biologicznej. Margerita pracowała w firmie zajmującej się restrukturyzacją przedsiębiorstw. Mówiąc wprost, doradzali, których pracowników należy się pozbyć. Wykonywała swoje obowiązki z prawdziwym zaangażowaniem. Jedynie wieczorami upijała się winem i oglądała zdjęcia dawnych znajomych na portalach społecznościowych.
Z kolei Uwe był developerem i agentem nieruchomości, choć nikt nie znał szczegółów jego działalności. Wiktoria lubiła wyobrażać sobie, jak poznali się z matką. Dwoje ludzi w średnim wieku, z bagażem przeszłości, spotkali się przypadkiem i ulegli swemu urokowi. Zdobyli się na odwagę, aby porzucić swoje uprzedzenia i z młodzieńczą wiarą na nowo zbudować wspólne życie.
A teraz trafili tutaj. Siedzieli przy stole z surowego synte-drewna, otoczeni kloszem zielonkawego bio-światła. Spożywali danie zaplanowane i zbilansowane przez ich inteligentną kuchnię. Margerita eksperymentowała z dietą, więc wszyscy oprócz niej mieli raczej kwaśne miny.
Wiktoria rozgrzebała widelcem swoją sałatkę, wyjęła ćwiartkę pomidora i przyglądała jej się uważnie.
– Nie wiem, czy wiesz, droga matko, ale odbyłam dziś miłą konwersację ze swoim ojcem.
– Co takiego?
 Mój rodziciel przybył do naszego pięknego miasta. Oddał się w ręce naszych medyków. A ponadto… wszedł w posiadanie nieruchomości.
Wiktoria rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Uwego, który przeglądał wiadomości na swoim nanotesie.
– Jesteś pewna? Znowu coś ci się pomyliło – Greta wzruszyła ramionami.
– Jego nowe lokum znajduje się w wiekowej kamienicy na Weisensee.
– On zawsze miał niestworzone pomysły. A ty zawsze mu wierzysz. Lepiej przestałabyś go słuchać.
– Matko najdroższa, bardzo cię proszę!...
– Skoro ten nieudacznik znowu przyjechał do Berlina, to znaczy, że szykują się kłopoty.
– Moja czcigodna matko, ów nieudacznik jest najbardziej wartościowym człowiekiem z twojego otoczenia.
– Co ty wygadujesz?! Niewdzięczna dziewczyna.
– Wybaczcie, ale nie mam apetytu. Czy mogę was opuścić?
Wiktoria zsunęła się z krzesła. Nie oglądając się wyszła z salonu. Z wściekłością zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju. Czasem czuła się tutaj zamknięta jak w luksusowym więzieniu. Rozżalona odpaliła swoje wirtualne okulary.
Po drugiej stronie inteligentnej ściany, Greta leżała w pościeli z granatowej satyny. Nie mogła zasnąć. Była sama w sypialni, Uwe został jeszcze swoim gabinecie po drugiej stronie korytarza. Greta musiała stłumić niepokój. Za każdym razem, kiedy karciła córkę, pojawiało się głuche poczucie winy.
Wstała i poszła do gabinetu. Uwe wciąż siedział w skupieniu przy biurku, pochylony nad swoimi dokumentami.
– Twój były partner ma dużo szczęścia.
– Więcej szczęścia, niż rozumu. Przyjdziesz do mnie?
– Jeszcze chwilę.
– Nie siedź zbyt długo.
Wiedziała, jak wiele odwagi wymagała od niego ta sytuacja. Dlatego z czasem pociągał ją coraz bardziej. Okazywała mu czułość i miłość bardziej, niż komukolwiek innemu wcześniej. Wróciła do sypialni. Leżała tak z zamkniętymi oczami, poddając się chaosowi skłębionych myśli. Nie zauważyła momentu, w którym odpłynęła w nieświadomy sen.
Tymczasem Uwe otworzył swój wirtualny profil. Przed nim wyświetliła się trójwymiarowa mapa miasta. Niebieskie pola prywatnych własności połączone białymi strunami ulic, a do tego pomarańczowe i czerwone punkty, określające szczególne ważne lokalizacje, których status wciąż był niejasny. Przybliżył jeden z fragmentów planu i wywołał długą listę kodowanych informacji. Kilka razy sprawdzał te same dane. Dzielnica Weisensee, Max Steinke Strasse, kamienica pod numerem 26. Na wizualizacji budynku wyświetliło się kilka niebieskich prostokątów, dwa pomarańczowe, a jeden całkowicie czerwony. Uwe przybliżył go, obrócił, otworzył obok niego jakieś dokumenty, zmarszczył czoło czytając. Przez chwilę zamyślony przeglądał swoje foldery, potem pozamykał wszystkie okna. Zapatrzył się w pulpit.
Wzdłuż dolnej krawędzi ekranu przesuwał się błękitny pasek z szeregiem białych liczb, które oznaczały wysokość cen akcji, kursy walut, stopy procentowe. Nad nim wznosiły się i opadały łamane linie wykresów statystycznych. Jeden z nich przedstawiał dochód przedsiębiorstwa wydobywczego. Czerwona linia płynęła zgodnie ze zmiennymi wartościami danych. Wiele procentów, litrów i kilogramów składało się na ten diagram. W tym wszystkim jedna drobna wartość, zajmująca odległe miejsce po przecinku, opisywała dzienne wydobycie ropy naftowej na wysłużonej platformie wiertniczej zakotwiczonej na Morzu Północnym.
Nikt w tym domu nie będzie dzisiaj spał spokojnie.

            * * *

niedziela, 16 kwietnia 2017

3. Pusty pokój (4)



 
11-05-2034, wieczór
Wieczorem spotkał się z Holgarem. Poszli na drinka do baru. Stali na chodniku przed wejściem, bo wieczór był ciepły, a wewnątrz zabrakło już miejsc. Holgar opowiadał plotki z życia celebrytów, o których Erwin nigdy nie słyszał. Kończył właśnie jakąś zawiłą historię:
– ...A on złożył całą winę na atak hakerski. Wedle niego, ktoś ukradł autoryzowane sekwencje kodów genetycznych tylko po to, żeby go pogrążyć.
– Coraz więcej ludzi żyje na świecie. Jesteśmy coraz bardziej podobni do siebie. Świadomość wyjątkowości jest fikcją stworzoną przez globalny rynek.
Holgar spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. Zaniemówił, co w jego wypadku było rzadkością. Poprawił okulary i szykował się do odpowiedzi.
            – Nie rozumiem – powiedział w końcu.
Odezwał się sygnał połączenia. Jolanda, dziewczyna, którą poznał wczoraj.
            – Co robisz? – Erwin usłyszał lekko zachrypnięty głos.
            – Zabijam czas.
            – Siedzę w barze ze znajomymi. Może przyłączysz się do nas?
          Z ulgą uwolnił się od Holgara. Wsiadł do jednoosobowej, automatycznej taksówki. Żółto-czarna gondola jaśniała zielonkawym światłem jak mały chiński lampion. W łagodnym, powietrzu wieczora rozchodziły się krzyki rozbawionych ludzi. Erwin poczuł dreszcz podniecenia.
Jolanda w czarnej skórzanej kurtce, ze szklanką w ręku, stała w grupie ludzi przy kontuarze baru. Spostrzegła Erwina, dokończyła rozmowę, po czym odciągnęła go na bok, do pustego stolika, którego okrągły czarny blat pokryty był wydrapanymi napisami.
– Już nie mogę ich słuchać. Cieszę się, że przyszedłeś Chciałam dokończyć rozmowę.
– Chyba straciliśmy wątek.
            – Mówiliśmy o pracy? Ja nie oddzielam pracy od prywatności. Moje pasje dają mi energię do życia. Nienawidzę marnować czasu.
Erwin chwilę milczał. Do głowy przyszedł mu zapamiętany fragment książki.
– „Bywają okresy, w których życie wyraźnie zwalnia biegu, jak gdyby się wahało, czy iść dalej naprzód, czy też zmienić kierunek. Może właśnie w takich okresach człowiekowi łatwiej przytrafia się nieszczęście”.
– Co to było?
– Początek całkiem innej historii
            – Niezły jesteś. Chodź ze mną na chwilę – pociągnęła go za ramię.
           Zaprowadziła go na zaplecze, przez wąski czarny korytarz trafili do toalety. Czarne ściany pokryte były wieloma warstwami napisów i naklejek. Pęknięte wzdłuż drzwi nie dawały się domknąć, a posadzkę pokrywały rozdeptane kałuże błotnistej wody. Stanęli przy parapecie zamalowanego okna w pożółkłym świetle energooszczędnych lamp.
            Jolanda wyciągnęła niewielką fiolkę.
– Chcesz?
– Nie odmówię
Przejął fiolkę. Zatkał palcem jedną dziurkę nosa, a do drugiej przytknął buteleczkę. Pociągnął. Poczuł charakterystyczny zapach spleśniałego drewna. Przeszedł go mimowolny dreszcz.
Wyszli z powrotem na salę. Dopiero wtedy Erwin odczuł ogłupiającą euforię. Zakołysali się razem z tłumem tancerzy na środku baru. Przypomniał sobie słowa dziewczyny z kliniki o fali, na której trzeba się unosić. Kiedy zamknął oczy, zobaczył barwne wibracje aury promienujące z ludzi i przedmiotów. Rozchylił powieki. Jolanda przypatrywała mu się intensywnie.
– Wyjdziemy na papierosa?
        Stanęli z dala od największego tłumu, przy szarej skrzynce instalacji bio-elektrycznej, oklejonej nalepkami i plakatami, które tworzyły grubą, łuszczącą się warstwę papierowej skóry.
          – Muszę to powiedzieć. Coś mnie w tobie fascynuje. Masz wygląd straceńca i outsidera. To mnie pociąga. Lubię takie niebezpieczne przyjaźnie.
           Erwin nie wiedział, co powiedzieć. Nie uważał się za straceńca. Poza tym on również miał mieszane uczucia. Dziewczyna jednocześnie fascynowała go i irytowała.
           – Mieszkam niedaleko. Może wpadniesz na drinka? Pokażę ci zdjęcia kolekcji. To znaczy lokacji – roześmiała się.
Erwin był zaskoczony, ale zgodził się. Wieczorne zamieszanie i wciągnięty proszek przytłumiły jego wolę. Dał się ponieść fali, słowa Klary nabrały sensu.
Wzięli taksówkę. Przekroczyli rzekę przez Jannowitzbrücke, potem minęli Alexanderplatz z rozstawionymi chaotycznie domami handlowymi. Pojechali szeroką Greifswalder Strasse i po pewnym czasie skręcili w prawo. Jolanda mieszkała w modnej onegdaj artystowskiej dzielnicy. Obecnie większość knajpek i designerskich sklepów była zamknięta. Witryny zostały zabite dyktą. Ulica wznosiła się lekko w górę, ocieniona drzewami, przesłaniającymi wysokie kamienice.
Jolanda mieszkała z innymi sublokatorkami w dużym wynajętym mieszkaniu. Od drzwi wejściowych prowadził wąski korytarz. Wysokie, zielone drzwi z klamkami na wysokości twarzy prowadziły do odrębnych pokojów. W głębi majaczyło światło.
– Lea i Nadine już są.
Pokój Jolandy znajdował się zaraz po lewej stronie. Wysoka lampa oświetlała drewniany parkiet. Obok stała rozłożysta, ciemnozielona kanapa. Za nią, pod oknem w głębi pokoju, rozparło się wielkie, masywne biurko. A w przeciwległym kącie leżał materac, zasypany ubraniami.
Na zagraconym biurku Jolanda znalazła niewielkie pudełeczko, wyszukała skręta, zapaliła i podała Erwinowi. Usiedli obok siebie na kanapie. Wyjęła z futerału swój staromodny aparat fotograficzny. Jednak zamiast pokazywać zdjęcia, zaczęła opowiadać o wadach swojego partnera.
– On jest dziwny. Nie potrafi nawiązywać normalnych relacji. Unika wszelkich emocji. Jesteśmy bardzo podobni, ale nie możemy żyć razem.
Po czym nagle uniosła twarz znad aparatu, zwróciła się w stronę Erwina i zaczęła go całować. Położyła dłoń na jego policzku, potem zsunęła ją w dół wzdłuż piersi, aż wreszcie mocno zacisnęła palce na jego kroczu. Ogarnęły go jednocześnie złość i pożądanie, które nawzajem zaczęły się stymulować. Nerwowo i drapieżnie zrywali z siebie ubrania.
Jolanda odwróciła się i uklękła na kanapie, łokciami opierając się o zagłówek kanapy.
– Chcę od tyłu – wychrypiała.
Krągłości jej tyłka majaczyły w półmroku, jak obraz tajemnej planety. Schowała głowę w ramionach podpartych o kanapę. Wszedł w nią głęboko aż po nasadę członka i poruszał się agresywnie, gwałtownymi ruchami. Jolanda zasłoniła sobie twarz jedną ręką, a drugą włożyła między nogi i zaczęła się pieścić. Nie tyle on ją penetrował, co ona zasysała go swoim ciałem. Jej jasna skóra wydawała się emanować miodowym, przyćmionym światłem, niczym rozjarzona od wewnątrz. Godziny nocy upłynęły im w uniesieniu i oszołomieniu. Dwa wyczerpane ciała leżały obok siebie, odprawiając archaiczne ludzkie rytuały przejścia w sen i nieświadomość.


12-05-2034, poranek
Następny dzień powitał go oślepiającą jasnością. Drzewo zza okna rzucało rozedrgany cień na ścianę. Jolanda przyniosła dwa kubki pachnące kawą. Po drodze do łazienki, Erwin zderzył się na korytarzu z młodą kobietą, mocno umalowaną i ubraną w białą, męską koszulę. Sublokatorka chwyciła skórzaną torbę, rzuciła: „cześć!” i wybiegła.  Erwin wrócił do pokoju. Jolanda odsłuchiwała nagrane wiadomości. Wyrosła między nimi obcość, wprost proporcjonalna do wczorajszego zbliżenia.
– To twoje mieszkanie?
            – Jesteś z policji gospodarczej?
            – Ciekawość nie jest grzechem.
            – Ale wiedza jest niebezpieczna. Nie chcę cię narażać.
Wskazał dużą grafikę zawieszoną na ścianie, przedstawiającą czarną limuzynę ponad dachami miasta.
            – Świetne.
– Nie musisz mi schlebiać.
            Kawa wystygła. Erwin poczuł, jakby coś mu utkwiło w gardle.
            – Muszę już iść.
– Nie zatrzymuję.
Wyszedł bez słowa pożegnania. Jolanda wpatrywała się w projekcje swojego nanotesu.
Wracając do kliniki Erwin nieświadomie przyspieszał kroku. Przeszedł murowaną bramę, ominął główny gmach i znalazł się w części mieszkalnej. Zamknął się w swoim pokoju, włączył laptop i użył najstarszego komunikatora, aby połączyć się z platformą wiertniczą Thor na Morzu Północnym.
W oknie wideo zobaczył dziewczynę w białym fartuchu. Spod równo przystrzyżonych czarnych włosów spozierała blada, piegowata twarz Portugalki. Pociągłe rysy zbiegały się do wąskich ust, które rzadko otwierały się szerzej. Luisa Figueira była uważana przez innych ludzi na platformie za zimnokrwistą sukę, ale Erwin nauczył się rozróżniać jej emocje.
            – Jak zdrowie? Martwiliśmy się.
          – Wszystko dobrze, Luisa. Zrobili badania i wykluczyli najgorsze możliwości. Nie wiedzą, co mi dolega, ale nie chcą się przyznać.
            – Zawsze tak jest. Boją się okazać niewiedzę i bezradność. Jakby to groziło ich autorytetom.
      Widok Luisy oraz jej kabiny na platformie, świadomość istnienia tego odległego świata, podziałały na niego uspokajająco. Zatęsknił za tamtym regularnym, prostym życiem. Tutaj wszystko rozmywało się w prawdopodobieństwach i niejasnościach, grzęzło w bezczynności i pozorach.
            – Luisa?
            – Tak?
            – Jak myślisz… puszczą mnie z powrotem?
            – To zależy od diagnozy.
            – Co się dzieje u was, na platformie?
            – To, co zwykle. Próbuję skłonić operatora do napisania raportu.
– Oni nie wstrzymają wydobycia. Nie w takiej sytuacji.
– Muszą coś z tym zrobić. Ludzie zaczynają chorować.
– Jak mogę pomóc?
– Wszystko zależy od niego. Ma znajomości wśród inwestorów. Przepraszam, ale muszę kończyć.
– Nie będę ci przeszkadzać. Bądźmy w kontakcie.
– Jasne. Życzę zdrowia!
Luisa podniosła dłoń w oszczędnym geście pożegnania. Jej obraz zakrył niebieski prostokąt.
Erwin czuł się dość dziwnie. Od czasu przymusowego powrotu do miasta, wydarzyło się tyle nowych rzeczy. Ale tak naprawdę, co się działo? Ludzie przechodzili z pomieszczenia do pomieszczenia, rozmawiali, przestawiali rzeczy z miejsca na miejsce, potem znowu przechodzili do innego pomieszczenia. I umawiali się na kolejne rozmowy. Cząsteczki chemiczne wirowały i wpadały na siebie, chmury gazowe przepływały z naczynia do naczynia. Ale co rządziło tym ruchem? Czy był w tym jakikolwiek zamysł, czy po prostu próżnia zasysała przestrzeń?

* * *

czwartek, 13 kwietnia 2017

3. Pusty pokój (3)



11-05-2034, wczesny wieczór
Erwin usiadł przy małym stoliku w pokoju kliniki. Wyciągnął nanotes i przesunął wskazującym palcem po półprzezroczystym prostokącie. Przestrzeń zalała barwna mgławica wirtualnych obrazów. Zaczął obracać i przesuwać niektóre elementy. Wizja nabrała głębi. 
Znalezienie profilu Wiktorii wcale nie było łatwe. W końcu odszukał ją poprzez niejawne powiązania ze swoimi danymi. Awatar córki na portalu społecznościowym otoczony był ikonami aplikacji i oknami dialogowymi. Zbliżył się. W pokoju zjawiło się ogromne, żółte stworzenie owalnego kształtu z czarnymi, błyszczącymi oczkami. W uśmiechniętym pysku istoty widniał rząd równych, ostrych zębów.
– Wiktoria? – spytał niepewnie migoczącą animację.
– Papa-san! – usłyszał głos swojej córki.
Natychmiast projekcję żółtego stwora przesłonił banner biura podróży. A zaraz potem pojawił się wizerunek jego córki. Siedziała w wirtualnej kuli kolorowych wizualizacji. Wpatrywała się w swoje dłonie, skąd padało blade światło na jej twarz.
Wiktoria przebywała w towarzystwie, w którym z trudem rozpoznał ludzkie dzieci. Niektóre nastolatki poprzebierane były za postaci z japońskich kreskówek, inne miały tak dziwne modyfikacje, że trudno było rozpoznać w nich ludzkie cechy. Jedna dziewczynka przebrana była za martwą Alicję, z krzyżykami zamiast oczu.
– Wiki! Możemy porozmawiać?
– Mój najdroższy ojcze, poczekaj łaskawie jeszcze jedno okamgnienie!
Wiktoria przesunęła na bok kilka piktogramów, a potem jednym ruchem zamknęła okna konwersacji. Na chwilę zapatrzyła się w coś, co wyglądało na aukcje obuwia, z wirującym licznikiem ceny pod spodem.
– Możesz na chwilę się oderwać?
– W czym rzecz, mój najdroższy ojcze? Jakie wieści przynosisz?
Erwin nie mógł przyzwyczaić się do tej ekscentrycznej maniery nastolatki. Wiki wyrażała się z kwiecistą elokwencją i komiczną emfazą.
– Po prostu porozmawiaj ze mną.
– Błagam uniżenie o jeszcze jedną, drobniutką chwilkę.
Wiktoria przełożyła coś z okna do okna, powieliła to i rozrzuciła po kilku małych, ruszających się ikonkach. Dymki dialogów niemal ją przesłoniły.
– A więc, drogi ojcze, czemu zawdzięczam twoją wizytę? Jakie ważkie sprawy sprowadzają cię do naszego grodu?
Przyjechałem na badania lekarskie. A przy okazji… wiesz gdzie niedawno byłem?
Gdzieżeś mógł być, drogi ojcze? Zachodzę w głowę.
Oglądałem nowe mieszkanie.
            Niemożliwe, drogi ojcze! A gdzież się znajduje owo lokum?
            – Na Weisensee.
            Wybornie! – pisnęła Wiktoria.
Naśladowała przesłodzony głos postaci z japońskich animacji, od którego Erwina zwykle przechodził dreszcz. Erwin zajrzał do wnętrza wirtualnej kuli rozjarzonej fluorescencyjną poświatą. Wiktoria podniosła głowę, a większość ikon zbladła i wygasła.
            Ależ, proszę, drogi ojcze, nie wypada mi wspominać, że to prywatna domena…
          – Możemy kiedyś spotkać się w normalnym miejscu? Prawdziwym? Może odwiedzisz ze mną ten lokal? Być może kiedyś będzie należeć do ciebie…
Odrobinkę cierpliwości, drogi ojcze.
Popatrzyła gdzieś w bok, roześmiała się nagle i wystukała kilka słów na niewidocznej klawiaturze. Wzdłuż jej awatara przesunęły się sceny filmu oglądanego od tyłu, basen z widokiem na morze, kobieta w przeciwsłonecznych okularach i białym kostiumie kąpielowym przechadzała się wolno po tarasie.
            – Co takiego mielibyśmy odwiedzić?
            Tamto mieszkanie. Nasza własność. Kiedyś to będzie twoje.
            Ależ drogi ojcze, nie chcę cię urazić, ale… ja nie chcę.
            Nie rozumiem.
          Drogi ojcze, zaprawdę uwierz mi, nie takie są moje ambicje i cele życiowe. Nie jestem skłonna zajmować się nie-ru-cho-moś-cia-mi.
            Zalała go fala zimnego potu. Zacisnął zęby.
            – Porozmawiamy później. Teraz chyba nie masz czasu… A co u twojej matki?
Och, jak zwykle unosi się na fali zdarzeń. Wybierają z Uwem nowe wyposażenie dla domu. Jakże wy, starsi ludzie, uwielbiacie przedmioty!
– Pozdrów ją ode mnie. Ściskam cię, dziecko!
Ogarnęły go mieszane uczucia. Jego nastoletnia córka weszła w ten trudny okres, kiedy życie wzrastało bezładnie w różnych kierunkach. Jej charakter dopiero kształtował się, dlatego temperament Wiktorii wykazywał przeciwstawne cechy. Była nieprzeciętnie inteligentna, a jednocześnie emocjonalnie dziecinna. Co pół roku zmieniała zainteresowania. Trenowała koszykówkę, tańczyła w balecie, a potem uczyła się gry na flecie. W szkole wybrała specjalizację z biomechaniki i biogenetyki. A w wolnym czasie zabawiała się w cosplay z równie niezwykłymi przyjaciółmi.
A jednak był pewien, że uda mu się za nią nadążyć. Uważał, że ją rozumie. Podążał za nią, urzeczony jej energią i żarliwą niewinnością. Widział w niej wszystko to, czego nie udało mu się zachować w sobie samym. Czuł związek ponad różnicami pokoleniowymi. Pozostawał pod jej urokiem. Jednak ostatnio pomiędzy nich wkradła się smuga milczenia. Zrozumiał, że wydarzyło się coś nieodwracalnego. Czas oddalił ich od siebie. Już jej nie pojmował. Przyłapywał się na zadawaniu sobie pytania: „Co się stało z tą uroczą istotą?” Dotarło do niego, że rodzicielstwo to życie w stanie bezustannego pożegnania.

                * * *