11-05-2034, wczesny wieczór
Erwin usiadł przy małym stoliku w pokoju kliniki. Wyciągnął nanotes i przesunął
wskazującym palcem po półprzezroczystym prostokącie. Przestrzeń zalała barwna
mgławica wirtualnych obrazów. Zaczął obracać i przesuwać niektóre elementy. Wizja
nabrała głębi.
Znalezienie profilu Wiktorii wcale nie było łatwe. W końcu odszukał ją poprzez
niejawne powiązania ze swoimi danymi. Awatar córki na portalu społecznościowym otoczony był
ikonami aplikacji i oknami dialogowymi. Zbliżył się. W
pokoju zjawiło się ogromne, żółte stworzenie owalnego kształtu z
czarnymi, błyszczącymi oczkami. W
uśmiechniętym pysku istoty
widniał rząd równych, ostrych zębów.
– Wiktoria? – spytał niepewnie migoczącą animację.
– Papa-san! – usłyszał głos swojej córki.
Natychmiast projekcję żółtego stwora przesłonił banner biura podróży. A
zaraz potem pojawił się wizerunek jego córki. Siedziała w wirtualnej kuli
kolorowych wizualizacji. Wpatrywała się w swoje dłonie, skąd padało blade
światło na jej twarz.
Wiktoria przebywała w towarzystwie, w
którym z trudem rozpoznał ludzkie dzieci. Niektóre nastolatki poprzebierane
były za postaci z japońskich kreskówek, inne miały tak
dziwne modyfikacje, że trudno było rozpoznać w nich ludzkie cechy. Jedna dziewczynka
przebrana była za martwą Alicję, z krzyżykami zamiast oczu.
– Wiki! Możemy porozmawiać?
– Mój najdroższy
ojcze, poczekaj łaskawie jeszcze jedno okamgnienie!
Wiktoria przesunęła
na bok kilka piktogramów, a potem jednym ruchem
zamknęła okna konwersacji. Na chwilę zapatrzyła się w coś, co wyglądało
na aukcje obuwia, z wirującym licznikiem ceny pod spodem.
– Możesz na chwilę
się oderwać?
– W czym rzecz, mój najdroższy ojcze? Jakie wieści przynosisz?
Erwin nie mógł przyzwyczaić się do tej ekscentrycznej maniery nastolatki.
Wiki wyrażała się z kwiecistą elokwencją i komiczną emfazą.
– Po prostu porozmawiaj ze mną.
– Błagam uniżenie o jeszcze jedną, drobniutką chwilkę.
Wiktoria przełożyła coś z okna do okna, powieliła to i rozrzuciła po
kilku małych, ruszających się ikonkach. Dymki dialogów niemal ją przesłoniły.
– A więc, drogi ojcze, czemu zawdzięczam twoją wizytę? Jakie ważkie
sprawy sprowadzają cię do naszego grodu?
– Przyjechałem
na badania lekarskie. A przy okazji… wiesz gdzie niedawno byłem?
– Gdzieżeś
mógł być, drogi ojcze? Zachodzę w głowę.
– Oglądałem
nowe mieszkanie.
– Niemożliwe, drogi ojcze! A gdzież się znajduje owo
lokum?
– Na Weisensee.
– Wybornie! – pisnęła
Wiktoria.
Naśladowała przesłodzony głos postaci z japońskich animacji, od którego
Erwina zwykle przechodził dreszcz. Erwin zajrzał do wnętrza wirtualnej kuli rozjarzonej fluorescencyjną
poświatą. Wiktoria podniosła głowę, a większość ikon zbladła i wygasła.
– Ależ, proszę, drogi ojcze,
nie wypada mi wspominać, że to prywatna
domena…
– Możemy
kiedyś spotkać się w normalnym miejscu? Prawdziwym? Może
odwiedzisz ze mną ten lokal? Być może
kiedyś będzie należeć do ciebie…
– Odrobinkę cierpliwości, drogi
ojcze.
Popatrzyła gdzieś w bok, roześmiała się nagle i wystukała kilka słów na
niewidocznej klawiaturze. Wzdłuż jej awatara przesunęły się sceny filmu
oglądanego od tyłu, basen z widokiem
na morze, kobieta w przeciwsłonecznych okularach i białym kostiumie kąpielowym
przechadzała się wolno po tarasie.
– Co takiego mielibyśmy odwiedzić?
– Tamto mieszkanie. Nasza własność. Kiedyś to będzie twoje.
– Ależ drogi ojcze, nie chcę cię urazić, ale… ja nie
chcę.
– Nie rozumiem.
– Drogi ojcze, zaprawdę uwierz mi, nie takie są moje
ambicje i cele życiowe. Nie jestem skłonna zajmować się nie-ru-cho-moś-cia-mi.
Zalała go fala
zimnego potu. Zacisnął zęby.
– Porozmawiamy
później. Teraz chyba nie masz czasu… A co u twojej matki?
– Och, jak zwykle unosi się na fali zdarzeń. Wybierają z Uwem nowe wyposażenie dla domu. Jakże wy, starsi ludzie,
uwielbiacie przedmioty!
– Pozdrów ją ode mnie. Ściskam cię,
dziecko!
Ogarnęły go mieszane uczucia. Jego nastoletnia córka weszła w ten trudny okres, kiedy życie wzrastało
bezładnie w różnych kierunkach. Jej charakter dopiero
kształtował się, dlatego temperament Wiktorii wykazywał
przeciwstawne cechy. Była nieprzeciętnie inteligentna,
a jednocześnie emocjonalnie
dziecinna. Co pół roku zmieniała zainteresowania. Trenowała koszykówkę, tańczyła w balecie, a potem uczyła się gry na flecie. W szkole wybrała specjalizację z
biomechaniki i biogenetyki. A w
wolnym czasie zabawiała się w cosplay z równie niezwykłymi przyjaciółmi.
A jednak był pewien, że uda mu się za nią nadążyć. Uważał, że ją rozumie.
Podążał za nią, urzeczony jej energią i żarliwą niewinnością. Widział w niej
wszystko to, czego nie udało mu się zachować w sobie samym. Czuł związek ponad
różnicami pokoleniowymi. Pozostawał pod jej urokiem. Jednak ostatnio pomiędzy
nich wkradła się smuga milczenia. Zrozumiał, że wydarzyło się coś nieodwracalnego.
Czas oddalił ich od siebie. Już jej nie pojmował. Przyłapywał się na zadawaniu
sobie pytania: „Co się stało z tą uroczą istotą?” Dotarło do niego, że rodzicielstwo
to życie w stanie bezustannego pożegnania.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz