11-05-2034, wieczór
Wieczorem spotkał się z Holgarem. Poszli na drinka do baru. Stali na
chodniku przed wejściem, bo wieczór był ciepły, a wewnątrz zabrakło już miejsc.
Holgar opowiadał plotki z życia celebrytów, o których Erwin nigdy nie słyszał. Kończył
właśnie jakąś zawiłą historię:
– ...A on złożył całą winę na atak hakerski. Wedle niego, ktoś ukradł
autoryzowane sekwencje kodów genetycznych tylko po to, żeby go pogrążyć.
– Coraz więcej ludzi żyje na świecie. Jesteśmy coraz bardziej podobni do
siebie. Świadomość wyjątkowości jest fikcją stworzoną przez globalny rynek.
Holgar spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.
Zaniemówił, co w jego wypadku było rzadkością. Poprawił okulary i szykował się
do odpowiedzi.
– Nie rozumiem – powiedział w
końcu.
Odezwał się sygnał połączenia. Jolanda, dziewczyna, którą poznał wczoraj.
– Co robisz? – Erwin usłyszał
lekko zachrypnięty głos.
– Zabijam czas.
– Siedzę w barze ze znajomymi.
Może przyłączysz się do nas?
Z ulgą uwolnił się od
Holgara. Wsiadł do jednoosobowej, automatycznej taksówki. Żółto-czarna gondola
jaśniała zielonkawym światłem jak mały chiński lampion. W łagodnym, powietrzu
wieczora rozchodziły się krzyki rozbawionych ludzi. Erwin poczuł dreszcz
podniecenia.
Jolanda w czarnej skórzanej
kurtce, ze szklanką w ręku, stała w grupie ludzi przy kontuarze baru.
Spostrzegła Erwina, dokończyła rozmowę, po czym odciągnęła go na bok, do
pustego stolika, którego okrągły czarny blat pokryty był wydrapanymi napisami.
– Już nie mogę ich słuchać. Cieszę się, że
przyszedłeś Chciałam dokończyć rozmowę.
– Chyba straciliśmy wątek.
– Mówiliśmy o pracy? Ja nie
oddzielam pracy od prywatności. Moje pasje dają mi energię do życia. Nienawidzę
marnować czasu.
Erwin chwilę milczał. Do głowy przyszedł mu zapamiętany fragment książki.
– „Bywają okresy, w których życie wyraźnie zwalnia biegu, jak gdyby się
wahało, czy iść dalej naprzód, czy też zmienić kierunek. Może właśnie w takich
okresach człowiekowi łatwiej przytrafia się nieszczęście”.
– Co to było?
– Początek całkiem innej historii
– Niezły jesteś. Chodź ze mną na
chwilę – pociągnęła go za ramię.
Zaprowadziła go na zaplecze,
przez wąski czarny korytarz trafili do toalety. Czarne ściany pokryte były
wieloma warstwami napisów i naklejek. Pęknięte wzdłuż drzwi nie dawały się
domknąć, a posadzkę pokrywały rozdeptane kałuże błotnistej wody. Stanęli przy
parapecie zamalowanego okna w pożółkłym świetle energooszczędnych lamp.
Jolanda wyciągnęła niewielką
fiolkę.
– Chcesz?
– Nie odmówię
Przejął fiolkę. Zatkał palcem jedną dziurkę nosa, a do drugiej przytknął buteleczkę.
Pociągnął. Poczuł charakterystyczny zapach spleśniałego drewna. Przeszedł go
mimowolny dreszcz.
Wyszli z powrotem na salę. Dopiero wtedy Erwin odczuł ogłupiającą
euforię. Zakołysali się razem z tłumem tancerzy na środku baru. Przypomniał
sobie słowa dziewczyny z kliniki o fali, na której trzeba się unosić. Kiedy
zamknął oczy, zobaczył barwne wibracje aury promienujące z ludzi i przedmiotów.
Rozchylił powieki. Jolanda przypatrywała mu się intensywnie.
– Wyjdziemy na papierosa?
Stanęli z dala od największego
tłumu, przy szarej skrzynce instalacji bio-elektrycznej, oklejonej nalepkami i
plakatami, które tworzyły grubą, łuszczącą się warstwę papierowej skóry.
– Muszę to powiedzieć. Coś mnie
w tobie fascynuje. Masz wygląd straceńca i outsidera. To mnie pociąga. Lubię
takie niebezpieczne przyjaźnie.
Erwin nie wiedział, co
powiedzieć. Nie uważał się za straceńca. Poza tym on również miał mieszane
uczucia. Dziewczyna jednocześnie fascynowała go i irytowała.
– Mieszkam niedaleko. Może
wpadniesz na drinka? Pokażę ci zdjęcia kolekcji. To znaczy lokacji – roześmiała
się.
Erwin był zaskoczony, ale zgodził się. Wieczorne zamieszanie i wciągnięty
proszek przytłumiły jego wolę. Dał się ponieść fali, słowa Klary nabrały sensu.
Wzięli taksówkę. Przekroczyli rzekę przez Jannowitzbrücke, potem minęli Alexanderplatz
z rozstawionymi chaotycznie domami handlowymi. Pojechali szeroką Greifswalder
Strasse i po pewnym czasie skręcili w prawo. Jolanda mieszkała w modnej onegdaj
artystowskiej dzielnicy. Obecnie większość knajpek i designerskich sklepów była
zamknięta. Witryny zostały zabite dyktą. Ulica wznosiła się lekko w górę,
ocieniona drzewami, przesłaniającymi wysokie kamienice.
Jolanda mieszkała z innymi sublokatorkami w dużym wynajętym mieszkaniu.
Od drzwi wejściowych prowadził wąski korytarz. Wysokie, zielone drzwi z
klamkami na wysokości twarzy prowadziły do odrębnych pokojów. W głębi majaczyło
światło.
– Lea i Nadine już są.
Pokój Jolandy znajdował się zaraz po lewej stronie. Wysoka lampa
oświetlała drewniany parkiet. Obok stała rozłożysta, ciemnozielona kanapa. Za
nią, pod oknem w głębi pokoju, rozparło się wielkie, masywne biurko. A w
przeciwległym kącie leżał materac, zasypany ubraniami.
Na zagraconym biurku Jolanda znalazła niewielkie pudełeczko, wyszukała
skręta, zapaliła i podała Erwinowi. Usiedli obok siebie na kanapie. Wyjęła z
futerału swój staromodny aparat fotograficzny. Jednak zamiast pokazywać
zdjęcia, zaczęła opowiadać o wadach swojego partnera.
– On jest dziwny. Nie potrafi nawiązywać normalnych relacji. Unika
wszelkich emocji. Jesteśmy bardzo podobni, ale nie możemy żyć razem.
Po czym nagle uniosła twarz znad aparatu, zwróciła się w stronę Erwina i
zaczęła go całować. Położyła dłoń na jego policzku, potem zsunęła ją w dół
wzdłuż piersi, aż wreszcie mocno zacisnęła palce na jego kroczu. Ogarnęły go
jednocześnie złość i pożądanie, które nawzajem zaczęły się stymulować. Nerwowo
i drapieżnie zrywali z siebie ubrania.
Jolanda odwróciła się i uklękła na kanapie, łokciami opierając się o
zagłówek kanapy.
– Chcę od tyłu – wychrypiała.
Krągłości jej tyłka majaczyły w półmroku, jak obraz tajemnej planety.
Schowała głowę w ramionach podpartych o kanapę. Wszedł w nią głęboko aż po
nasadę członka i poruszał się agresywnie, gwałtownymi ruchami. Jolanda zasłoniła
sobie twarz jedną ręką, a drugą włożyła między nogi i zaczęła się pieścić. Nie
tyle on ją penetrował, co ona zasysała go swoim ciałem. Jej jasna skóra wydawała
się emanować miodowym, przyćmionym światłem, niczym rozjarzona od wewnątrz. Godziny
nocy upłynęły im w uniesieniu i oszołomieniu. Dwa wyczerpane ciała leżały obok
siebie, odprawiając archaiczne ludzkie rytuały przejścia w sen i nieświadomość.
12-05-2034, poranek
Następny dzień powitał go oślepiającą jasnością. Drzewo zza okna rzucało
rozedrgany cień na ścianę. Jolanda przyniosła dwa kubki pachnące kawą. Po
drodze do łazienki, Erwin zderzył się na korytarzu z młodą kobietą, mocno
umalowaną i ubraną w białą, męską koszulę. Sublokatorka chwyciła skórzaną
torbę, rzuciła: „cześć!” i wybiegła.
Erwin wrócił do pokoju. Jolanda odsłuchiwała nagrane wiadomości. Wyrosła
między nimi obcość, wprost proporcjonalna do wczorajszego zbliżenia.
– To twoje mieszkanie?
– Jesteś z policji gospodarczej?
– Ciekawość nie jest grzechem.
– Ale wiedza jest niebezpieczna.
Nie chcę cię narażać.
Wskazał dużą grafikę zawieszoną na ścianie, przedstawiającą czarną
limuzynę ponad dachami miasta.
– Świetne.
– Nie musisz mi schlebiać.
Kawa wystygła. Erwin poczuł,
jakby coś mu utkwiło w gardle.
– Muszę już iść.
– Nie zatrzymuję.
Wyszedł bez słowa pożegnania. Jolanda wpatrywała się w projekcje swojego nanotesu.
Wracając do kliniki Erwin nieświadomie przyspieszał kroku. Przeszedł murowaną
bramę, ominął główny gmach i znalazł się w części mieszkalnej. Zamknął się w
swoim pokoju, włączył laptop i użył najstarszego komunikatora, aby połączyć się
z platformą wiertniczą Thor na Morzu Północnym.
W oknie wideo zobaczył dziewczynę w białym fartuchu. Spod równo
przystrzyżonych czarnych włosów spozierała blada, piegowata twarz Portugalki.
Pociągłe rysy zbiegały się do wąskich ust, które rzadko otwierały się szerzej.
Luisa Figueira była uważana przez innych ludzi na platformie za zimnokrwistą
sukę, ale Erwin nauczył się rozróżniać jej emocje.
– Jak zdrowie? Martwiliśmy się.
–
Wszystko dobrze, Luisa. Zrobili badania i wykluczyli najgorsze możliwości. Nie
wiedzą, co mi dolega, ale nie chcą się przyznać.
– Zawsze tak jest. Boją się
okazać niewiedzę i bezradność. Jakby to groziło ich autorytetom.
Widok Luisy oraz jej kabiny na
platformie, świadomość istnienia tego odległego świata, podziałały na niego
uspokajająco. Zatęsknił za tamtym regularnym, prostym życiem. Tutaj wszystko
rozmywało się w prawdopodobieństwach i niejasnościach, grzęzło w bezczynności i
pozorach.
– Luisa?
– Tak?
– Jak myślisz… puszczą mnie z
powrotem?
– To zależy od diagnozy.
– Co się dzieje u was, na
platformie?
– To, co zwykle. Próbuję skłonić
operatora do napisania raportu.
– Oni nie wstrzymają wydobycia. Nie w takiej sytuacji.
– Muszą coś z tym zrobić. Ludzie zaczynają chorować.
– Jak mogę pomóc?
– Wszystko zależy od niego. Ma znajomości wśród inwestorów. Przepraszam,
ale muszę kończyć.
– Nie będę ci przeszkadzać. Bądźmy w kontakcie.
– Jasne. Życzę zdrowia!
Luisa podniosła dłoń w oszczędnym geście pożegnania. Jej obraz zakrył niebieski
prostokąt.
Erwin czuł się dość dziwnie. Od czasu przymusowego powrotu do miasta,
wydarzyło się tyle nowych rzeczy. Ale tak naprawdę, co się działo? Ludzie przechodzili
z pomieszczenia do pomieszczenia, rozmawiali, przestawiali rzeczy z miejsca na
miejsce, potem znowu przechodzili do innego pomieszczenia. I umawiali się na
kolejne rozmowy. Cząsteczki chemiczne wirowały i wpadały na siebie, chmury
gazowe przepływały z naczynia do naczynia. Ale co rządziło tym ruchem? Czy był
w tym jakikolwiek zamysł, czy po prostu próżnia zasysała przestrzeń?
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz