sobota, 17 czerwca 2017

5. Zdziczałe miasto (2)


               

15-05-2034
W poniedziałek rano Jolanda zgrała zdjęcia z aparatu na przenośny dysk, długo i zapalczywie rozmawiała z kimś przez telefon, po czym spakowała się i wyszła. Pojechała na przygotowania do castingu przed sesją fotograficzną. Erwin nie do końca rozeznawał się w tej terminologii. On sam został u niej w domu. Tego dnia nie wrócił do kliniki.
Jedząc śniadanie, oglądał wiadomości na tablecie Jolandy. Przeglądał jedynie zdjęcia, z rzadka omiatając wzrokiem tekst. Pospolicie ubrani ludzie czekali w kolejce wzdłuż ogrodzenia. Niechętnym wzrokiem spoglądali w obiektyw. Widok autostrady. Czarna tankietka stała w poprzek pasa jezdni. Mężczyźni w czarnych kurtkach zatrzymywali samochody. Sprawdzali dokumenty przejeżdżających osób. Celebryci w strojach wieczorowych ze śmiechem przepychali się na czerwonym dywanie. Pod estakadą kolejki nadziemnej, gotka w nonszalanckiej pozie, z przeszczepionymi rogami kozła na czole. Niewyraźne ujęcie lotniskowca na tle pustynnego brzegu morskiej zatoki.
Monstrualne fale zmian rozchodziły się po świecie w nieposkromionych wirach efemerycznych wydarzeń. W tle tych zmian majaczył wzór, którego nie sposób było wyraźnie dostrzec.
Po południu Jolanda pokazała mu efekty swojej pracy. Niewiele z tego rozumiał. Na tle brudnej ściany przechadzały się znudzone nastolatki w ubraniach, które mogły pochodzić zarówno z pchlego targu, jak i designerskiego salonu. W głębi dwaj mężczyźni pochylali się nad jakąś konsoletą, rozmawiając z zawodową obojętnością. Wyglądało to na przeciągające się w nieskończoność przygotowania do wydarzenia wyzutego ze wszelkiej spontaniczności.
Jolanda poszła się przebrać.
– Widziałeś to?
Weszła do pokoju, trzymając coś w dłoniach.
– Nasze opaski diagnostyczne.
Pokazała dwa kawałki inteligentnego plastyku.
– Nie używam. Pewnie zostawiłem w łazience.
– Kiedy je połączysz, można porównać wyniki badań. Wiesz, grupa krwi, kod genetyczny.
– I co z nich wynika?
– Konflikt serologiczny i odrzucone przeszczepy.
– Nie rozumiem.
Przyjrzał się. Istotnie, zetknięte opaski diagnostyczne emitowały czerwoną poświatę.
– Mamy niezgodność grup krwi. Moje ciało postrzega twoje jako wroga. Nie możemy dokonywać transfuzji. Nasze organy po przeszczepie zostałyby odrzucone. I nie powinniśmy mieć dzieci.
– Miejmy nadzieję że nie będziemy potrzebować tych informacji.
         Na obiad umówili się z przyjaciółką Jolandy w jadłodajni po drugiej stronie Greifswalder Strasse. Wysokie kamienice wznosiły się wzdłuż wąskiej ulicy z dwoma szpalerami drzew. Gdzieniegdzie w parterach domów mieściły się knajpki. W umówionym miejscu kilka osób siedziało w altance na chodniku, wokół stołów z synte-wikliny. Wewnątrz lokalu pulsowało łagodnie zielonkawe światło alga-lamp, w głębi stała lodówka z napojami, zasilana biogazem. Szyld nad wejściem głosił: kuchnia orientalna, choć ludzie przychodzili tam głównie dla dobrego wina.
          Usiedli przy stoliku, na którym kelner położył laminowane karty dań. Zamówili butelkę rieslinga. Z drugiej strony ulicy zamachała do nich kobieta z czarną grzywką nad pociągłą, kościstą twarzą. Jej chudy tors okrywał czarny podkoszulek na ramiączkach, z egzotycznym wizerunkiem mężczyzny z szablą na koniu. Podeszła do ich stolika i uścisnęła się z Jolandą.
– Zelda, zjedz z nami.
           Kelner z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyjął od nich zamówienie. Początkowo rozmowa się nie kleiła. Obok nich, przy długiej ławie jadła obiad cała pięcioosobowa rodzina. Wszyscy wyglądali podobnie, bez względu na wiek i płeć. Ich otyłe korpusy wylewały się z podartych dżinsów i wytartych skórzanych kurtek. Na ogorzałych twarzach dyndały kolczyki. Śmiali się hałaśliwie, pokazując doszczętnie zepsute zęby. Zelda rzuciła w ich stronę przeciągłe spojrzenie, po czym podjęła dobitnym głosem:
– Cóż, to miasto od zawsze było enklawą ostentacyjnej dekadencji. A przecież otacza nas kompletnie inny świat! Wszystko zostało podzielone i policzone. Zorganizowane. Nawet klimat. Ludzie. Czas. Bo ludzi jest coraz więcej. A pracy coraz mniej. A więc wynajdują coraz to nowe sposoby organizowania sobie czasu. Obłędna biurokracja życia.
Kelner przyniósł na aluminiowych talerzach shoarmę z jagnięciny, kuskus po marokańsku i żółte curry z kurczakiem. Zelda poprosiła o kieliszek chardonnay.
– A inne kontynenty? Przecież świat to nie tylko Europa.
– My jesteśmy skończeni wszędzie. Nie chcą nas nigdzie. To nie my wykluczyliśmy świat. To świat wykluczył nas. A nasze zadłużenie rośnie.
Erwin z satysfakcją siedział przy jednym stoliku z ta prowokatorką. Oczekiwał jakiegoś incydentu, jednak nic nie następowało. Postanowił nieco ją podburzyć:
– Spójrzcie na tych staruszków, którzy byli młodzi, kiedy wybuchały tajne wojny energetyczne. Ich już nic nie obchodzi. Oni widzieli już wszystko. Są niewzruszeni.
            – A my? – wtrąciła Jolanda.
– My? Pamiętacie wielki kryzys z początku wieku? Jesteśmy jego dziećmi – Zelda obracała w palcach kieliszek. – Urodziliśmy się obciążeni wielkim długiem. Czas beztroskiego marnotrawstwa już bezpowrotnie przeminął. Ludzie, którzy zaprojektowali ten świat, odeszli w przeszłość. Ale my wciąż spłacamy zaciągnięty przez nich kredyt.
– Może to już koniec ludzkości? – Erwin chciał zbić ją z tropu.
Zelda odsunęła od siebie aluminiowy talerz i pociągnęła łyk wina.
– Przeciwnie, ludzkość dopiero powstaje! Ale my należymy do starego porządku. Nie potrafimy ujrzeć nowych kształtów. Nie potrafimy nadać nowych nazw.
Nieoczekiwanie odezwała się Jolanda:
– Ale przecież to my staramy się budować nowy świat. Ekologia, lokalne wspólnoty i społeczeństwo sieciowe, odnawialne źródła energii, zintegrowany wirtual, wymiana bezgotówkowa. Można wyliczać dłużej. To jest nasza przyszłość! Nikogo już nie obchodzą dawne podziały. Inne mapy opisują nasz świat.
– A więc wszystko zmierza w dobrym kierunku?
– Dobrze wiecie, że nie urodzi się nowe, dopóki stare nie umrze.
Po skończonym posiłku odprowadzili Zeldę do Danziger Strasse. Niewielka ilość wina wywołała u Erwina rozdrażnienie. Potem było już tylko gorzej. Małe buteleczki kupowane w kioskach. Chybotliwa, popołudniowa włóczęga. Trafili do niewielkiego parku. Ponad drzewami wznosiła się obła kopuła planetarium. Zmierzchało. Gęste od ciemności niebo zamykało się nad ich głowami. Usiedli na ławce. Napili się sznapsa. Jolanda rzuciła od niechcenia:
– A wiesz, że Zelda jest von? Von Hofmannstahl. Ale nie przyznaje się.
Pokołysali się w przeciwną stronę od domu.

                * * *


czwartek, 8 czerwca 2017

5. Zdziczałe miasto (1)




13-05-2034, poranek
Otrząsnęła się z zamyślenia. Właściwie jak się tutaj znalazła? No tak. Podrzucili ją samochodem z imprezy. Pół godziny temu wysiadła na tamtym skrzyżowaniu. I tak Jolanda wylądowała chyba w najbrzydszym miejscu miasta. Ograniczony z jednej strony estakadą kolejki, plac skupiał wszelkiego rodzaju szumowiny, a żółtawe bloki piętrzyły się nad ulicą, układając się w niską bramę ze smętnie podniszczonym, zielonym napisem: Kreuzberg. Przez te pół godziny oglądała ludzi wałęsających się wokół nerwowo rozmigotanego salonu gier.
W taksówce doznała obłędnego, psychotycznego uniesienia. A potem ogarnęło ją rozgoryczenie, kiedy przekroczyła próg opustoszałego mieszkania. Wraz ze zmęczeniem opadły ją obsesyjne myśli. Z rozczuleniem pomyślała o pewnej osobie. Zanim zastanowiła się nad autodestrukcyjnym odruchem, chwyciła telefon.
Erwin siedział w kawiarni na placu naprzeciw Görlitzer Park. Po drugiej stronie ulicy widział bramę w murze otaczającym park, a obok tłumek, który kłębił się pod budką z kurczakami z rusztu. Tucholsky upajał się chwilami zawieszenia. Jego leniwe obserwacje przerwała wibracja nadchodzącego połączenia. Jolanda Peters, ta ekscentryczna blondynka, którą poznał kilka dni temu. Odczuł irytację przemieszaną z zaciekawieniem.
– Pamiętasz mnie? – usłyszał jej nieco nosowy, dygoczący głos.
– Wciąż próbuję zapomnieć.
– Zapomnijmy więc razem.
– Takich zaproszeń się nie odrzuca.
Trudno powiedzieć, jak wiele myśli przemknęło mu przez głowę w następnej chwili. Faktem jest, że wkrótce znalazł się na rowerze, pożyczonym onegdaj od sanitariusza z kliniki. Roześmiał się w duchu, choć był to śmiech histeryczny. Spieszył na spotkanie własnej pułapki.
Jolanda zdążyła zdjąć brudne dżinsy i bluzkę, wziąć prysznic i założyć sukienkę na przemęczone ciało. W końcu Erwin stanął w drzwiach. Wydał jej się jeszcze bardziej pociągający, niż go zapamiętała. Miał ciemne, krótkie włosy i zamyślone oczy, a na jego ustach błądził niewiadomy grymas. Emanował z niego urok błędnego rycerza. Odezwała się w niej dawno zapomniana romantyczna nuta.
            – Wejdź.
Zbliżył się i naturalnym ruchem objął ją w pasie. Oparli się o framugę uchylonych drzwi. Pocałowali się. Przycisnął ją mocno. Miękko odbiła się od niego. Odwrócił ją plecami do siebie i podwinął sukienkę. Zsunął jej bieliznę. Pierwszy raz był krótki i intensywny. Napięte mięśnie, szybkie ruchy i mimowolne dojście. Wciąż rozedrgani i złaknieni dowlekli się do kanapy. Usiadła naprzeciw niego z rozchylonymi nogami jak egzotyczny ptak. Zagłębił głowę między jej uda. Język i łono, dwa najwrażliwsze organy zetknęły się. Jolanda na przemian jęczała i krzyczała. Nie widział jej dotąd w takich spazmach. Podniósł się. Ich organy były jak dwa mięsiste kwiaty, które połączyły się w miarowym ruchu hydraulicznego mechanizmu. Przedmioty wokół rozpadły się na osobne atomy, a potem złączyły na powrót w mozaikę zmiennych kolorów i kształtów bez nazw.
Cały sobotni wieczór spędzili razem, w przyćmionym świetle nocnych lampek, w złotozielonych refleksach zza okna. Na nowo odkrywali intymny katalog pozycji seksualnych, sekretny alfabet figur cielesnych. Odkształcali się sprężyście. To rozwlekłe doznawanie zmysłowych przyjemności pochłaniało ich jak przydymione, oślepiające światło.

            14-05-2034
W niedzielny poranek Erwin wybrał się na przejażdżkę rowerem. Po latach od nowa poznawał swoje miasto. Podczas jego jazdy stopiło się w wielofasetowy kryształ, wielopoziomową przestrzeń pełną zakamarków, różnorodnych perspektyw, przenikających się płaszczyzn i płynnych stref wpływu. Berlin miał blizny po całym dwudziestym wieku. Jego podwojone centrum promieniowało dysonansową wibracją, miasto uciekało od samego siebie i rozpadało się na odmienne, ukryte światy.
Jak wraki dryfujące na mieliznach historii, spośród szeregów bezosobowych budynków wyłaniały się zmurszałe architektoniczne szczątki dawnego świata. Berlin przypominał raczej mieszankę wielu miast, potrzaskanych i zebranych w jednym miejscu. Nad tą zbieraniną unosiło się widmo zamazanej przeszłości. Pośród starych gmachów wznosiły się wyjałowione budowle z prefabrykatów. Niezmiennie prowizoryczna architektura wyrastała w miejscu dawnych ruin.
Kiedy wyjeżdżał z Berlina, dostrzegał w nim tylko maszynę do mieszkania, lokal do wynajęcia na godziny. Miasto ubezwłasnowolnione, zmuszone konsumować to, co produkowano w strefach przemysłowych Europy. Wówczas spostrzegł, że metropolię tworzyły głównie anonimowe peryferie. Ogromne, przygnębiające labirynty niedostatku, a pośród nich monitorowane wyspy paraliżującego luksusu. Starcy poruszali się niepewnie pośród ludzi-cieni.
          Teraz ujrzał miasto zużytych ikon, którym wygasły prawa autorskie. Zagłębiał się między pirackie wersje alternatywnych przyszłości, skumulowane w ekscentrycznych gmachach, których sylwetki przenikały wprost ze zbiorowej nieświadomości. Pleniąca się różnorodność przestrzeni i kultur porastała szramy w urbanistycznej tkance. Zdziczałe miasto wypiękniało nieokiełznaną szczodrością wiosny.
Dokoła rozciągała się inna Europa, podzielona między korporacyjne okręgi komfortu i biznesu, strefy przemysłowe, getta robotników i osiedla zamknięte przed obcymi. Wszędzie panowały technokracja i konserwatyzm w swoich lokalnych odmianach. Jedynie Berlin pozostał nieokiełznany. Bezkresne niebo rozpościerało się ponad miastem, które beztrosko spoglądało w przyszłość. Mieszczanie przechadzali się ulicami albo przesiadywali w kawiarniach. Słodko pachniały lipy, zieleń porastała stare mury.
I pośród takiego pejzażu Erwin i Jolanda spotkali się, jak w szklanej kuli. Nastała dla nich nierealna pora, wyłączona z linearnego biegu kalendarzy i światowych wydarzeń. Wpłynęli do zatoki cyklicznego czasu prywatnej mitologii. Żyli w uniesieniu, odurzeni własną fascynacją. Znaleźli się pod kloszem, spod którego wyssano powietrze. Wszystko stało się przenikliwie wyraziste.

* * *