13-05-2034, poranek
Otrząsnęła się z zamyślenia. Właściwie jak się tutaj znalazła? No tak.
Podrzucili ją samochodem z imprezy. Pół godziny temu wysiadła na tamtym skrzyżowaniu.
I tak Jolanda wylądowała chyba w najbrzydszym miejscu miasta. Ograniczony z
jednej strony estakadą kolejki, plac skupiał wszelkiego rodzaju szumowiny, a żółtawe
bloki piętrzyły się nad ulicą, układając się w niską bramę ze smętnie
podniszczonym, zielonym napisem: Kreuzberg. Przez te pół godziny oglądała ludzi
wałęsających się wokół nerwowo rozmigotanego salonu gier.
W taksówce doznała obłędnego, psychotycznego uniesienia. A potem ogarnęło
ją rozgoryczenie, kiedy przekroczyła próg opustoszałego mieszkania. Wraz ze
zmęczeniem opadły ją obsesyjne myśli. Z rozczuleniem pomyślała o pewnej osobie.
Zanim zastanowiła się nad autodestrukcyjnym odruchem, chwyciła telefon.
Erwin siedział w kawiarni na placu naprzeciw Görlitzer Park. Po drugiej
stronie ulicy widział bramę w murze otaczającym park, a obok tłumek, który kłębił
się pod budką z kurczakami z rusztu. Tucholsky upajał się chwilami zawieszenia.
Jego leniwe obserwacje przerwała wibracja nadchodzącego połączenia. Jolanda
Peters, ta ekscentryczna blondynka, którą poznał kilka dni temu. Odczuł
irytację przemieszaną z zaciekawieniem.
– Pamiętasz mnie? – usłyszał
jej nieco nosowy, dygoczący głos.
– Wciąż próbuję zapomnieć.
– Zapomnijmy więc razem.
– Takich zaproszeń się nie odrzuca.
Trudno powiedzieć, jak wiele myśli przemknęło mu przez głowę w następnej
chwili. Faktem jest, że wkrótce znalazł się na rowerze, pożyczonym onegdaj od
sanitariusza z kliniki. Roześmiał się w duchu, choć był to śmiech histeryczny.
Spieszył na spotkanie własnej pułapki.
Jolanda zdążyła zdjąć brudne dżinsy i bluzkę, wziąć prysznic i założyć sukienkę
na przemęczone ciało. W końcu Erwin stanął w drzwiach. Wydał jej się jeszcze
bardziej pociągający, niż go zapamiętała. Miał ciemne, krótkie włosy i
zamyślone oczy, a na jego ustach błądził niewiadomy grymas. Emanował z niego
urok błędnego rycerza. Odezwała się w niej dawno zapomniana romantyczna nuta.
– Wejdź.
Zbliżył się i naturalnym ruchem objął ją w pasie. Oparli się o framugę
uchylonych drzwi. Pocałowali się. Przycisnął ją mocno. Miękko odbiła się od
niego. Odwrócił ją plecami do siebie i podwinął sukienkę. Zsunął jej bieliznę. Pierwszy
raz był krótki i intensywny. Napięte mięśnie, szybkie ruchy i mimowolne dojście.
Wciąż rozedrgani i złaknieni dowlekli się do kanapy. Usiadła naprzeciw niego z rozchylonymi
nogami jak egzotyczny ptak. Zagłębił głowę między jej uda. Język i łono, dwa
najwrażliwsze organy zetknęły się. Jolanda na przemian jęczała i krzyczała. Nie
widział jej dotąd w takich spazmach. Podniósł się. Ich organy były jak dwa
mięsiste kwiaty, które połączyły się w miarowym ruchu hydraulicznego mechanizmu.
Przedmioty wokół rozpadły się na osobne atomy, a potem złączyły na powrót w mozaikę
zmiennych kolorów i kształtów bez nazw.
Cały sobotni wieczór spędzili razem, w przyćmionym świetle nocnych
lampek, w złotozielonych refleksach zza okna. Na nowo odkrywali intymny katalog
pozycji seksualnych, sekretny alfabet figur cielesnych. Odkształcali się
sprężyście. To rozwlekłe doznawanie zmysłowych przyjemności pochłaniało ich jak
przydymione, oślepiające światło.
14-05-2034
W niedzielny poranek Erwin wybrał
się na przejażdżkę rowerem. Po latach od nowa poznawał swoje miasto. Podczas
jego jazdy stopiło się w wielofasetowy kryształ, wielopoziomową przestrzeń pełną
zakamarków, różnorodnych perspektyw, przenikających się płaszczyzn i płynnych
stref wpływu. Berlin miał blizny po całym dwudziestym wieku. Jego podwojone centrum
promieniowało dysonansową wibracją, miasto uciekało od samego siebie i
rozpadało się na odmienne, ukryte światy.
Jak wraki dryfujące na mieliznach historii, spośród szeregów
bezosobowych budynków wyłaniały się zmurszałe architektoniczne szczątki dawnego
świata. Berlin przypominał raczej mieszankę wielu miast, potrzaskanych i zebranych
w jednym miejscu. Nad tą zbieraniną unosiło się widmo zamazanej przeszłości. Pośród
starych gmachów wznosiły się wyjałowione budowle z prefabrykatów. Niezmiennie
prowizoryczna architektura wyrastała w miejscu dawnych ruin.
Kiedy wyjeżdżał z Berlina, dostrzegał w nim tylko
maszynę do mieszkania, lokal do wynajęcia na godziny. Miasto
ubezwłasnowolnione, zmuszone konsumować to, co produkowano w strefach
przemysłowych Europy. Wówczas spostrzegł, że metropolię tworzyły głównie anonimowe
peryferie. Ogromne, przygnębiające labirynty niedostatku, a pośród nich
monitorowane wyspy paraliżującego luksusu. Starcy poruszali się niepewnie
pośród ludzi-cieni.
Teraz ujrzał miasto zużytych
ikon, którym wygasły prawa autorskie. Zagłębiał się między pirackie wersje
alternatywnych przyszłości, skumulowane w ekscentrycznych gmachach, których
sylwetki przenikały wprost ze zbiorowej nieświadomości. Pleniąca się różnorodność
przestrzeni i kultur porastała szramy w urbanistycznej tkance. Zdziczałe miasto
wypiękniało nieokiełznaną szczodrością wiosny.
Dokoła rozciągała się inna Europa, podzielona między
korporacyjne okręgi komfortu i biznesu, strefy przemysłowe, getta robotników i
osiedla zamknięte przed obcymi. Wszędzie panowały technokracja i konserwatyzm w
swoich lokalnych odmianach. Jedynie Berlin pozostał nieokiełznany. Bezkresne
niebo rozpościerało się ponad miastem, które beztrosko spoglądało w przyszłość.
Mieszczanie przechadzali się ulicami albo przesiadywali w kawiarniach. Słodko
pachniały lipy, zieleń porastała stare mury.
I pośród takiego pejzażu Erwin i Jolanda spotkali się, jak w szklanej
kuli. Nastała dla nich nierealna pora, wyłączona z linearnego biegu kalendarzy
i światowych wydarzeń. Wpłynęli do zatoki cyklicznego czasu prywatnej mitologii.
Żyli w uniesieniu, odurzeni własną fascynacją. Znaleźli się pod kloszem, spod
którego wyssano powietrze. Wszystko stało się przenikliwie wyraziste.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz