czwartek, 8 czerwca 2017

5. Zdziczałe miasto (1)




13-05-2034, poranek
Otrząsnęła się z zamyślenia. Właściwie jak się tutaj znalazła? No tak. Podrzucili ją samochodem z imprezy. Pół godziny temu wysiadła na tamtym skrzyżowaniu. I tak Jolanda wylądowała chyba w najbrzydszym miejscu miasta. Ograniczony z jednej strony estakadą kolejki, plac skupiał wszelkiego rodzaju szumowiny, a żółtawe bloki piętrzyły się nad ulicą, układając się w niską bramę ze smętnie podniszczonym, zielonym napisem: Kreuzberg. Przez te pół godziny oglądała ludzi wałęsających się wokół nerwowo rozmigotanego salonu gier.
W taksówce doznała obłędnego, psychotycznego uniesienia. A potem ogarnęło ją rozgoryczenie, kiedy przekroczyła próg opustoszałego mieszkania. Wraz ze zmęczeniem opadły ją obsesyjne myśli. Z rozczuleniem pomyślała o pewnej osobie. Zanim zastanowiła się nad autodestrukcyjnym odruchem, chwyciła telefon.
Erwin siedział w kawiarni na placu naprzeciw Görlitzer Park. Po drugiej stronie ulicy widział bramę w murze otaczającym park, a obok tłumek, który kłębił się pod budką z kurczakami z rusztu. Tucholsky upajał się chwilami zawieszenia. Jego leniwe obserwacje przerwała wibracja nadchodzącego połączenia. Jolanda Peters, ta ekscentryczna blondynka, którą poznał kilka dni temu. Odczuł irytację przemieszaną z zaciekawieniem.
– Pamiętasz mnie? – usłyszał jej nieco nosowy, dygoczący głos.
– Wciąż próbuję zapomnieć.
– Zapomnijmy więc razem.
– Takich zaproszeń się nie odrzuca.
Trudno powiedzieć, jak wiele myśli przemknęło mu przez głowę w następnej chwili. Faktem jest, że wkrótce znalazł się na rowerze, pożyczonym onegdaj od sanitariusza z kliniki. Roześmiał się w duchu, choć był to śmiech histeryczny. Spieszył na spotkanie własnej pułapki.
Jolanda zdążyła zdjąć brudne dżinsy i bluzkę, wziąć prysznic i założyć sukienkę na przemęczone ciało. W końcu Erwin stanął w drzwiach. Wydał jej się jeszcze bardziej pociągający, niż go zapamiętała. Miał ciemne, krótkie włosy i zamyślone oczy, a na jego ustach błądził niewiadomy grymas. Emanował z niego urok błędnego rycerza. Odezwała się w niej dawno zapomniana romantyczna nuta.
            – Wejdź.
Zbliżył się i naturalnym ruchem objął ją w pasie. Oparli się o framugę uchylonych drzwi. Pocałowali się. Przycisnął ją mocno. Miękko odbiła się od niego. Odwrócił ją plecami do siebie i podwinął sukienkę. Zsunął jej bieliznę. Pierwszy raz był krótki i intensywny. Napięte mięśnie, szybkie ruchy i mimowolne dojście. Wciąż rozedrgani i złaknieni dowlekli się do kanapy. Usiadła naprzeciw niego z rozchylonymi nogami jak egzotyczny ptak. Zagłębił głowę między jej uda. Język i łono, dwa najwrażliwsze organy zetknęły się. Jolanda na przemian jęczała i krzyczała. Nie widział jej dotąd w takich spazmach. Podniósł się. Ich organy były jak dwa mięsiste kwiaty, które połączyły się w miarowym ruchu hydraulicznego mechanizmu. Przedmioty wokół rozpadły się na osobne atomy, a potem złączyły na powrót w mozaikę zmiennych kolorów i kształtów bez nazw.
Cały sobotni wieczór spędzili razem, w przyćmionym świetle nocnych lampek, w złotozielonych refleksach zza okna. Na nowo odkrywali intymny katalog pozycji seksualnych, sekretny alfabet figur cielesnych. Odkształcali się sprężyście. To rozwlekłe doznawanie zmysłowych przyjemności pochłaniało ich jak przydymione, oślepiające światło.

            14-05-2034
W niedzielny poranek Erwin wybrał się na przejażdżkę rowerem. Po latach od nowa poznawał swoje miasto. Podczas jego jazdy stopiło się w wielofasetowy kryształ, wielopoziomową przestrzeń pełną zakamarków, różnorodnych perspektyw, przenikających się płaszczyzn i płynnych stref wpływu. Berlin miał blizny po całym dwudziestym wieku. Jego podwojone centrum promieniowało dysonansową wibracją, miasto uciekało od samego siebie i rozpadało się na odmienne, ukryte światy.
Jak wraki dryfujące na mieliznach historii, spośród szeregów bezosobowych budynków wyłaniały się zmurszałe architektoniczne szczątki dawnego świata. Berlin przypominał raczej mieszankę wielu miast, potrzaskanych i zebranych w jednym miejscu. Nad tą zbieraniną unosiło się widmo zamazanej przeszłości. Pośród starych gmachów wznosiły się wyjałowione budowle z prefabrykatów. Niezmiennie prowizoryczna architektura wyrastała w miejscu dawnych ruin.
Kiedy wyjeżdżał z Berlina, dostrzegał w nim tylko maszynę do mieszkania, lokal do wynajęcia na godziny. Miasto ubezwłasnowolnione, zmuszone konsumować to, co produkowano w strefach przemysłowych Europy. Wówczas spostrzegł, że metropolię tworzyły głównie anonimowe peryferie. Ogromne, przygnębiające labirynty niedostatku, a pośród nich monitorowane wyspy paraliżującego luksusu. Starcy poruszali się niepewnie pośród ludzi-cieni.
          Teraz ujrzał miasto zużytych ikon, którym wygasły prawa autorskie. Zagłębiał się między pirackie wersje alternatywnych przyszłości, skumulowane w ekscentrycznych gmachach, których sylwetki przenikały wprost ze zbiorowej nieświadomości. Pleniąca się różnorodność przestrzeni i kultur porastała szramy w urbanistycznej tkance. Zdziczałe miasto wypiękniało nieokiełznaną szczodrością wiosny.
Dokoła rozciągała się inna Europa, podzielona między korporacyjne okręgi komfortu i biznesu, strefy przemysłowe, getta robotników i osiedla zamknięte przed obcymi. Wszędzie panowały technokracja i konserwatyzm w swoich lokalnych odmianach. Jedynie Berlin pozostał nieokiełznany. Bezkresne niebo rozpościerało się ponad miastem, które beztrosko spoglądało w przyszłość. Mieszczanie przechadzali się ulicami albo przesiadywali w kawiarniach. Słodko pachniały lipy, zieleń porastała stare mury.
I pośród takiego pejzażu Erwin i Jolanda spotkali się, jak w szklanej kuli. Nastała dla nich nierealna pora, wyłączona z linearnego biegu kalendarzy i światowych wydarzeń. Wpłynęli do zatoki cyklicznego czasu prywatnej mitologii. Żyli w uniesieniu, odurzeni własną fascynacją. Znaleźli się pod kloszem, spod którego wyssano powietrze. Wszystko stało się przenikliwie wyraziste.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz