25-05-2034
Stali w niewielkiej, prowizorycznej szklarni na tyłach domku działkowego
Klary. Rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że pomieszczenie zostało splądrowane
i zdewastowane. Grządki zdeptano, regał przewrócono. Na środku ktoś usypał kopiec
ziemi i rozbitych doniczek. Między nimi leżały plastykowe pudełka i resztki
substancji, która teraz niewiele różniła się od zastygniętego asfaltu. Klara w
roboczych rękawicach zdążyła już zamieść część bałaganu i teraz segregowała
pozostałości.
– Wyłamali skobel i zniszczyli zamek elektroniczny.
– Musieli mieć fachowy sprzęt. Byli przygotowani?
– Niekoniecznie. Wystarczył silny elektromagnes. Mało subtelne, ale
skuteczne.
Wewnątrz domku Erwin zauważył jedynie brak zegara z kukułką. Tym razem jednak
meble po obu stronach przejścia zostały odsunięte od ściany, odsłaniając wejścia
do dwóch maleńkich, ślepych pomieszczeń, przypominających spiżarnie. Wzdłuż
ścian ciągnęły się rzędy półek wypełnionych aparaturą elektroniczną. Wśród
sprzętów panował nieporządek, jednak Erwin nie był w stanie ocenić strat.
– Nie przechowuję tutaj kompletnych instalacji. Jedynie komponenty. Ale
niektóre elementy były unikatowe – Klara ustawiała przedmioty w rzędach. – Brak
konektorów i transponderów. Czasem używaliśmy ich zamiast anten. Nie ma też
akumulatorów. Bez nich nie uruchomimy konwerterów i oscylatorów.
– Myślisz, że to celowe działanie?
– Raczej przypadek – odpowiedziała z wahaniem. – Chociaż nie wiem. Nie
wiem. Z pewnego punktu widzenia wszystko wydaje się w jakiś sposób zamierzone.
Nie sposób wytyczyć wyraźnej granicy między celowością a przypadkiem. Jednak staram
się nie popadać w paranoję.
Tego dnia Klara wyglądała inaczej, niż ją zapamiętał. Była zmęczona i
blada, spojrzenie jej brązowych oczu przygasło. Miała spękane usta, a cera
wyglądała niezdrowo. To co dawniej przydawało jej uroku naturalnego piękna, teraz
sprawiało wrażenie zaniedbania. Jedynie jej ruchy były energiczne jak dawniej. Kiedy
Erwin zamknął oczy, zobaczył aurę Klary. Około pół metra wokół niej utrzymywał
się welon pomarańczowego światła, które wypływało bezpośrednio z punktu
umiejscowionego nieznacznie ponad jej głową. Tym razem światło było
przygaszone, jakby kurz osiadł na drgających delikatnie promieniach.
Wyszli na zewnątrz. W głębi ogródka, przy ogrodzeniu, na dwóch krzyżakach
spoczywał masywny prostokąt czerwonej
blachy.
– W czym mogę pomóc?
– Widzisz, drzwi już naprawiłam. Pomożesz mi je zamontować?
We dwoje z wysiłkiem unieśli ciężkie, metalowe drzwi. Erwin podtrzymywał
je od spodu, podczas gdy Klara starała się osadzić je na zawiasach. Po kilku
próbach wspólnie zdołali wstawić drzwi we framugę.
– A byliśmy tak blisko odkrycia czegoś nowego – Klara
rozgadała się w trakcie pracy. – Amplituda rosła, moc i zakresy były coraz
większe. Jakby sygnał kierował się w naszą stronę. Szukał nas. Albo to
kosmiczne oszustwo, albo to promieniowanie reaguje na nasze obserwacje. A może
jest jeszcze jakiś inny, niewiadomy czynnik?
– Zwykle radioteleskopy umieszczone są z dala od siedzib ludzkich. A poza
tym są ogromne.
– W odróżnieniu od konwencjonalnych radioastronomów, my wsłuchujemy się w
tak zwane szumy. Dopiero porównanie różnic w zakłóceniach i redundancji sygnału
ukazuje regularność. Odbicie niewidzialnego. Cień nas samych. Negatyw fali
promieniowania. Nasza fala jest jak echo wibracji całej biomasy Ziemi. A im
większa świadomość obiektów, tym większa jest moc sygnału.
– Ale czemu się ukrywacie? Tutaj nie jesteście bezpieczni, jak widać.
– To jedyna możliwość zachowania niezależności. A te przeciwności losu
traktuję jako dobry znak. Kiedy odczuwasz opór, to znaczy, że jesteś na drodze
do nieznanego.
Klara na próbę zakodowała zamek cyfrowy. A potem zawiesiła kłódkę na
skoblu.
Wkrótce Erwin znalazł się na jednej ze stacji metra. Chłodny powiew z
tuneli przywołał mu na myśl dzisiejszy poranek u Jolandy. Obudził się u niej w
łóżku. Było już jasno. Jolanda siedziała przy swoim antycznym biurku, wpatrzona
w monitor. Stanął za nią. Ujrzał zdjęcia znajomej kamienicy. Rozmowa, która
nastąpiła, była łatwa do przewidzenia. „Chcesz wykorzystać te zdjęcia do
komercyjnych celów?” „Już je wykorzystałam. Realizujemy zlecenie”. „Swoimi
zdjęciami zabijasz istotę tego świata. W życiu trzeba uczestniczyć. Nie można
go kadrować”. „Nie zgadzam się”. „Chcesz wszystko upłynnić?” „Zastanów się. Nic
nie istnieje, dopóki nie powstanie obraz. Żeby obraz powstał, musi być
utrwalony. A trwała wartość powstaje z wymiany”. Jolanda była niewzruszona. Erwin
czuł jedynie, jak narasta w nim bezsilna wściekłość. „Muszę wyjść”. „Wiesz,
gdzie są drzwi”. Po takich słowach niewiele więcej zostało do zrobienia.
Z każdym krokiem ulatniała się z niego złość, pozostawiając jedynie żal i
niesmak. Miasto przypominało dekorację filmową, złożoną z fasad i imitacji.
Mieszkańcy przemierzali chodniki z obojętnością na twarzach, niczym bezczynni
statyści, oczekujący na powtórne ujęcie tej samej sceny.
Erwin znalazł się na ulicy, którą w myślach zaczynał nazywać „swoją”. Przed
bramą kamienicy, na trójnożnym taborecie siedział Schulz, palił papierosa i wpatrywał
się w niewielką ciężarówkę stojącą na podjeździe. Na burcie widniał napis
„Przeprowadzki”.
– Wiedziałem, że nie dadzą rady.
– O czym pan mówisz?
Schulz lekceważąco wskazał pojazd.
– Już się wyprowadzają. To było do przewidzenia. Dawałem im najwyżej pół
roku. Sześć miesięcy. I proszę. Przenoszą się na prowincję. W rodzinne strony.
– A mnie ile dajesz?
Schulz tylko spojrzał na niego i nie odpowiedział.
– Chcą się nas pozbyć. A na nasze miejsce czekają już nowi.
– Ale w zasadzie dlaczego ci lokatorzy się wynoszą?
– Koszty utrzymania. I przepisy – Schulz wystrzelił palcami niedopałek,
celując w oponę ciężarówki. – Ta kamienica jest zabytkiem. A to znaczy, że nie
można ocieplać budynku. Nie można wymieniać okien. Nie można nawet zamontować
inteligentnej instalacji. A teraz jeszcze urząd dzielnicy zapowiedział
długotrwały remont. Podobno jakiś deweloper zasadził się na nas. Poza tym
słyszał pan, co się dzieje? Wyjeżdżają, póki można opuścić miasto.
– Może też trzeba wyjechać, póki jest czas?
– Widzisz pan, panie Tucholsky, ja mam już pięćdziesiąt lat! Miałem
rodzinę, pracę, przyjaciół. Wszystko straciłem. Trafiłem tutaj. I teraz już
nigdzie się stąd nie ruszę. To miasto jest brzydkie, uparte i bezczelne,
zupełnie jak ja! Dlaczego miałbym się stąd wynosić? Dlaczego miałbym się
zmieniać?
Rzucił mu dumne spojrzenie z wysokości swojego zydla i skrzyżował ręce na
piersiach.
Erwin dotarł na ostatnie piętro. Z ulgą zamknął za sobą drzwi mieszkania.
Przeszedł do pustego pokoju w głębi. Światło padało pionowo przez świetlik w
suficie. Wnętrze pokoju rozmywało się w półmroku. Zamknął oczy. Pionowy słup światła
rozszczepił się na barwne wiązki subtelnych energii, otoczone polami elektromagnetycznymi, które pulsowały w organicznym ruchu rozszerzania i kurczenia
się. Przestrzeń nabrała materialnego wymiaru, pełna niespokojnej czujności, niczym
obdarzony świadomością, przezroczysty kryształ.
Pozostał mu jeszcze jeden ważny krok do wykonania. Zadzwonić do swojego
przyjaciela i prawnika.
– Holgar? Możemy się spotkać?
Erwin usłyszał niewyraźną odpowiedź. Potem zapadło milczenie.
– Holgar, jesteś zajęty? Musimy porozmawiać
Milczenie przedłużało się.
– Przyjdź do mnie do biura – usłyszał w końcu Erwin.
– Wolałbym nie u ciebie w kancelarii. Gdzieś na mieście.
– W takim razie niech będzie imbiss na rogu Oranienburgerstrasse.
– Jutro po południu.
* * *
