czwartek, 6 lipca 2017

Zdziczałe miasto (3)




            16-05-2034
Tego dnia Erwin obudził z obolałą głową. Trapiło go jakieś niejasne wspomnienie. Wczoraj wieczorem musiało coś się wydarzyć. Kłótnia albo seks, nie był pewien.
Z kolei Jolanda od rana była przesadnie szorstka i chłodna.
            – Dzisiaj mam spotkanie robocze.
            – Kiedy musimy wyjść?
            – Po południu. Idę sama. Będzie Peter.
– Wspominałaś o nim.
– To jest nasze wspólne zlecenie, jego i moje.
          Dopiero w kolejce Erwin zorientował się, że pomylił kierunki. Pojechał w przeciwną stronę. Dwie następne stacje przesiedział sam w przedziale. Kolejka długo jechała estakadą wzdłuż torów i rzeki. Potem skręciła w prawo i przejechała most. Erwin wysiadł na najbliższym przystanku. Mgliście kojarzył ten zakątek.
Opuścił stację i znalazł się na asfaltowym chodniku biegnącym w dół. Poniżej, przy skrzyżowaniu ulic, stały pawilony z jedzeniem i napojami, głównie z wieloma rodzajami piwa. Pomiędzy aluminiowymi ladami zobaczył Klarę Malik, znajomą pacjentkę z kliniki. Rozmawiała z kilkoma włóczęgami. Za nią unosił się wózek ze skrzynką pełną pustych butelek.
– Hej! No cześć! Co tu porabiasz?
– Zgubiłem się.
Spojrzała na niego spomiędzy loków swoich kasztanowych włosów.
– W takim razie chodź ze mną.
Klara nosiła dżinsowe farmerki z kobiecą gracją. Robocze buty i podwinięte nogawki tylko wydłużały jej kształtne nogi. Wózek sunął za nią samodzielnie około półtora metra nad ziemią, napędzany dwoma dużymi, buczącymi elektromagnesami.
Wrócili na stację i kolejką z powrotem przekroczyli most. Wysiedli na odsłoniętej platformie. W otwartej przestrzeni hulał wiatr, ludzie odwracali głowy wychodząc z pobliskiego centrum handlowego. Klara i Erwin zeszli schodami z synte-drewna na peron poniżej. Nadjechały żółte, pękate wagoniki kolejki magnetycznej, przywieszonej do betonowej podpory. Wsiedli z innymi pasażerami, a kolejka odjechała z automatycznym westchnieniem.
– Pamiętasz naszą rozmowę o falach?
– Tak. Bardzo dobrze. Zaintrygowałaś mnie.
– Otóż każdą hipotezę można sprawdzić doświadczalnie.
Kolejka mijała ceglane kamienice, brunatne magazyny i puste parcele.
– Nauką jest jak religia. Zmienia postrzeganie świata. Na przykład usłyszysz o promieniowaniu elektromagnetycznym i zaczynasz dostrzegać rzeczy jako widma. Ciemność kosmosu ocieka kwantami światła.
          Za oknem kolejki jaskrawy blask spomiędzy chmur padł na zmurszałe ściany. Krajobraz pobladł. Lekkie drżenie głosu Klary nakazywało Erwinowi podążać za słyszanymi słowami.
– Światło jest jedynie małym odcinkiem wielkiej fali promieniowania. Wszystko emituje wibracje. Ludzie. Drzewa. Ziemia. Strumienie cząstek i fal istnieją od początków kosmosu.
Wysiedli na przystanku obok pozostałości hali fabrycznej. Udali się w kierunku wejścia na ogródki działkowe. Ruszyli ubitą dróżką wśród żywopłotów i niskich ogrodzeń otaczających niewielkie domki i grządki. W oddali widoczny był zrujnowany budynek dawnego Instytutu Fizyki Doświadczalnej.
Ten sam miedziany, pochyły promień słońca zatańczył jednocześnie na owalnym konturze policzka Klary i w lokach jej brązowych włosów. Lewitujący wózek sunął za nimi z niskim, równomiernym brzęczeniem.
– To, co widzimy jest jedynie wąskim strumieniem promieniowania. A nasze organizmy dostrojone są do drobnego wycinka fali elektromagnetycznej. Ogromne rejestry są dla nas zabójcze.  Życie i światło to zaledwie bardzo prawdopodobne anomalie, których istnienia nie sposób jednoznacznie stwierdzić.
Doszli alejką do samego końca, mijając z jednej strony zielone płoty, a z drugiej ogrodzenie nieczynnego Instytutu. Klara otworzyła niewielką furtkę. Przecięli krótko ostrzyżony trawnik, skręcili w lewo. Zza szpaleru wysokich krzewów wyłonił się parterowy pawilon z blachy falistej. Przed domem stała dziwaczna rzeźba z anten satelitarnych, telewizyjnych i radiowych.
Po kilku stopniach weszli do wnętrza domku. Wewnątrz Erwin spodziewał się zastać jakieś groteskowe laboratorium szalonego naukowca, tajemnicze machiny z wielkimi potencjometrami, gigantyczne izolatory sypiące iskrami, szklane słoje z mózgami. Tymczasem zobaczył wnętrze zwykłego domku letniskowego. Boazeria na ścianach, drewniane meble w stylu rustykalnym, a nawet szwarcwaldzki zegar z kukułką. Jedyne niezwykłe sprzęty stanowiły długi stół montażowy przy oknie oraz metalowe szafy ze sprzętem elektronicznym, ustawione pod przeciwną ścianą.
– Tutaj mieści się jedynie mój ośrodek obliczeniowy. Baza danych. Obserwatoria i anteny są gdzie indziej.
           – Wciąż nie do końca rozumiem, czym się zajmujesz.
          Kiedy Klara pochyliła się nad niewielkim laptopem stojącym na stole, pukle włosów zasłoniły jej twarz. Stała się przez to jeszcze bardziej nieodgadniona.
– Śledzimy echo pierwotnej eksplozji, od której rozeszły się wszystkie wiązki fotonów. Gdzieś tam jest   materia, która pochłania wszelkie promieniowanie i emituje bardzo niski szum. Ciemna materia. Pierwotna substancja kosmosu. Ciało doskonale czarne. A wiesz, co jest najdziwniejsze?
Spojrzał na nią, zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią, wreszcie w milczeniu pokręcił głową.
– Związek między reliktowym promieniowaniem tła a polem morfogenetycznym żywych istot. Na styku między promieniowaniem mikrofalowym a podczerwonym. Promieniowanie elektromagnetyczne i pole morfogenetyczne mają ze sobą wiele wspólnego. Odkryliśmy to przypadkiem. I jedyni zaczęliśmy badać. 
Na ekranie, w czarnym oknie pojawiła się zielona poszarpana animacja, przypominająca grzebień.
            – To jest nasza fala. Fala płynąca ze źródeł kosmosu.
            Klara wskazała Erwinowi parę słuchawek podłączonych do laptopa.
            – Proszę.
Erwin usiadł i założył słuchawki.

           wąskie kręgi jaskrawej czerwieni powiększały się od środka, otoczone żółtymi smugami wśród pomarańczowych eksplozji, a z wnętrza kręgów wylewały się zielone płaszczyzny, ulatniające się w mgliste, błękitne opary

Początkowo Erwin poczuł się oślepiony dźwiękami. Zachłysnął się doznaniami. Barwy nieznanych dźwięków rozlewały się, zamieniając się w swoje przeciwieństwa. Wówczas usłyszał, jak kolory gasną. Fala promieniowania odpływała, zanikała. Jednocześnie towarzyszyło temu nieznośne uczucie oddalania się, przemijania. Opadło go niepohamowane przygnębienie. Zdjął słuchawki.
Klara wyłączyła nagranie. Wykres bladł, aż zamienił się w niewyraźne pomarańczowe pasma.
– To jest tylko szczątkowy ślad . Całe spektrum można namierzyć jedynie z kilku punktów obserwacyjnych, w regularnych odstępach czasu. Fala rozwija się w czasie. Wiemy, że powtarza się w miarowych cyklach. Nazywamy je błyskami. Występują w różnych seriach i z różną częstotliwością. Został nam tylko ten blady pomarańczowy ślad.
Erwin wstał niepewnie i zdezorientowany odszedł w głąb pokoju. W głowie wciąż eksplodowało echo tamtych doznań. Przez głowę przemknęło mu absurdalne spostrzeżenie, że Klara od pewnego czasu opowiada o swoich badaniach w liczbie mnogiej.
– Jak mówiłam, pełen zakres falę można namierzyć jedynie z wielu miejsc naraz. Na podstawie obserwacji opracowaliśmy oryginalną koncepcję. Fala promieniowania przenika przez nieznane wymiary i inne wersje kwantowego wieloświata. Wypełnia wiele kwantowych wersji kosmosu. I w jakiś sposób musi interferować z aurą żywych stworzeń.
Znienacka poczuł euforyczny dreszcz pod skórą. Uwierzył w istnienie niewidzialnego promienia, który przeszywa na wskroś wszystkie rzeczywistości.
– Czy to znaczy, że kosmos emanuje tę samą energię, co żywe istoty?
           – To jest bardziej skomplikowane.
           Klara podeszłą do tylnej ściany domku, gdzie między półkami na słoiki z przetworami widniał wąski przesmyk.
– Pokażę ci coś. Chodź.
       Wąziutkim korytarzykiem dotarli do przeszklonych drzwi. Znaleźli się w niewielkiej szklarni, przylegającej do pawilonu. Szli wzdłuż rzędów bujnej roślinności. Zatrzymali się przed czymś w rodzaju drewnianego regału z doniczkami.
           – Dość szybko przekonaliśmy się, że fala jest wyraźnie namierzalna przy detektorach związanych z żywymi organizmami. Sadziliśmy rośliny wokół odbiorników, a nawet podłączyliśmy anteny do własnych ciał.  I znaleźliśmy to.
Pokazała plastykowe pudełko.
– Trudno orzec jednoznacznie, z czym mamy do czynienia. Początkowo znajdowaliśmy ten… osad jedynie w pobliżu naszej aparatury. Jednak ostatnio coraz częściej pojawia się w najbardziej obskurnych i niedostępnych zakamarkach miasta. Podziemia domów, tunele metra, kanalizacja, zakłady produkcyjne.
– Odpady przemysłowe?
– Wprost przeciwnie. Bardziej przypomina związki organiczne. Składa się głównie z węgla. Jednak zwykła analiza chemiczna nie opisuje wszystkich właściwości. Znajdowaliśmy ją wszędzie tam, gdzie wykrywaliśmy przejawy określonej wibracji.  
Klara otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdowała się ciemna, gęsta substancja. Przypominała czarny, tłusty mech albo kolonię mikroskopijnych grzybów. Jej powierzchnia była gładka i lśniąca, miała dużą lepkość. Wydzielała ciepły, czerwonawy poblask, jakby głęboko wewnątrz niej migotał płomień albo kryło się jakieś rozgrzane ciało. Wszystko wokół pogrążyło się w pierwotnym mroku, emanującym z tajemniczej substancji. Ciemność wysysała światło.
Teraz Erwin wszystko sobie przypomniał. Miał już do czynienia z tą substancją. Daleko stąd. Na Morzu Północnym.

* * *