środa, 29 marca 2017

3. Pusty pokój (2)



 


11-05-2034, po południu
Żółto-czarne sześciany zdominowały ulice jako inteligentne taksówki, automatyczne sklepy, cybernetyczne systemy bezpieczeństwa. Puste chodniki oświetlało przejrzyste, zielonkawe światło bio-lamp wypełnionych algami. Algi w wyniku fotosyntezy produkowały proste cukry, pochłaniały dwutlenek węgla i wydzielały miękką luminescencję. Wciąż poszukiwano odnawialnych źródeł energii. W przeciwieństwie do Polski, która stała się ponurym industrialnym zagłębiem, skupiającym ciężki przemysł. Coraz bardziej izolowali się od tych ponurych, przemysłowych peryferii Europy.
Erwin odczuwał rosnące napięcie, kiedy zbliżał się na miejsce. Kamienicę zobaczył już z daleka. Wyróżniała się pośród innych domów, była wyższa i bardziej masywna. Jej fasadę pokrywały resztki zdobień, murowane gzymsy i stiuki. Spod odpadającego tynku przezierały cegły.  Nad bramą wejściową wciąż widniał łuszczący się napis „Richter & Co. Spedycja”.
Troll miał mieszkać na parterze. Erwin zastukał we framugę okna koło bramy. Wyjrzał człowiek, który musiał być owym Trollem. Erwin od razu domyślił się, skąd to przezwisko. Facet był chudy i blady, a jego niesymetryczna twarz wyglądała jak połamana i źle poskładana. Długie, posiwiałe włosy układały się w strąki na głowie. Mężczyzna ubrany był w stare dżinsy i podartą podkoszulkę. Z kieszeni wystawał mu łańcuch z kluczami.
– Tak? – spytał mężczyzna podejrzliwie mrużąc oczy.
– Erwin Tucholsky. Klient Holgara Gramlicha. Podobno pan ma klucze do mieszkania Dorothei Hahn.
– Możliwe. Mów mi Schulz.
– Czy mogę zobaczyć... ten lokal?
– Holgar Gramlich? Wspominał o panu. Już idziemy.
Weszli na wyślizgane, skrzypiące schody. Po drodze Schulz opowiadał:
– To jest zabytkowa kamienica. Zakazano wprowadzać zmiany w zewnętrznym wyglądzie zabytków. Nie można ocieplać ścian ani wymieniać okien.
Wskazał na metalową skrzynkę, która znajdowała się pod parapetem na półpiętrze.
– Stara instalacja centralnego ogrzewania. Piecyki elektryczne. W tych szparach czasem lęgną się ptaki.
Schody trzeszczały coraz bardziej. Schulz sapał coraz ciężej, jednak nie przestawał mówić:
– Jesteśmy przed remontem. Zarząd nie przyjmuje już nowych lokatorów. Dlatego na każdym piętrze zajęte są najwyżej dwa mieszkania. A większość jest pustych.
W końcu dotarli na ostatnie piętro. Wreszcie ujrzał przed sobą masywne, rzeźbione drzwi, wielokrotnie przemalowywane. Nazwisko na tabliczce było nieczytelne.
– Znał pan poprzednią właścicielkę?
– Wcześniej mieszkała tutaj starsza samotna pani. Zawsze energiczna i pełna entuzjazmu! To była wspaniała kobieta. Jak ona nam wszystkim pomagała! – rozrzewnił się Troll.
Erwin poczuł się nieswojo. Jej sąsiedzi mieli z nią lepszy kontakt, niż jej własna rodzina.
– W końcu jednak miała wypadek. Pośliznęła się na schodach. Dowlokła się do mieszkania i wszystko byłoby w porządku, gdyby służby medyczne nie dowiedziały się o tym. Ze względu na wiek zabrali ją natychmiast do domu starców. A wiesz pan, jak tam jest. Nawet pół roku nie pożyła.
Weszli do środka. Erwin spodziewał się bałaganu i graciarni, tymczasem zastał jedynie opuszczenie i bezimienność. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny i wszechobecny kurz. Znaleźli się w długim korytarzu, z łazienką i kuchnią po lewej stronie. Otwarte drzwi na prawo prowadziły do dwóch dużych pokojów, których okna wychodziły na ulicę. Weszli do pierwszego z nich. Erwin zauważył jedynie nagie, poszarzałe ściany, zamknięte okna i brak mebli. Zajrzeli do kuchni i łazienki, z oknami wychodzącymi na podwórko.
Na końcu korytarza, po lewej stronie, natrafili na zamknięte drzwi. Erwin poczuł dziwny dreszcz niepokoju.
– A tam? Wie pan, co tam jest?
– Nie mam pojęcia. Może jakaś pracownia?
Ostatni pokój w mieszkaniu był wyższy i bardziej przestronny, a do tego miał sześciokątny kształt. Najwyraźniej mieścił się w przybudówce, niewidocznej od frontu. Pod wysokim, wąskim oknem stał duży metalowy stół. W suficie widniał ośmiokątny otwór, niczym symetryczny negatyw pokoju.  W otworze znajdował się szklany świetlik w kształcie odwróconej piramidy. Cały świetlik zamontowany był na metalowych szynach, dzięki czemu mógł obracać się wokół swej osi. W metalowej ramie widoczny był zamknięty właz. Otwory po śrubach sugerowały, że kiedyś w prowadnicach zainstalowano jakieś urządzenie, teraz zdemontowane.
Kiedy dwaj mężczyźni weszli, pokój obudził się. Zamknięta przestrzeń, przez która przepływały białka, węgle, fotony i elektrony, napełniała się ich energią. A teraz ta pusta przestrzeń rozbudziła się. Cała jej metafizyczna potencjalność zyskała świadomość. Uruchomił się kosmiczny mechanizm, który czekał na odpowiednie połączenie sił, żywiołów i żywych istot. Proces został zainicjowany.
Wszczęli rozmowę, aby zagłuszyć niesamowitość tego miejsca.
– Moja ciotka używała tego pokoju?
– Aż tak dobrze się nie znaliśmy.
W drodze powrotnej schodami w dół Schulz rozgadał się o życiu kamienicy, innych lokatorach, wadach i zaletach starego budownictwa. Chciał nawet zaprosić Erwina do siebie. Tucholsky z trudem się wywinął.
Lekko oszołomiony Erwin wolno szedł ulicą. Ten akt prawny stawał się jakimś czczym gestem bez znaczenia. Odgrywali rytuał dla świata, który już nie istniał. Erwin czuł się jak komik, który wobec pustej widowni odgrywał skecz zmarłego i zapomnianego scenarzysty.
Ulica prowadziła do niewielkiego, owalnego placu. Niedaleko dostrzegł przeszkloną witrynę baru. Lokal był dość komicznie urządzony w stylu gotyckim. Szyld namalowano archaiczną czcionką, wystrój imitował drewnianą karczmę, a zamiast krzeseł ustawiono ławy. Przed wejściem siedziała tylko jedna kobieta, wpatrzona w wyświetlacz staroświeckiego aparatu fotograficznego. Erwin zamówił piwo i usiadł na ławce przed drzwiami. Spłynął na niego spokój tego zakątka miasta. Z zamyślenia wyrwał go kobiecy głos:
– Mieszkasz w tej kamienicy?
Dziewczyna wpatrywała się w niego intensywnie.
Była blondynką o głębokich, ciemnych oczach. Miała podłużną twarz o łagodnych rysach z wąskim nosem, proste, umięśnione ramiona i wąską talię. Jej szczupłe ciało poruszało się w szybkich, urywanych ruchach. Nosiła czarną skórzaną kurtkę, a pod nią białą koszulę.
– Jeszcze nie. Czemu pytasz?
– Dziwię się, kiedy z takich miejsc wychodzi prawdziwy człowiek. Wyglądają jak dekoracje filmowe.
– Wierz mi, że ta kamienica jest jak najbardziej prawdziwa. Ja również jestem prawdziwy. I oryginalny.
– Teraz wszystko może być oryginalne, o ile zostanie skopiowane i trafi do wirtualu. A więc oryginalne jest tylko to, co może być powielane.
Dziewczyna wstała ze swego miejsca i przysiadła się do jego ławki.
– Jolanda. Co tu porabiasz?
– Erwin. Przyszedłem coś obejrzeć. A ty?
– Wyższy stopień oglądania. Utrwalam, powielam, przekazuję obrazy. A czym ty się zajmujesz?
– Pracuję. Daleko stąd. Tak naprawdę wcale mnie tu nie ma.
– Dziwny jesteś.
A potem znów spojrzała mu prosto w oczy i spytała z napięciem:
– Czy my istniejemy naprawdę?
– Pomiędzy istnieniem a nieistnieniem rozciąga się cała skala możliwości.
– Rozumiem – odwróciła głowę i mówiła dalej rozmarzona. – Uwielbiam to miasto. Uwielbiam swoich przyjaciół. Jestem zakochana. W tym mieście, w tych ludziach. Jestem szczęśliwa z tym, co robię. A ty z czego czerpiesz satysfakcję?
– Po prostu żyję. Czy muszę jeszcze cokolwiek robić?
– Naprawdę dziwny jesteś – zamyśliła się, po czym wskazała kamienicę. – Ten dom wygląda jak świątynia jakiegoś zapomnianego kultu. To moja praca. Szukam wyjątkowych lokacji do planów zdjęciowych. Tropię ulotne zjawiska miejskiej kultury. Śledzę autentyczne niezwykłości… Może jeszcze kiedyś się spotkamy?
Podał jej swój numer. Kiedy Jolanda zapisywała dane, jej telefon rozbłysnął sygnałem przychodzącego połączenia
– Tak. Szukam... Ale Peter! Spokojnie…
Skończyła rozmawiać i zwróciła się do Erwina spiętym głosem:
– Muszę znikać.
Szybkim krokiem przecięła ulicę i udała się w stronę tramwaju, zerkając na ekran telefonu.
Erwin został sam w pustym barze. Czuł się jak bezczynny turysta, chociaż pochodził z tego miasta. Tutaj poznali się jego rodzice. Ojciec przyjechał z południowych Niemiec. Z kolei rodzina matki wyemigrowała z Polski. Tutaj jego matka Anna znalazła pracę i poznała Borisa Tucholsky’ego.
Jednak z czasem jego rodzice coraz bardziej oddalali się od siebie, a jego zostawili w pustej przestrzeni pośrodku. W wyludnionym domu, z którego oboje w końcu się wyprowadzili. Bliżsi stali mu się jego przyjaciele i znajomi, barwna gromada próżniaków. W pewnym okresie siła odśrodkowa życia rozrzuciła ich w najdalsze zakątki świata. Wówczas i on wyjechał. A teraz wrócił do opustoszałego miasta. Z byłą żoną niewiele go łączyło. Utrzymywał stałe kontakty ze swoją córką, jednak teraz weszła w taki wiek, w którym nienawidzi sie swoich rodziców.
No tak, Wiktoria. Musiał z nią porozmawiać.

* * *

niedziela, 26 marca 2017

3. Pusty pokój (1)





11-05-2034, przed południem
Skąd brało się to szare światło? Erwin obejrzał się za siebie. Cała wąska ulica wydawała się przyprószona świetlistą szarością. Perspektywę zamykał widok wiaduktu i przeszklonej hali dworca kolejowego. Spomiędzy budynków wyłaniała się lokomotywa, jej pysk sterczał ponad samochodami. Friedrichstrasse była dla Erwina uosobieniem paradoksów każdego miasta. Zaczynała się w najdroższej dzielnicy, a kończyła się już pośród osiedli tanich bloków mieszkalnych i tandetnych supermarketów.
Biuro Holgara znajdowało się w zamożnej części, w bocznej ulicy, na lewo idąc od stacji. Przejście dla pieszych, brama, domofon. Klatka schodowa, ciepłe światło, zapach środka do mycia okien. Erwin wszedł na pierwsze piętro, drzwi po lewej. Wnętrze gabinetu wypełniały ciemnobrązowe meble biurowe, beżowe żaluzje, nijaki obraz na ścianie. Biurko z niewielkim laptopem. Nad biurkiem dyplomy w ramkach. Obok przeszklona szafka z książkami.
Holgar siedział za biurkiem. Był drobnym mężczyzną, nieco zaniedbanym, o dość nieforemnej posturze. Niskiego wzrostu ciało wieńczyła duża, trójkątna głowa osadzona na chudej szyi. Zachowywał się trochę jak rozregulowany mechanizm. Ubierał się zwykle w sztruksowe marynarki, dżinsy i nieprasowane koszule. Szyję owijał burym szalikiem w niedorzecznym dążeniu do elegancji.
Erwin zawsze zastanawiał się, jak ten człowiek został prawnikiem. A przede wszystkim, jak udawało mu się dostać do tego towarzystwa, o którym tyle opowiadał. Holgar znał chyba wszystkich celebrytów administracji i polityki. Uwielbiał o nich plotkować. Mimo to Erwin lubił go za jego nieprzystawalność do rzeczywistości oraz dysfunkcyjną oryginalność.
Kiedy Erwin znalazł się w pokoju, Holgar żwawo poderwał się zza biurka i przybliżył szybkim, posuwistym krokiem. Zamaszyście podał mu rękę, po czym usiadł z powrotem i włączył wirtual w trybie otwartym, widocznym również dla Erwina.
Wywołał swoją wirtualną asystentkę. Po lewej stronie biurka wyświetlił się trójwymiarowy obraz zarozumiale uśmiechniętej Hinduski. Dziewczyna zwróciła się do Holgara, unosząc brwi.
– Czego potrzebuje mój pan wszechwiedzący?
– Droga Aksharo, czy wyszukasz mi stosowne dokumenty dla pana Tucholskiego? Jak wiesz, bez ciebie  jestem kompletnie bezradny.
– Masz rację. Sieć moich ciotek działa lepiej niż wasze bazy danych.
– Proszę cię! Jesteś tylko symulacją interfejsu!
– Patrz – Holgar zwrócił się do Erwina.
Niewiele tu widzę. Tabele i jakieś sądowe pisma. Wytłumaczysz ignorantowi, o co chodzi?
To są koligacje. Stopnie relacji. Odpowiedzialności. Nikt nie jest wyspą.
Wyrażaj się jaśniej.
– Co wiesz o swojej rodzinie?
– Typowa rodzina atomowa. Standard dwudziestego pierwszego wieku
Ale oprócz was? Czy był ktoś jeszcze? Czy było coś przedtem?
Przedtem? Przecież istnieje tylko wieczne teraz.
– A jednak. Pamiętasz swoją ciotkę? Siostrę ojca? Nazywała się... Dorothea Hahn.
– Dziwne pytanie. Oczywiście wiem, o kim mówisz.
– Znasz adres Max Steinke Strasse?... Niedaleko Pistorius Strasse.
– Nie przypominam sobie. Mieszkała tam?  
Holgar odchylił się na fotelu i splótł ręce przed sobą. Spojrzał na Erwina i powoli rzekł:
– Wszystko wskazuje na to, że zostałeś jej spadkobiercą. Odziedziczyłeś jej mieszkanie.
Erwin zerwał się z krzesła.
– Czekaj. Ale co się z nią stało?!
– Odeszła. W spokoju, na własne życzenie, w profesjonalnym ośrodku.
– Nic o tym nie wiedziałem. A pogrzeb?
Kremacja. Wszystkie stosowne ceremonie już się odbyły. Wedle scenariusza twojej szacownej ciotki. Najwyraźniej to była bardzo zorganizowana kobieta.
Zapadło milczenie. Erwin powoli usiadł z powrotem
– Co więcej mogę powiedzieć? Jesteś jej najbliższym krewnym. Zaraz po twoich rodzicach. Zapisała wam w testamencie swoją nieruchomość.
– Nic z tego nie rozumiem. Jak to wszystko możliwe?
– Urzędy. Sieci. Archiwa.
Holgar wskaz ekran przed sobą. A potem dodał sentencjonalnie:
– Nie musimy już nic pamiętać. Wszystko robią za nas. Nam wystarczy tylko podpisać.
– Podpisać? Wyczuwam kłopoty.
– Pamiętaj, że masz zobowiązania. Alimenty. Rachunki za dom opieki rodziców.
– Jestem tego świadom.
– Słuchaj. To jest kapitał. Nieruchomość w centrum miasta. Do ciebie należą decyzje.
Mogę wstać, odwrócić się i wyjść?
Nie udzielając odpowiedzi, Holgar zaczął szukać czegoś w szafce pod biurkiem. Wyprostował się gwałtownie.
– Trzymaj. Komplet. Mam jedną sztukę gratis.
Podał Erwinowi pudełko z matowego czarnego kartonu.
– Co to jest?
Zaskoczony Erwin wyjął z pudełka podłużny kształt opanowany w niebieską folię.
            Nanotes, zestaw do wirtualu. Nowiutki egzemplarz. Specjalnie dla ciebie.
            – Nano jak?
           – Nanotes. Lepiej wyrzuć swojego smartfona, albo wyjdziesz na lamusa. Nie wszystkich na to stać, ale ci, którzy tego używają, kompletnie przepadają.
            – A jak to działa?
Uświadomił sobie, że zadał podobne pytanie już drugi raz w ciągu kilku ostatnich dni.
– Dobre pytanie. Ten gadżet spełnia niepokojąco wiele funkcji.
Erwin wysunął przedmiot z bąbelkowej torebki. Zobaczył niewielkie okulary z błękitnym kwadracikiem w rogu lewego szkła. Oprócz tego w pudełku znalazł prostokątny kawałek matowego, półprzezroczystego plastyku owiniętego paskiem z futurystycznym napisem: „nano.1”.
– Na przykład może połączyć cię z każdą biblioteką na świecie. Albo odszukać twoją pozycję na mapie. Albo sprawdzić, czy twoja grupa krwi zgadza się z grupą twojej kochanki. I czy będziecie mieli zdrowe potomstwo.
Urwał i zapatrzył się w swoje projekcje. Zaczął kompletnie inny temat.
– Ech... To dopiero początek. Grafen, nanotechnologie i bionika robią karierę. W służbie mody i niezależności. Najbardziej radykalni wszczepiają sobie bioniczne implanty.
– Dużo tego. Pasek diagnostyczny. A teraz to. Dobrze, niech będzie. Wezmę to.
Schował pudełko do kieszeni.
– A co do... dziedzictwa. Podasz mi adres tej kamienicy?
– Masz na swoim profilu w okularach. Zajrzyj do zakładek pod „Dziedzictwo”.
– No tak. Chciałbym obejrzeć to miejsce. A klucze?
– Pod jedynką mieszka taki jeden troll. Nazywa się Schulz. Ona ma twój komplet. Powołaj się na mnie.
Potem Holgar usiadł i zapatrzył się w wirtualne projekcje. Wokół jego głowy wyświetliły się niebiesko-zielone dymki rozmów i statystyki wartości akcji. A obok okienko z dziewczyną, która z ciekawością zaglądała do pokoju. Erwin zostawił go i wyszedł, nie żegnając się.
Stanął na rogu ulicy, obok kamiennej kwadratowej kolumny. Wyjął sprzęt z pudełka. Nanotes był małym padem, który mieścił się w dłoni. Erwin uruchomił wirtualną klawiaturę i wyświetlił trójwymiarową projekcję interfejsu, która otworzyła się jak kula na jego dłoni. Obracał nią, wybierał ikony, otwierał linki, przejrzał kalendarz i pocztę. Wśród zapisanych wiadomości znalazł folder „Dziedzictwo”.
A potem założył okulary. Z początku widział jedynie barwną gmatwaninę obrazów. Dopiero po chwili zaczął rozróżniać trójwymiarowe ikony i okna. Wówczas otworzyła się przed nim cała przestrzeń wirtualna, wizualizacje łączyły się z rzeczywistymi przedmiotami. Rozkład jazdy nad przystankiem, reklama imbissu w pobliskiej kamienicy, zaproszenie na event do baru, a obok zielona reklama nad tramwajem.
Erwin przeżył podwójny szok. Po pierwsze wszechobecna przestrzeń wirtualna. Oczywiście nie było mu to całkowicie obce. Należał do pokolenia, które dorosło w symbiozie z internetem i urządzeniami mobilnymi. Jednak teraz wirtualna rzeczywistość była wszechobecna w przestrzeni publicznej. Erwin poczuł się staro i obco. Nie był w tym mieście ponad pięć lat. Odwykł od miejskiego życia. Jego nomadyczny tryb życia nie pozwalał mu  osiąść, a on przyzwyczaił się do tego stanu zawieszenia.
Drugi szok spowodował akt zwrotu „dziedzictwa”. Jego ciotka, Dorothea Hahn, co o niej wiedział? Pozostała mu garść niewyraźnych wspomnień. Rodzice zwali ją Doris. Nie przepadali za nią. Nie utrzymywali z nią ścisłych kontaktów. A teraz po prostu jej nie było. Odeszła. W tak komfortowy sposób, jak to było możliwe w tych czasach. Jedynymi krewnymi byli jego rodzice, którzy obecnie mieszkali w domu spokojnej starości. A on z kolei był ich jedynym potomkiem. Ten fakt miał dość przygnębiający wydźwięk.
Jednak z drugiej strony, mógł zacząć wszystko od nowa. Dotychczasowe życie wydało mu się szeregiem przypadkowych zdarzeń, które dokonały się zbyt szybko. Teraz zyskał możliwość rozegrania swojej partii jeszcze raz. Jednak zamiast entuzjazmu, ogarniały go wątpliwości. Pytania się mnożyły.
Otrząsnął się i zdecydował pojechać, aby obejrzeć tę kamienicę.

            * * *

środa, 22 marca 2017

2. Niebo nad kliniką (3)






09-05-2034
           Znowu palili papierosy na „przystanku”. Dzień był pochmurny,  podmuchy wiatru targały wysokimi drzewami, a oni niemrawo gawędzili. Wówczas przez bramę przejechał policyjny radiowóz. Stanął na podjeździe przed schodami. Dwóch funkcjonariuszy wyprowadziło z samochodu dziewczynę w białym kombinezonie.
             Kobieta miała szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Krótkie, kręcone, kasztanowe włosy otaczały bladą, owalną, nieco piegowatą twarz o brązowych oczach. Policjanci poprowadzili ją po schodach do wejścia. Dziewczyna zatrzymała się raptownie.
            – A gdzie są moje rzeczy?
            – Wszystkie materiały zostały skonfiskowane.
            – Oddajcie mi klucze! Chcę z powrotem swój sprzęt!
            – Zatrzymujemy znalezione materiały do momentu wyjaśnienia sprawy.
            – Kurwa mać! Oddawać mój sprzęt!
Szybkim, nieprzewidywalnym ruchem skoczyła jednemu z policjantów na plecy. Drugi usiłował ją obezwładnić, podbiegli sanitariusze, razem z trudem ściągnęli kobietę z pleców towarzysza. Wykręcili jej ręce i zaprowadzili do wewnątrz.  
           Podczas obiadu na stołówce, doktor Rothe opowiadała o niej z wyraźną niechęcią. Mówiła, że policja przywiozła tę kobietę nie pierwszy raz. Sytuacja się powtarzała, pacjentka była dobrze znana, to ona kradła złom i części zamienne. Na posterunku zachowywała się agresywnie.
Po południu dziewczyna jak gdyby nigdy nic wyszła na zewnątrz. Serdecznie przywitała się z pielęgniarzami, którzy wcześniej ją skrępowali. Widać było między nimi pewną zażyłość. Dołączyła do innych pacjentów, kiedy zebrali się na tyłach klinki. Chudy chłopak grał na gitarze, siedząc na schodach tarasu. Nowa rekonwalescentka swobodnie podeszła do nich. Gęste pukle ciemnobrązowych włosów zasłaniały kobiecie oczy.
Jestem Klara. Klara Malik. Was też zamknęli tutaj siłą?
Nie każdego przywozi tutaj policja.
Klara zamyśliła się.
Przywozi, odwozi. Jakie to ma znaczenie? Świat jest w bezustannym ruchu. Przypływy i odpływy energii. Możemy unosić się na fali, albo płynąć pod prąd.
Nie rozumiem – bąknął chłopak z gitarą. – Jak to?
To proste. Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Według was, czym jest kosmos?
Galaktyki, gwiazdy. W większości pustka, a gdzieniegdzie obłoki gazu i kule zamarzniętych kamieni.
A te obłoki i kamienie? Z czego składa się materia?
Małe cząsteczki krążą wokół większych.
Muszę was zmartwić. Świat to nie są tylko odrębne cząsteczki. Lepiej myśleć o materii jako o jednym ze stanów skupienia czasu. Przestrzeń wypełniają pola siłowe.
Ja nadal nie rozumiem.
I o to właśnie chodzi. Nie ma już prawdy. Jest tylko prawdopodobieństwo zdarzeń, mgławica prawdopodobnych drgań pomiędzy ośrodkami energii.
Teraz nie dziwię się, dlaczego cię zamknęli.
Dziewczyna roześmiała się.
Palili dalej w milczeniu, aż Klara spytała znienacka:
            No dobrze, mnie zbadają i wypuszczą. A wy? Jakie macie plany?
Szturchnęła łokciem najbliższego pacjenta i znowu wybuchła śmiechem.
Oczywiście wtedy wszyscy się zaśmiali, ale potem Erwin zaczął zastanawiać się poważnie nad jej pytaniem. Co chciała przez to powiedzieć?


10-05-2034
Znajomość Klary z pielęgniarzami okazała się przydatna. Dzięki niej Erwin zdołał pożyczyć od jednego z nich rower z synte-keratyny. Jazdę na rowerze uznał za najlepszą kurację zaburzonego zmysłu równowagi. I tak następnego dnia wieczorem Tucholsky wracał Puschkin Alle z Treptow Park. Miasto jawiło się roziskrzone w intensywnym, pomarańczowo-czerwonym świetle zmierzchu. Erwin widział ulice i dachy domów, wieżę telewizyjną, kamienice, metalowe sylwetki dwóch gigantów mocujących się na środku rzeki, biurowce na drugim brzegu. Czuł napięcie mięśni zespolonych z rowerem w jedną maszynę. Zwolnił. W końcu zatrzymał się. Prawdopodobieństwo stało się pewnością. Znalazł się tutaj, w swoim dawnym rodzinnym mieście.
Na widok znanych miejsc w umyśle otwierały się tunele, prowadzące do zapamiętanych zdarzeń. Wspomnienia były jak zapętlone gify, krótkie filmy odtwarzane w nieskończoność. Ta knajpka na rogu, lubili tu przesiadywać wieczorami przy ławach wystawionych na chodnik. Na końcu tej ulicy była szkoła baletowa jego córki, tam wyczekiwał, aż Wiktoria zejdzie po schodach. Blaty stolików przed włoską restauracyjką odbijały jaskrawe, popołudniowe słońce, jego żona przeglądała laminowaną kartę dań, zabawnie wymawiając słowa „mangiamo la pasta!”. Wciąż pamiętał wrażenie lekkości i ekscytacji, kiedy szli aleją w parku, oświetloną miękkim zielonym światłem pierwszych bioluminescencyjnych lamp. A tam, na ścianie majaczyła wielka płachta transparentu rozwieszonego na wieżowcu korporacji, jeden z pierwszych aktów sabotażu poprzedzających wojnę energetyczną.
Wojnę oglądał w telewizji, tkwiąc na platformie wiertniczej. To były zaledwie cztery intensywne lata. Od tamtego czasu minęło już niemal dziesięć lat. Erwin zapamiętał to miasto z czasu swojej młodości, z lat dwudziestych. Pracował w firmie prowadzącej prace na wysokości, zakładał systemy alarmowe i izolację na blokach mieszkalnych. Jak poznał się z Margeritą? Długa i kręta historia. Pięć lat później wszystko się posypało, a Erwin wyjechał na samym początku konfliktów. Pamiętał pierwsze dwa lata kryzysu. Zdążył zobaczyć całe osiedla pozbawione prądu, obumarłe i zdziczałe, ludzi czekających w kolejkach po paliwo i czystą wodę. Mieszkańcy miast musieli znosić brak prądu, reglamentację żywności i ciągłe zagrożenie terrorem. Zapamiętał widok przechodniów obojętnie mijających płonące centra handlowe. Ludzie dowiedzieli się, że już nigdy nie będą mieć tego, co posiadali ich rodzice. Minęły czasy zgubnego komfortu cywilizacji przemysłowej. Ludzkość stała się pasożytem na swej własnej planecie.
Erwin przeciął kanał i wjechał między kamienice na Kreuzbergu. Słyszał gwar zapełnionych knajpek. Ulice usłane były miękkim, zielonkawym światłem bioluminescencyjnych lamp, przesłonięte zaroślami przystanków z synte-bambusa. W prześwitach między dachami wciąż widział podświetloną iglicę wieży telewizyjnej. Nad rzeką owalne, niesymetryczne budowle zawisły ponad ulicami, wspomnienie niedawnej mody na bio-architekturę. Tak wyglądały ruiny utopii. Erwin czuł się jak rakieta balistyczna wznosząca się swobodnym lotem ponad miastem, zanim uderzy w cel.
Znienacka poczuł wibracje swojego telefonu. Holgar Gramlich, jego doradca prawny, księgowy, adwokat rodzinny, a kiedy trzeba było, również towarzysz do pogawędek.
Coś ważnego? Jestem w drodze.
Słyszałem, ze wróciłeś do miasta.
Poniekąd.
Zastanawiałeś się, co robić dalej?
Dobre pytanie.
Mam sprawę. Możemy się spotkać?
Nie mogłeś napisać?
Zależy nam na dyskrecji.
W czym rzecz?
Jak wiesz, zajmuję się również finansami twoich rodziców...
Wszystko u nich dobrze? Muszę ich odwiedzić
Otóż wynikła pewna niespodziewana sprawa...
O co chodzi?
Wiesz, co to jest potwierdzenie autentyczności?
Nie mam pojęcia.
Wytłumaczę ci na miejscu. Przyjdź do mojego biura.
Pożegnali się i rozłączyli. Erwin schował plastykowy owal, zapiął kamizelkę i pojechał dalej. Otaczał go nieobecny tłum. Ludzie podłączeni do sieci, ich twarze oświetlał blask małych projekcji. Ponad Alexander Platz wyświetlano ogromne reklamowe hologramy. Gigantyczne twarze celebrytów, samochody, flakony perfum wznosiły się nad fasadami domów handlowych. Doskonała, cyfrowa iluzja płynęła ponad opustoszałymi ulicami.

                * * *