wtorek, 14 marca 2017

1. Trzy rozmowy (1)



            Rafał Nowakowski

         Smoła
           
           Część 1:
           W zawieszeniu

„Nic się nie wydarza, wszystko się dzieje”.
Paul Virilio Bomba informacyjna

               
1. Trzy rozmowy (1)


            24-05-2034, wieczór
Co się stało? Skąd ten hałas? Wszedł czy wyszedł? Co się z nim stało? Nerwowa struga pytań przewaliła się przez rozgorączkowaną głowę. Otworzył oczy w ciemności. Mechaniczny skowyt przetoczył się za oknem. Erwin usiadł na łóżku. Zgrzytliwy dźwięk zawisł w ciemności niczym drżąca struna. Ten odgłos w ciemności. Okno w ścianie. Ulica w mieście. Co to wszystko miało znaczyć?
Białe, plastykowe widmo lewitowało ulicą poniżej, metalowy sześcian na czterech kołach. Anonimowa ciężarówka przecięła pusty plac. Hałas silnika wyrwał Erwina ze snu. Usiadł na kanapie w głównym pokoju, przez duże okno zobaczył fluorescencyjną poświatę, niebiesko-zieloną łunę falującą ponad dachami. Romb mlecznego światła wychylał się spod niedomkniętych drzwi łazienki. Okulary leżały na stoliku nocnym. One też wydzielały błękitne światło, dyskretnie wibrując.
Erwin podniósł się ociężale. Dowlókł się do stołu. Błękitny świetlik na krawędzi oprawki okularów. Znajoma ikonka. Margerita. Greta Hillebrandt.
Pochylił się nad stołem, założył okulary i wrócił na kanapę. W lewym, górnym rogu wyświetlił się obraz jego byłej żony i matki jego dziecka. Naprawdę nazywała się Greta, ale wszyscy nazywali ją Margerita. Widok ukazywał ją z boku, jakby jej okulary leżały przed nią. Trzymała w dłoni kieliszek, w tle majaczyły wyciemnione przestrzenie salonu. Zza jej rudawych włosów wystawał szczupły, ostry nos.
– W końcu.
– Były jakieś zakłócenia.
– Czas się rozpada.
– To my się rozpadamy. Nie wińmy czasu.
– Nikogo nie winię.
– Wiem.
Margerita upiła łyk wina i rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
– Dlaczego nam to robisz?
– O co ci chodzi?
– Czemu niszczysz nam życie?
– Nie rozumiem.
– Nawiedzasz nas jak upiór.
– Próbuję to tylko poukładać.
Zamilkli na chwilę.
– Jeszcze raz przepraszam za to zamieszanie.
– Po prostu daj nam spokój.
– Chcę wam pomóc.
– Nie. Dziękuję. Nie.
– A jednak... sprawa jest cały czas otwarta. Zdecydowałem. Nie wracam.
Margerita z rezygnacją machnęła dłonią.
– Wiesz najlepiej, co dla ciebie dobre.
– Widziałaś dzisiaj Wiktorię? Muszę z nią porozmawiać.
– Tak, widziałam. Ale nie rozmawiałyśmy.
– Zamknęła się?
– Już od dawna jej nie rozumiem.
– Nikt z nas jej nie rozumie. Ale uważajcie na nią.
– Teraz ona powinna uważać na nas. Pewnych rzeczy nie da się już zmienić.
Margerita zapatrzyła się gdzieś poza kamerę.
– A więc co dalej?
– Nie boisz się odpowiedzi?
– Boję się już tylko strachu.
– Muszę jeszcze spotkać swoją córkę.
– Dobrze. Dajmy jej czas.
– Nie mam już czasu.
– Wszystkiego nam już zaczyna brakować. Mamy zbyt wiele wszystkiego.
– W takim razie usunę się na pewien czas. Ale wiesz, jak mnie znaleźć.
– Zwykle sam się znajdujesz. Najlepszego!
Margerita chybotliwym gestem uniosła w górę kieliszek.
Rozłączyli się. Odłożył wirtualne okulary i zaklął. Nie znosił emocji, jakie wciąż w nim wywoływała. Stanął przy oknie wychodzącym na ulicę. Żółte światło sodowych lamp oświetlało pustą scenerię. Za jego plecami czarny romb uchylonych drzwi skrywał gmatwaninę nieokreślonych kształtów. W ciemnym pokoju połyskiwały kontury mebli. Erwin odwrócił się od okna, przyciągnięty bezwładną masą uśpionych przedmiotów.

Wciąż nie włączając światła, wrócił do stołu i otworzył laptop. Siedział przez chwilę bez ruchu, obojętnie pochłaniając obrazy. Niewyraźne zdjęcia budynku w centrum miasta. Czarne tankietki blokujące autostrady. Płonące opony. Czarno-biały portret mężczyzny z osiemnastego wieku. Reklama platformy wiertniczej, ruchome logo na pomarańczowym tle. Reklama ubezpieczenia, na czarnym polu zawiły, srebrny splot celtyckiego wzoru. Jego prywatne zdjęcia. Erwin na platformie wiertniczej z innymi robotnikami, wszyscy w kaskach i pomarańczowych skafandrach. Zdjęcia psa na ulicy. Jego córka w zaciemnionym pokoju, wśród innych nastolatków.
Uruchomił najstarszy program z komunikatorem głosowym, zapewniając sobie najlepszą gwarancję dyskrecji. Ciemny pokój wypełnił chropawy dźwięk. Tym razem głos pochodził z daleka, spoza tego lądu, spośród morskich przestrzeni. Gdzieś tam była platforma wiertnicza. W jednej z kabin tkwiła Luisa, jego portugalska przyjaciółka z pracy.
– Słyszysz mnie?
– Słyszę ciebie?
– Można być pewnym.
– Straciłam wszelką pewność.
– Niemożliwe.
– A jednak. Mnie samej trudno uwierzyć.
Erwin wyobraził ją sobie pochyloną nad firmowym laptopem, w ciasnym pokoju o metalowych ścianach, pośród mebli z prefabrykatów.
– Zaszły jakieś zmiany?
– Bezustannie. Jak twoje zdrowie?
– Stabilne. Pojawiły się nowe przypadki?
– Tak. Sytuacja wciąż się rozwija.
Głos Luisy był jak zwykle beznamiętny.
– W jakim sensie?
– Dostaliśmy polecenia. Mamy wiercić głębiej.
Starannie wymawiała każdy wyraz, co świadczyło o skrywanym wzburzeniu.
– Powinniście przestać!
– Nawet nie należę do zespołu wydobywczego.
– Ale to niebezpieczne dla wszystkich.
– Boją się przyznać do błędu i wycofać.
– Spróbuję wam pomóc.
– Znaleźli to.
Właśnie tego się obawiał.
– Czarna, smolista substancja? Wydziela toksyny?
– Tak. Tak. Wciąż to badają. Ale niczego nie ogłaszają.
– Poznałem niezależnych badaczy. Mają niesamowite wyniki.
– Istotnie? Dobrze wiedzieć.
– Nie zostawię was. Będziemy współpracować.
– Muszę kończyć. Tutaj dzieją się naprawdę dziwne rzeczy.
– Bądźmy w kontakcie!
– Do usłyszenia.
Ostatnie słowa Luisy częściowo zagłuszył elektroniczny zgrzyt.

Za oknem, na wiśniowo-granatowym niebie falowały turkusowe smugi zorzy elektromagnetycznej. Na ulicach poniżej otwierały się wrota klubów, zamykały się drzwi tramwajów, papierowe lampiony kołysały się pośród wiatru, ponad rozkołysanymi sylwetkami rowerzystów. Szerokie ulice zamieniały się w wąskie zaułki, które kończyły się klatkami schodowymi.
W głębi mieszkania, na końcu korytarza znajdowało się to dziwne pomieszczenie. Erwin wyczuwał zaniepokojenie, niczym impuls elektryczny przenikający ciało. Siedział zesztywniały. Myślał o porannej kłótni z Jolandą. Założył jeszcze raz okulary i wywołał awatara dziewczyny. Niewielkie okienko wyświetliło się w lewym, górnym rogu pola widzenia. Ponieważ podgląd był wyłączony, pojawiła się jedynie szaroniebieska ikona ludzkiej głowy otoczona białym kwadratem.
                – To ja.
                – Wciąż cię poznaję.
                – Wróciłaś do siebie bez kłopotów?
                – Nie musisz się o mnie martwić.
                – Ale martwię się.
                – Tak. Przyjedziesz do mnie?
                Skrycie spodziewał się tego. Cała kunsztowna linia obrony załamała się pod ciężarem tego jednego zdania. Teraz już wiedział, że przyjemność była przedsmakiem nicości. W istocie pożądał samounicestwienia. Pragnął, aby pochłonęła go pustka.
Mieszkanie wypełniało się jakąś nieznośną energią. Ilekroć zamykał oczy, dostrzegał barwne smugi promieniowania, które wypełniało tamto pomieszczenie. Każdy pokój wydawał się istnieć w innej czasoprzestrzeni. Erwin błądził po korytarzu, powtarzając czynności, które zamieniały się w absurdalną pantomimę.


* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz