sobota, 18 marca 2017

2. Niebo nad kliniką (2)




            08-05-2034
Klinika mieściła się w ceglanym, neogotyckim budynku, za którym rozciągał się rozległy park z rzędami domków, mieszczących pokoje pacjentów. Główny pawilon musiał być kiedyś kościołem, co sugerował strzelisty dach i wąska sylwetka. Obecnie fasada została przesłonięta ekranem z zielonego szkła, który miał chronić ją przed zanieczyszczeniami. Na uboczu, między różanymi krzewami znajdował się mały cmentarzyk, na którym spoczywały siostry zakonne i lekarze z przeszłości. Szeregi parterowych domków otaczały niewielki dziedziniec. Bungalowy z głównym gmachem łączył nowoczesny budynek gospodarczy.
W głównym budynku mieściły się gabinety lekarzy, tam też odbywały się wszystkie zabiegi. Na początek Erwin przeszedł badania neurologiczne. Specjalista postukał go młoteczkiem w kolano, zaświecił w oczy niewielką latarką, a na koniec zadał kilka tajemniczych pytań. Potem przyszła kolej na rezonans magnetyczny. Erwin został ułożony na twardej kozetce i wsunięty do wnętrza wielkiego, metalowego bębna. Stał się nieruchomą osią wewnątrz obracającej się maszynerii. Wszystko wokół wirowało na najwyższych obrotach, aby przeniknąć jego własną nieprzenikliwość. Następne były badania równowagi i odruchów bezwarunkowych. W przyciemnionym pokoju kazali mu stanąć na gumowej płycie z czujnikami podłączonymi do głowy i ręki. Komputer śledził wszelkie niesymetrie i nieprawidłowe odruchy jego ciała.
Jednak najdziwniejsze badania oczekiwały go następnego dnia. Posadzili go w kabinie z szarej dykty, za niewielkim okienkiem, ze słuchawkami na uszach. Po drugiej stronie szyby lekarka pochylała się nad konsolą. Zamknięty w tekturowym pudle słyszał w słuchawkach dźwięki o różnych częstotliwościach. Następnie monotonny głos wymawiał słowa o podobnym brzmieniu „motyl trotyl dotyk motyw wokół żaba rabat sabat sabot sobota drabina napina wagina” i tak dalej. Opuścił pokój badań kompletnie zdezorientowany. Ktoś rozrzucił klocki, z których zbudowano jego osobowość. Na koniec wywołali u niego kontrolowane zawroty głowy. Położyli go na prześcieradle z ceraty na łóżku umieszczonym wysoko ponad podłogą. Gumowa rurka wlewała ciepłą wodę do ucha, a w okularach wyświetlał się ruchomy punkt. Niewielka kamera w oprawce rejestrowała ruchy jego źrenic.
Niemal tydzień minął, zanim dowiedział się, co mu dolegało. Podejrzewano zapalenie błędnika albo chorobę Le Méniére’a, której typowe objawy wymieniano we wszystkich podręcznikach otolaryngologii: obrotowe zawroty głowy, oczopląs, nudności i wymioty, uszkodzenie słuchu. Tyle mówiła oficjalna diagnoza. Kropla płynu ustrojowego zatkała niewielką żyłkę w jego głowie i spowodowała zawał ucha wewnętrznego. W efekcie doznał utraty słuchu z lewej strony.
Budził się codziennie rano i z ulgą stwierdzał powrót do stabilnego stanu sprzed nocy. Zaczął przesiadywać z innymi pacjentami na korytarzu. Za szerokim oknem w ramie z białego plastyku czerwone słońce czochrało się o gałęzie drzew, nad nim zawisły dwie rozmazane chmury.
Usłyszał, że ktoś wywołuje jego nazwisko. Podszedł do okienka rejestracji.
– Pan jest Erwin Tucholsky? Tak jak ten pisarz?
Skinął głową.
– To dla pana.
Pielęgniarka podała mu niewielki pakunek z folii bąbelkowej.
– Co to jest?
– Pasek diagnostyczny. W ramach ubezpieczenia.
– No nie wiem…
– Jak pan nie chce, to pan nie musi.
Erwin przypomniał sobie, że miał być bardziej otwarty na świat.
– Dobrze. Wezmę to.
Rozerwał folię. Obracał w palcach pomarańczową, plastikową bransoletkę z elektronicznym wyświetlaczem, przypominającą tandetny zegarek elektroniczny.
– Ale… co to właściwie robi?
Dopiero teraz pielęgniarka uważnie mu się przyjrzała.
– Wszystko zależy od klasy. To jest model standardowy, bezpłatny. Skanuje organizm pacjenta i wysyła wyniki do medycznej bazy danych. Nic ponad to. Wersja Gold w ramach dodatkowego abonamentu zbiera dane, sama dokonuje diagnozy i opracowuje właściwą kurację. Najdroższa jest wersja Platinium. Monitoruje stan zdrowia, ale ponadto samodzielnie syntetyzuje odpowiednie leki. Najlepiej mieć ten ostatni.
– A co na to lekarze?...
Pielęgniarka rzuciła mu dziwne spojrzenie i wróciła do swoich statystyk.
Wszyscy pacjenci kliniki palili papierosy w przeszklonej budce, która przypominała przystanek autobusowy. Dla niektórych szklana wiata rzeczywiście była przystankiem autobusowym. Erwin zaprzyjaźnił się z chłopakiem, który popołudniami siadywał w parku i grał na gitarze, a także ze starszym mężczyzną o wyglądzie żywego trupa, który dawniej musiał być fanem heavy metalu.
Tam zapoznał się z lekarką, niewysoką szatynką w średnim wieku o bladej, odbarwionej cerze i świdrujących oczach. Nazywała się Thea Rothe, była specjalistką neuropsychiatrii. Mieszkała samotnie z dwoma kotami. Zawsze pełna energii, do wszystkiego podchodziła z emocjonalnym zaangażowaniem. Trudno było pozostać wobec niej obojętnym. Uwielbiała zadawać krępujące pytania.
Thea Rothe opowiadała najdziwniejsze historie o innych pacjentach. Oczywiście okazało się, że Erwin nie stanowił wyjątkowego przypadku. Pewien pacjent stracił zdolność rozpoznawania. Widział wszystko, jednak nie potrafił rozróżniać przedmiotów. Innej pacjentce śniły się rzędy cyfr, te same liczby powtarzały się w umowach rachunkach i e-mailach. Jednak kobieta potrafiła przewidzieć nadchodzące fakty, w większości nieistotne. Następnego znaleźli wycieńczonego z głodu, błąkającego się po ulicach. Bezustannie przemawiał w nieznanym języku, który nazywał enochiańskim. Problem w tym, że kiedy go znaleźli, delikwent lewitował ponad śmietnikiem. W izolatce wielokrotnie obserwowano go w chwilach transu unoszącego się w powietrzu, intonującego enigmatyczne zaśpiewy. Czasem badani opisywali te same halucynacje: o agresywnych Wodorach, trzęsieniach ziemi, o przybyciu ognistych mścicieli. Jeden włóczył się po kanałach z tajemniczym urządzeniem własnej  produkcji. I oczywiście była tamta kobieta, która kradła złom z warsztatów samochodowych i wysypisk śmieci.
                Tymczasem, kiedy minął szok, Erwin uświadomił sobie całkiem nowe doznanie zmysłowe. Zaczął dostrzegać świetlną aurę otaczającą ciała i przedmioty. Każde zjawisko generowało innego rodzaju wibrację. Każda żywa istota otoczona była poświatą emitującą delikatne drgania. Jej barwa i nasycenie zmieniały się w zależności od emocji oraz pory dnia.
Cały nieboskłon opalizował od tego promieniowania. Gigantyczny, niewidzialny wodospad wylewał strugi światła, rozchodzące się w falującą tęczę barw. Kiedy Erwin wychodził wieczorem przed klinikę, na widok tego fenomenu zamierał z zachwytu.
Paląc wieczorami na „przystanku”, pogrążał się w rozmyślaniach. Dokąd zmierzał? Zawsze miał dobrą orientację w kierunkach, ale teraz poczuł się zagubiony w czasoprzestrzeni. W pamięci stawał mu ciąg przypadków, który doprowadził go do tego szpitala. Jego życie zatoczyło wielki krąg, a rezultaty wydarzeń zniwelowały własne przyczyny. Impuls, który wypchnął go w świat, sprowadził go tutaj z powrotem.

                * * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz