08-05-2034
Klinika mieściła się w ceglanym, neogotyckim budynku, za którym rozciągał
się rozległy park z rzędami domków, mieszczących pokoje pacjentów. Główny
pawilon musiał być kiedyś kościołem, co sugerował strzelisty dach i wąska
sylwetka. Obecnie fasada została przesłonięta ekranem z zielonego szkła, który
miał chronić ją przed zanieczyszczeniami. Na uboczu, między różanymi krzewami
znajdował się mały cmentarzyk, na którym spoczywały siostry zakonne i lekarze z
przeszłości. Szeregi parterowych domków otaczały niewielki dziedziniec. Bungalowy
z głównym gmachem łączył nowoczesny budynek gospodarczy.
W głównym budynku mieściły się gabinety lekarzy, tam też odbywały się
wszystkie zabiegi. Na początek Erwin przeszedł badania neurologiczne. Specjalista
postukał go młoteczkiem w kolano, zaświecił w oczy niewielką latarką, a na
koniec zadał kilka tajemniczych pytań. Potem przyszła kolej na rezonans
magnetyczny. Erwin został ułożony na twardej kozetce i wsunięty do wnętrza
wielkiego, metalowego bębna. Stał się nieruchomą osią wewnątrz obracającej się
maszynerii. Wszystko wokół wirowało na najwyższych obrotach, aby przeniknąć
jego własną nieprzenikliwość. Następne były badania równowagi i odruchów bezwarunkowych.
W przyciemnionym pokoju kazali mu stanąć na gumowej płycie z czujnikami
podłączonymi do głowy i ręki. Komputer śledził wszelkie niesymetrie i
nieprawidłowe odruchy jego ciała.
Jednak najdziwniejsze badania oczekiwały go następnego dnia. Posadzili go
w kabinie z szarej dykty, za niewielkim okienkiem, ze słuchawkami na uszach. Po
drugiej stronie szyby lekarka pochylała się nad konsolą. Zamknięty w tekturowym
pudle słyszał w słuchawkach dźwięki o różnych częstotliwościach. Następnie
monotonny głos wymawiał słowa o podobnym brzmieniu „motyl trotyl dotyk motyw wokół żaba rabat sabat sabot sobota drabina
napina wagina” i tak dalej. Opuścił pokój badań kompletnie zdezorientowany.
Ktoś rozrzucił klocki, z których zbudowano jego osobowość. Na koniec wywołali u
niego kontrolowane zawroty głowy. Położyli go na prześcieradle z ceraty na
łóżku umieszczonym wysoko ponad podłogą. Gumowa rurka wlewała ciepłą wodę do
ucha, a w okularach wyświetlał się ruchomy punkt. Niewielka kamera w oprawce rejestrowała
ruchy jego źrenic.
Niemal tydzień minął, zanim dowiedział się, co mu dolegało. Podejrzewano
zapalenie błędnika albo chorobę Le Méniére’a, której typowe objawy wymieniano we
wszystkich podręcznikach otolaryngologii: obrotowe zawroty głowy, oczopląs,
nudności i wymioty, uszkodzenie słuchu. Tyle mówiła oficjalna diagnoza. Kropla
płynu ustrojowego zatkała niewielką żyłkę w jego głowie i spowodowała zawał
ucha wewnętrznego. W efekcie doznał utraty słuchu z lewej strony.
Budził się codziennie rano i z ulgą stwierdzał powrót do stabilnego stanu
sprzed nocy. Zaczął przesiadywać z innymi pacjentami na korytarzu. Za szerokim
oknem w ramie z białego plastyku czerwone słońce czochrało się o gałęzie drzew,
nad nim zawisły dwie rozmazane chmury.
Usłyszał, że ktoś wywołuje jego nazwisko. Podszedł do okienka
rejestracji.
– Pan jest Erwin Tucholsky? Tak jak ten pisarz?
Skinął głową.
– To dla pana.
Pielęgniarka podała mu niewielki pakunek z folii bąbelkowej.
– Co to jest?
– Pasek diagnostyczny. W
ramach ubezpieczenia.
– No nie wiem…
– Jak pan nie chce, to pan nie
musi.
Erwin przypomniał sobie, że
miał być bardziej otwarty na świat.
– Dobrze. Wezmę to.
Rozerwał folię. Obracał w
palcach pomarańczową, plastikową bransoletkę z elektronicznym wyświetlaczem,
przypominającą tandetny zegarek elektroniczny.
– Ale… co to właściwie robi?
Dopiero teraz pielęgniarka
uważnie mu się przyjrzała.
– Wszystko zależy od klasy. To
jest model standardowy, bezpłatny. Skanuje organizm pacjenta i wysyła wyniki do
medycznej bazy danych. Nic ponad to. Wersja Gold w ramach dodatkowego
abonamentu zbiera dane, sama dokonuje diagnozy i opracowuje właściwą kurację.
Najdroższa jest wersja Platinium. Monitoruje stan zdrowia, ale ponadto
samodzielnie syntetyzuje odpowiednie leki. Najlepiej mieć ten ostatni.
– A co na to lekarze?...
Pielęgniarka rzuciła mu dziwne spojrzenie i wróciła do swoich statystyk.
Wszyscy pacjenci kliniki palili papierosy w przeszklonej budce, która
przypominała przystanek autobusowy. Dla niektórych szklana wiata rzeczywiście
była przystankiem autobusowym. Erwin zaprzyjaźnił się z chłopakiem, który
popołudniami siadywał w parku i grał na gitarze, a także ze starszym mężczyzną
o wyglądzie żywego trupa, który dawniej musiał być fanem heavy metalu.
Tam zapoznał się z lekarką, niewysoką szatynką w średnim wieku o bladej,
odbarwionej cerze i świdrujących oczach. Nazywała się Thea Rothe, była
specjalistką neuropsychiatrii. Mieszkała samotnie z dwoma kotami. Zawsze pełna energii,
do wszystkiego podchodziła z emocjonalnym zaangażowaniem. Trudno było pozostać
wobec niej obojętnym. Uwielbiała zadawać krępujące pytania.
Thea Rothe opowiadała najdziwniejsze historie o innych pacjentach.
Oczywiście okazało się, że Erwin nie stanowił wyjątkowego przypadku. Pewien
pacjent stracił zdolność rozpoznawania. Widział wszystko, jednak nie potrafił rozróżniać
przedmiotów. Innej pacjentce śniły się rzędy cyfr, te same liczby powtarzały
się w umowach rachunkach i e-mailach. Jednak kobieta potrafiła przewidzieć
nadchodzące fakty, w większości nieistotne. Następnego znaleźli wycieńczonego z
głodu, błąkającego się po ulicach. Bezustannie przemawiał w nieznanym języku,
który nazywał enochiańskim. Problem w tym, że kiedy go znaleźli, delikwent lewitował
ponad śmietnikiem. W izolatce wielokrotnie obserwowano go w chwilach transu unoszącego
się w powietrzu, intonującego enigmatyczne zaśpiewy. Czasem badani opisywali te
same halucynacje: o agresywnych Wodorach, trzęsieniach ziemi, o przybyciu ognistych
mścicieli. Jeden włóczył się po kanałach z tajemniczym urządzeniem własnej produkcji. I oczywiście była tamta kobieta,
która kradła złom z warsztatów samochodowych i wysypisk śmieci.
Tymczasem, kiedy minął szok, Erwin
uświadomił sobie całkiem nowe doznanie zmysłowe. Zaczął dostrzegać świetlną
aurę otaczającą ciała i przedmioty. Każde zjawisko generowało innego rodzaju
wibrację. Każda żywa istota otoczona była poświatą emitującą delikatne drgania.
Jej barwa i nasycenie zmieniały się w zależności od emocji oraz pory dnia.
Cały nieboskłon opalizował od tego promieniowania. Gigantyczny,
niewidzialny wodospad wylewał strugi światła, rozchodzące się w falującą tęczę
barw. Kiedy Erwin wychodził wieczorem przed klinikę, na widok tego fenomenu zamierał
z zachwytu.
Paląc wieczorami na „przystanku”, pogrążał się w rozmyślaniach. Dokąd zmierzał?
Zawsze miał dobrą orientację w kierunkach, ale teraz poczuł się zagubiony w
czasoprzestrzeni. W pamięci stawał mu ciąg przypadków, który doprowadził go do
tego szpitala. Jego życie zatoczyło wielki krąg, a rezultaty wydarzeń
zniwelowały własne przyczyny. Impuls, który wypchnął go w świat, sprowadził go
tutaj z powrotem.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz