piątek, 17 marca 2017

2. Niebo nad kliniką (1)



            07-05-2034
Jaki był pierwszy widok, który zobaczył w tym mieście? Równo przystrzyżony trawnik ogradzał szpaler drzew biegnący wzdłuż ogrodzenia, a nad nim rozpościerało się granatowo-wiśniowe niebo. Po prawej stronie majaczyły trzy białe maszty flagowe.
Wokół niego rozciągał się labirynt zapomnianego miasta, do którego prowadził długi lot śmigłowcem ratowniczym z platformy wiertniczej. Przywoływał wspomnienia jak w przyspieszonym filmie. Choroba zaczęła się niespodziewanie. Najpierw napadły go ostre zaburzenia równowagi i światłowstręt. Zawroty głowy prowadziły do wymiotów. Odczuwał mrowienie pod czaszką i szum w uszach. W zasięgu wzroku rozróżniał zaledwie rozmazane postaci. Zapamiętał jedynie oderwane obrazy: igły, wenflon, wąż kroplówki, koce pachnące sterylnością, żółte i czerwone światła, wnętrze śmigłowca i ratownicy w pomarańczowym skafandrach, asfalt pasa startowego, malowane linie i obce symbole na ścianach, kręte korytarze i świetlówki, srebrny młotek neurologa, leki w małych kubeczkach, w końcu ten park, trzy nagie maszty i ceglany budynek kliniki.
Wieczorem objawy powoli już ustępowały. Ostrożnie wstał i chwiejnie wyszedł na dziedziniec. Pomiędzy koronami drzew ujrzał spadziste dachy i zakręt niewielkiej ulicy. Przy bramie ktoś palił papierosa pod plastykową wiatą, która przypominała przystanek autobusowy. Niepewnym krokiem Erwin powlókł się z powrotem do pokoju.
Jak miał teraz rozumieć te dziwne objawy? Podczas zimowych miesięcy na platformie wiertniczej, poza pracą i snem, jedyną rozrywką był internet. Zabijał czas przenosząc się do wirtualnego świata. Którejś nocy, poczuł, że nie może skupić wzroku. I wówczas wszystko się rozpadło.
A potem nastąpiła histeryczna rutyna medycyny.
Z początku widział jedynie kolorowe kręgi i słyszał niezwykłe odgłosy wewnątrz czaszki. Dźwięki wciąż cichły, a kolory bladły w stanie nieustającego zanikania. Wkrótce nauczył się rozpoznawać różne rodzaje szmerów. Najczęstszy przypominał zwykły biały szum w telewizorze. Inny dziwny szelest zacierał inne dźwięki i zgniatał je w jednostajny hałas. Czasem pojawiał się wysoki, nieprzyjemny pisk, który narastał jak odgłos startującego odrzutowca.
Symboliczny wymiar jego choroby był dla niego aż nazbyt oczywisty. Podobne doświadczenia musieli przeżywać szamani i święci. Erwin znalazł się w sytuacji granicznej. Osiągnął najdalszy punkt wielkiego łuku, który zakreślało jego życie. Sygnały pochodziły z tej wewnętrznej przestrzeni, której w młodości szukał z pomocą narkotyków, medytacji i kart Tarota. Teraz transcendencja uderzyła bez żadnej ezoterycznej subtelności. We wnętrzu jego głowy otworzyło się wejście do innego świata, przez ten mały otwór w uchu wydostawały się na zewnątrz bezkresne, ukryte wymiary. Od początku instynktownie to przeczuwał. Medycyna była bezradna. To nie była choroba. To był dar. Musiał nauczyć się z tym żyć. Potraktował to jako ostrzeżenie. Musi bardziej otwarty. Zrozumiał, że musi zacząć respektować dary od losu, otwierać się na sygnały ze świata.


                * * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz