07-05-2034
Jaki był pierwszy widok, który zobaczył w tym mieście? Równo
przystrzyżony trawnik ogradzał szpaler drzew biegnący wzdłuż ogrodzenia, a nad
nim rozpościerało się granatowo-wiśniowe niebo. Po prawej stronie majaczyły
trzy białe maszty flagowe.
Wokół niego rozciągał się labirynt zapomnianego miasta, do którego
prowadził długi lot śmigłowcem ratowniczym z platformy wiertniczej. Przywoływał
wspomnienia jak w przyspieszonym filmie. Choroba zaczęła się niespodziewanie.
Najpierw napadły go ostre zaburzenia równowagi i światłowstręt. Zawroty głowy
prowadziły do wymiotów. Odczuwał mrowienie pod czaszką i szum w uszach. W
zasięgu wzroku rozróżniał zaledwie rozmazane postaci. Zapamiętał jedynie
oderwane obrazy: igły, wenflon, wąż kroplówki, koce pachnące sterylnością, żółte
i czerwone światła, wnętrze śmigłowca i ratownicy w pomarańczowym skafandrach,
asfalt pasa startowego, malowane linie i obce symbole na ścianach, kręte
korytarze i świetlówki, srebrny młotek neurologa, leki w małych kubeczkach, w
końcu ten park, trzy nagie maszty i ceglany budynek kliniki.
Wieczorem objawy powoli już ustępowały. Ostrożnie wstał i chwiejnie
wyszedł na dziedziniec. Pomiędzy koronami drzew ujrzał spadziste dachy i zakręt
niewielkiej ulicy. Przy bramie ktoś palił papierosa pod plastykową wiatą, która
przypominała przystanek autobusowy. Niepewnym krokiem Erwin powlókł się z
powrotem do pokoju.
Jak miał teraz rozumieć te dziwne objawy? Podczas zimowych miesięcy na
platformie wiertniczej, poza pracą i snem, jedyną rozrywką był internet.
Zabijał czas przenosząc się do wirtualnego świata. Którejś nocy, poczuł, że nie
może skupić wzroku. I wówczas wszystko się rozpadło.
A potem nastąpiła histeryczna rutyna medycyny.
Z początku widział jedynie kolorowe kręgi i słyszał niezwykłe odgłosy
wewnątrz czaszki. Dźwięki wciąż cichły, a kolory bladły w stanie nieustającego
zanikania. Wkrótce nauczył się rozpoznawać różne rodzaje szmerów. Najczęstszy
przypominał zwykły biały szum w telewizorze. Inny dziwny szelest zacierał inne
dźwięki i zgniatał je w jednostajny hałas. Czasem pojawiał się wysoki,
nieprzyjemny pisk, który narastał jak odgłos startującego odrzutowca.
Symboliczny wymiar jego choroby był dla niego aż nazbyt oczywisty. Podobne
doświadczenia musieli przeżywać szamani i święci. Erwin znalazł się w sytuacji
granicznej. Osiągnął najdalszy punkt wielkiego łuku, który zakreślało jego
życie. Sygnały pochodziły z tej wewnętrznej przestrzeni, której w młodości
szukał z pomocą narkotyków, medytacji i kart Tarota. Teraz transcendencja
uderzyła bez żadnej ezoterycznej subtelności. We wnętrzu jego głowy otworzyło
się wejście do innego świata, przez ten mały otwór w uchu wydostawały się na zewnątrz
bezkresne, ukryte wymiary. Od początku instynktownie to przeczuwał. Medycyna
była bezradna. To nie była choroba. To był dar. Musiał nauczyć się z tym żyć. Potraktował
to jako ostrzeżenie. Musi bardziej otwarty. Zrozumiał, że musi zacząć
respektować dary od losu, otwierać się na sygnały ze świata.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz