środa, 22 marca 2017

2. Niebo nad kliniką (3)






09-05-2034
           Znowu palili papierosy na „przystanku”. Dzień był pochmurny,  podmuchy wiatru targały wysokimi drzewami, a oni niemrawo gawędzili. Wówczas przez bramę przejechał policyjny radiowóz. Stanął na podjeździe przed schodami. Dwóch funkcjonariuszy wyprowadziło z samochodu dziewczynę w białym kombinezonie.
             Kobieta miała szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Krótkie, kręcone, kasztanowe włosy otaczały bladą, owalną, nieco piegowatą twarz o brązowych oczach. Policjanci poprowadzili ją po schodach do wejścia. Dziewczyna zatrzymała się raptownie.
            – A gdzie są moje rzeczy?
            – Wszystkie materiały zostały skonfiskowane.
            – Oddajcie mi klucze! Chcę z powrotem swój sprzęt!
            – Zatrzymujemy znalezione materiały do momentu wyjaśnienia sprawy.
            – Kurwa mać! Oddawać mój sprzęt!
Szybkim, nieprzewidywalnym ruchem skoczyła jednemu z policjantów na plecy. Drugi usiłował ją obezwładnić, podbiegli sanitariusze, razem z trudem ściągnęli kobietę z pleców towarzysza. Wykręcili jej ręce i zaprowadzili do wewnątrz.  
           Podczas obiadu na stołówce, doktor Rothe opowiadała o niej z wyraźną niechęcią. Mówiła, że policja przywiozła tę kobietę nie pierwszy raz. Sytuacja się powtarzała, pacjentka była dobrze znana, to ona kradła złom i części zamienne. Na posterunku zachowywała się agresywnie.
Po południu dziewczyna jak gdyby nigdy nic wyszła na zewnątrz. Serdecznie przywitała się z pielęgniarzami, którzy wcześniej ją skrępowali. Widać było między nimi pewną zażyłość. Dołączyła do innych pacjentów, kiedy zebrali się na tyłach klinki. Chudy chłopak grał na gitarze, siedząc na schodach tarasu. Nowa rekonwalescentka swobodnie podeszła do nich. Gęste pukle ciemnobrązowych włosów zasłaniały kobiecie oczy.
Jestem Klara. Klara Malik. Was też zamknęli tutaj siłą?
Nie każdego przywozi tutaj policja.
Klara zamyśliła się.
Przywozi, odwozi. Jakie to ma znaczenie? Świat jest w bezustannym ruchu. Przypływy i odpływy energii. Możemy unosić się na fali, albo płynąć pod prąd.
Nie rozumiem – bąknął chłopak z gitarą. – Jak to?
To proste. Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Według was, czym jest kosmos?
Galaktyki, gwiazdy. W większości pustka, a gdzieniegdzie obłoki gazu i kule zamarzniętych kamieni.
A te obłoki i kamienie? Z czego składa się materia?
Małe cząsteczki krążą wokół większych.
Muszę was zmartwić. Świat to nie są tylko odrębne cząsteczki. Lepiej myśleć o materii jako o jednym ze stanów skupienia czasu. Przestrzeń wypełniają pola siłowe.
Ja nadal nie rozumiem.
I o to właśnie chodzi. Nie ma już prawdy. Jest tylko prawdopodobieństwo zdarzeń, mgławica prawdopodobnych drgań pomiędzy ośrodkami energii.
Teraz nie dziwię się, dlaczego cię zamknęli.
Dziewczyna roześmiała się.
Palili dalej w milczeniu, aż Klara spytała znienacka:
            No dobrze, mnie zbadają i wypuszczą. A wy? Jakie macie plany?
Szturchnęła łokciem najbliższego pacjenta i znowu wybuchła śmiechem.
Oczywiście wtedy wszyscy się zaśmiali, ale potem Erwin zaczął zastanawiać się poważnie nad jej pytaniem. Co chciała przez to powiedzieć?


10-05-2034
Znajomość Klary z pielęgniarzami okazała się przydatna. Dzięki niej Erwin zdołał pożyczyć od jednego z nich rower z synte-keratyny. Jazdę na rowerze uznał za najlepszą kurację zaburzonego zmysłu równowagi. I tak następnego dnia wieczorem Tucholsky wracał Puschkin Alle z Treptow Park. Miasto jawiło się roziskrzone w intensywnym, pomarańczowo-czerwonym świetle zmierzchu. Erwin widział ulice i dachy domów, wieżę telewizyjną, kamienice, metalowe sylwetki dwóch gigantów mocujących się na środku rzeki, biurowce na drugim brzegu. Czuł napięcie mięśni zespolonych z rowerem w jedną maszynę. Zwolnił. W końcu zatrzymał się. Prawdopodobieństwo stało się pewnością. Znalazł się tutaj, w swoim dawnym rodzinnym mieście.
Na widok znanych miejsc w umyśle otwierały się tunele, prowadzące do zapamiętanych zdarzeń. Wspomnienia były jak zapętlone gify, krótkie filmy odtwarzane w nieskończoność. Ta knajpka na rogu, lubili tu przesiadywać wieczorami przy ławach wystawionych na chodnik. Na końcu tej ulicy była szkoła baletowa jego córki, tam wyczekiwał, aż Wiktoria zejdzie po schodach. Blaty stolików przed włoską restauracyjką odbijały jaskrawe, popołudniowe słońce, jego żona przeglądała laminowaną kartę dań, zabawnie wymawiając słowa „mangiamo la pasta!”. Wciąż pamiętał wrażenie lekkości i ekscytacji, kiedy szli aleją w parku, oświetloną miękkim zielonym światłem pierwszych bioluminescencyjnych lamp. A tam, na ścianie majaczyła wielka płachta transparentu rozwieszonego na wieżowcu korporacji, jeden z pierwszych aktów sabotażu poprzedzających wojnę energetyczną.
Wojnę oglądał w telewizji, tkwiąc na platformie wiertniczej. To były zaledwie cztery intensywne lata. Od tamtego czasu minęło już niemal dziesięć lat. Erwin zapamiętał to miasto z czasu swojej młodości, z lat dwudziestych. Pracował w firmie prowadzącej prace na wysokości, zakładał systemy alarmowe i izolację na blokach mieszkalnych. Jak poznał się z Margeritą? Długa i kręta historia. Pięć lat później wszystko się posypało, a Erwin wyjechał na samym początku konfliktów. Pamiętał pierwsze dwa lata kryzysu. Zdążył zobaczyć całe osiedla pozbawione prądu, obumarłe i zdziczałe, ludzi czekających w kolejkach po paliwo i czystą wodę. Mieszkańcy miast musieli znosić brak prądu, reglamentację żywności i ciągłe zagrożenie terrorem. Zapamiętał widok przechodniów obojętnie mijających płonące centra handlowe. Ludzie dowiedzieli się, że już nigdy nie będą mieć tego, co posiadali ich rodzice. Minęły czasy zgubnego komfortu cywilizacji przemysłowej. Ludzkość stała się pasożytem na swej własnej planecie.
Erwin przeciął kanał i wjechał między kamienice na Kreuzbergu. Słyszał gwar zapełnionych knajpek. Ulice usłane były miękkim, zielonkawym światłem bioluminescencyjnych lamp, przesłonięte zaroślami przystanków z synte-bambusa. W prześwitach między dachami wciąż widział podświetloną iglicę wieży telewizyjnej. Nad rzeką owalne, niesymetryczne budowle zawisły ponad ulicami, wspomnienie niedawnej mody na bio-architekturę. Tak wyglądały ruiny utopii. Erwin czuł się jak rakieta balistyczna wznosząca się swobodnym lotem ponad miastem, zanim uderzy w cel.
Znienacka poczuł wibracje swojego telefonu. Holgar Gramlich, jego doradca prawny, księgowy, adwokat rodzinny, a kiedy trzeba było, również towarzysz do pogawędek.
Coś ważnego? Jestem w drodze.
Słyszałem, ze wróciłeś do miasta.
Poniekąd.
Zastanawiałeś się, co robić dalej?
Dobre pytanie.
Mam sprawę. Możemy się spotkać?
Nie mogłeś napisać?
Zależy nam na dyskrecji.
W czym rzecz?
Jak wiesz, zajmuję się również finansami twoich rodziców...
Wszystko u nich dobrze? Muszę ich odwiedzić
Otóż wynikła pewna niespodziewana sprawa...
O co chodzi?
Wiesz, co to jest potwierdzenie autentyczności?
Nie mam pojęcia.
Wytłumaczę ci na miejscu. Przyjdź do mojego biura.
Pożegnali się i rozłączyli. Erwin schował plastykowy owal, zapiął kamizelkę i pojechał dalej. Otaczał go nieobecny tłum. Ludzie podłączeni do sieci, ich twarze oświetlał blask małych projekcji. Ponad Alexander Platz wyświetlano ogromne reklamowe hologramy. Gigantyczne twarze celebrytów, samochody, flakony perfum wznosiły się nad fasadami domów handlowych. Doskonała, cyfrowa iluzja płynęła ponad opustoszałymi ulicami.

                * * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz