09-05-2034
Znowu palili
papierosy na „przystanku”. Dzień był pochmurny,
podmuchy wiatru targały wysokimi drzewami, a oni niemrawo gawędzili.
Wówczas przez bramę przejechał policyjny radiowóz. Stanął na podjeździe przed
schodami. Dwóch funkcjonariuszy wyprowadziło z samochodu dziewczynę w białym
kombinezonie.
Kobieta
miała szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Krótkie, kręcone, kasztanowe włosy otaczały
bladą, owalną, nieco piegowatą twarz o brązowych oczach. Policjanci
poprowadzili ją po schodach do wejścia. Dziewczyna zatrzymała się raptownie.
– A
gdzie są moje rzeczy?
– Wszystkie
materiały zostały skonfiskowane.
– Oddajcie
mi klucze! Chcę z powrotem swój sprzęt!
– Zatrzymujemy
znalezione materiały do momentu wyjaśnienia sprawy.
– Kurwa
mać! Oddawać mój sprzęt!
Szybkim, nieprzewidywalnym ruchem skoczyła
jednemu z policjantów na plecy. Drugi usiłował ją obezwładnić, podbiegli
sanitariusze, razem z trudem ściągnęli kobietę z pleców towarzysza. Wykręcili
jej ręce i zaprowadzili do wewnątrz.
Podczas obiadu
na stołówce, doktor Rothe opowiadała o niej z wyraźną niechęcią. Mówiła, że
policja przywiozła tę kobietę nie pierwszy raz. Sytuacja się powtarzała, pacjentka
była dobrze znana, to ona kradła złom i części zamienne. Na posterunku
zachowywała się agresywnie.
Po południu dziewczyna jak gdyby nigdy
nic wyszła na zewnątrz. Serdecznie przywitała się z pielęgniarzami, którzy wcześniej
ją skrępowali. Widać było między nimi pewną zażyłość. Dołączyła do innych
pacjentów, kiedy zebrali się na tyłach klinki. Chudy chłopak grał na gitarze,
siedząc na schodach tarasu. Nowa rekonwalescentka swobodnie podeszła do nich. Gęste
pukle ciemnobrązowych włosów zasłaniały kobiecie oczy.
–
Jestem Klara. Klara Malik. Was też zamknęli tutaj siłą?
–
Nie każdego przywozi tutaj policja.
Klara zamyśliła się.
–
Przywozi, odwozi. Jakie to ma znaczenie? Świat
jest w bezustannym ruchu. Przypływy i odpływy energii. Możemy unosić się na
fali, albo płynąć pod prąd.
–
Nie rozumiem – bąknął chłopak z gitarą. – Jak to?
–
To proste. Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Według
was, czym jest kosmos?
–
Galaktyki, gwiazdy. W większości pustka, a
gdzieniegdzie obłoki gazu i kule zamarzniętych kamieni.
–
A te obłoki i kamienie? Z czego składa się
materia?
–
Małe cząsteczki krążą wokół większych.
–
Muszę was zmartwić. Świat to nie są tylko odrębne
cząsteczki. Lepiej myśleć o materii jako o jednym ze stanów skupienia czasu.
Przestrzeń wypełniają pola siłowe.
–
Ja nadal nie rozumiem.
–
I o to właśnie chodzi. Nie ma już prawdy. Jest
tylko prawdopodobieństwo zdarzeń, mgławica prawdopodobnych drgań pomiędzy ośrodkami
energii.
–
Teraz nie dziwię się, dlaczego cię zamknęli.
Dziewczyna roześmiała się.
Palili dalej w milczeniu, aż Klara
spytała znienacka:
– No dobrze, mnie zbadają i wypuszczą. A
wy? Jakie macie plany?
Szturchnęła łokciem najbliższego
pacjenta i znowu wybuchła śmiechem.
Oczywiście wtedy wszyscy się zaśmiali,
ale potem Erwin zaczął zastanawiać się poważnie nad jej pytaniem. Co chciała
przez to powiedzieć?
10-05-2034
Znajomość Klary z pielęgniarzami okazała
się przydatna. Dzięki niej Erwin zdołał pożyczyć od jednego z nich rower z
synte-keratyny. Jazdę na rowerze uznał za najlepszą kurację zaburzonego zmysłu
równowagi. I tak następnego dnia wieczorem Tucholsky wracał Puschkin Alle z
Treptow Park. Miasto jawiło się roziskrzone w intensywnym,
pomarańczowo-czerwonym świetle zmierzchu. Erwin widział ulice i dachy domów,
wieżę telewizyjną, kamienice, metalowe sylwetki dwóch gigantów mocujących się
na środku rzeki, biurowce na drugim brzegu. Czuł napięcie mięśni zespolonych z
rowerem w jedną maszynę. Zwolnił. W końcu zatrzymał się. Prawdopodobieństwo
stało się pewnością. Znalazł się tutaj, w swoim dawnym rodzinnym mieście.
Na widok znanych miejsc w umyśle
otwierały się tunele, prowadzące do zapamiętanych zdarzeń. Wspomnienia były jak
zapętlone gify, krótkie filmy odtwarzane w nieskończoność. Ta knajpka na rogu,
lubili tu przesiadywać wieczorami przy ławach wystawionych na chodnik. Na
końcu tej ulicy była szkoła baletowa jego córki, tam wyczekiwał, aż Wiktoria
zejdzie po schodach. Blaty stolików przed włoską restauracyjką odbijały
jaskrawe, popołudniowe słońce, jego żona przeglądała laminowaną kartę dań,
zabawnie wymawiając słowa „mangiamo la
pasta!”. Wciąż pamiętał wrażenie lekkości i ekscytacji, kiedy szli aleją w
parku, oświetloną miękkim zielonym światłem pierwszych bioluminescencyjnych
lamp. A tam, na ścianie majaczyła wielka płachta transparentu rozwieszonego na
wieżowcu korporacji, jeden z pierwszych aktów sabotażu poprzedzających wojnę
energetyczną.
Wojnę oglądał w telewizji, tkwiąc na platformie wiertniczej. To były
zaledwie cztery intensywne lata. Od tamtego czasu minęło już niemal dziesięć
lat. Erwin zapamiętał to miasto z czasu swojej młodości, z lat dwudziestych. Pracował
w firmie prowadzącej prace na wysokości, zakładał systemy alarmowe i izolację
na blokach mieszkalnych. Jak poznał się z Margeritą? Długa i kręta historia.
Pięć lat później wszystko się posypało, a Erwin wyjechał na samym początku
konfliktów. Pamiętał pierwsze dwa lata kryzysu. Zdążył zobaczyć całe osiedla
pozbawione prądu, obumarłe i zdziczałe, ludzi czekających w kolejkach po paliwo
i czystą wodę. Mieszkańcy miast musieli znosić brak prądu, reglamentację
żywności i ciągłe zagrożenie terrorem. Zapamiętał widok przechodniów obojętnie mijających
płonące centra handlowe. Ludzie dowiedzieli się, że już nigdy nie będą mieć
tego, co posiadali ich rodzice. Minęły czasy zgubnego komfortu cywilizacji
przemysłowej. Ludzkość stała się pasożytem na swej własnej planecie.
Erwin przeciął kanał i wjechał między kamienice na Kreuzbergu. Słyszał
gwar zapełnionych knajpek. Ulice usłane były miękkim, zielonkawym światłem
bioluminescencyjnych lamp, przesłonięte zaroślami przystanków z synte-bambusa.
W prześwitach między dachami wciąż widział podświetloną iglicę wieży
telewizyjnej. Nad rzeką owalne, niesymetryczne budowle zawisły ponad ulicami,
wspomnienie niedawnej mody na bio-architekturę. Tak wyglądały ruiny utopii. Erwin
czuł się jak rakieta balistyczna wznosząca się swobodnym lotem ponad miastem,
zanim uderzy w cel.
Znienacka poczuł wibracje swojego telefonu. Holgar Gramlich, jego doradca
prawny, księgowy, adwokat rodzinny, a kiedy trzeba było, również towarzysz do
pogawędek.
– Coś ważnego? Jestem w drodze.
– Słyszałem, ze wróciłeś do
miasta.
– Poniekąd.
– Zastanawiałeś się, co robić
dalej?
– Dobre pytanie.
– Mam sprawę. Możemy się
spotkać?
– Nie mogłeś napisać?
– Zależy nam na dyskrecji.
– W czym rzecz?
– Jak wiesz, zajmuję się
również finansami twoich rodziców...
– Wszystko u nich dobrze? Muszę
ich odwiedzić
– Otóż wynikła pewna
niespodziewana sprawa...
– O co chodzi?
– Wiesz, co to jest
potwierdzenie autentyczności?
– Nie mam pojęcia.
– Wytłumaczę ci na miejscu.
Przyjdź do mojego biura.
Pożegnali się i rozłączyli. Erwin schował plastykowy owal, zapiął
kamizelkę i pojechał dalej. Otaczał go nieobecny tłum. Ludzie podłączeni do
sieci, ich twarze oświetlał blask małych projekcji. Ponad Alexander Platz wyświetlano
ogromne reklamowe hologramy. Gigantyczne twarze celebrytów, samochody, flakony perfum
wznosiły się nad fasadami domów handlowych. Doskonała, cyfrowa iluzja płynęła
ponad opustoszałymi ulicami.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz