24-05-2034, noc
Tucholsky wydobył rower ze schowka przy bramie. Przez chwilę napawał się
zapachem wieczornego powietrza. Ruszył w dół szerokiej ulicy. Chłodny wiatr
owionął jego twarz. Bezszelestnie przecinał pola światła i ciemności w
ziarnistej fakturze nocy. Dreszcz ekscytacji spłynął w dół kręgosłupa. Na
ulicach dostrzegł więcej patroli niż zwykle. Policjanci kierowali ruchem na
skrzyżowaniach. Wyczuwał pewną nerwowość wśród pasażerów i przechodniów. Intuicja
mówiła mu, że w centrum coś się wydarzyło. Uszkodzone telebimy wyświetlały
glitche albo biały szum.
W oddali zahuczały pijackie głosy. Jacyś punkowcy siedzieli na chodniku,
obok nich kilka butelek i kałuża rozlanego piwa. Z prześwitu między kamienicami
wyłonił się widok na poprzeczną ulicę. Jakaś kobieta klęczała na lśniącym
bruku, pod gazową latarnią, która rzucała zielonkawe światło na jej sylwetkę w
obszarpanej szarej sukience. Wokół niej stało trzech policjantów w długich
płaszczach przewiązanych pasami, w charakterystycznych czarnych, błyszczących
hełmach, zwężających się ku górze jak odwrócone kieliszki, z banderami
sterczącymi nad czołem. Erwin odwrócił głowę. Coraz częściej słyszało się o osobach
zaginionych na ulicach, które znienacka pojawiały się i równie nagle znikały w
tkance miasta. Łatwo zatonąć w meandrach
rozpadającego się czasu. A jednak wszyscy z uporem utrzymywali, że nic się nie
zmieniło.
Erwin sunął pasem dla rowerów wzdłuż Greifswalder Strasse. Minął
skrzyżowanie z Danziger Strasse, a potem, przecinając tory tramwajowe, skręcił
w lewo, na Hufeland Strasse, gdzie mieszkała Jolanda. Uliczka wznosiła się
nieznacznie w górę, a jedną stronę ocieniał szpaler drzew. Nacisnął
podświetlony przycisk domofonu i usłyszał brzęczenie elektrycznego zamka.
Zostawił rower na podwórku. Pokonał dwa piętra skrzypiących schodów. Jolanda
czekała na progu. Wpuściła go bez słowa. Uśmiechnął się, przemykając przez uchylone
drzwi. Usłyszał głosy z pokoju współlokatorek.
W pokoju Jolandy za całe umeblowanie służyły wytarta kanapa, wielki stół,
antyczna szafa, półka na książki oraz materac, który pełnił rolę łóżka.
Dziewczyna stanęła naprzeciw niego, otoczona aureolą ciepłego światła.
- Jednak przyszedłeś.
- Bez wahania.
- Czekam na ciebie trzy godziny.
- Jechałem piętnaście minut.
Ogarnęło ich złudzenie spontaniczności. Usiedli na
kanapie. Zaczęli się całować. Objął jej szyję, lubił czuć jej smukły kark w
swoich rękach. Przenieśli się na materac. Jolanda nonszalanckim ruchem zsunęła
spodnie. Położyła się na plecach, a potem rozsunęła nogi, uniosła ku górze
biodra i wygięła tułów. Uklęknął między jej udami, chwytając mocno za biodra i
pośladki. Przez jego głowę przepływały jednocześnie archetypowe wizje i
trywialne obrazki. Pieprzył ją w pierwotnym rytmie namiętności. Im gwałtowniej
się poruszał, tym większe podniecenie odczuwał. Jolanda jęknęła głośno,
wykrzywiając twarz w ekstatycznym grymasie. Pchnął jeszcze mocniej, jakby
chciał ją rozerwać. Krzyknęła. Konwulsyjnie napiął mięśnie i zacisnął zęby. Wraz
z nasieniem wydobył się zeń chaotyczny strumień niewypowiedzianych myśli.
A Erwin odpływał w nieświadomość. Wciąż jeszcze czuł
rozkołysanie całego ciała. Cała Ziemia rozchybotała się w swojej kołysce. W
półśnie znowu pojawiły się pytania. Jak tu dotarł? Wszedł czy wyszedł? Obudził
się czy usnął? Rozpamiętywał wcześniejsze wydarzenia tego dnia. Widziany o
świcie spalony samochód na pustym parkingu przed Lidlem. Mokry asfalt, po
którym wracał pieszo do domu. Oblężone, zamarłe miasto. I wszyscy jego
mieszkańcy, młodzi i starzy, bezrobotni i pracoholicy, służby porządkowe i
wywrotowcy, lekarze, prawnicy, barmani, kelnerki i didżeje, naciągacze i
pracownicy socjalni, niewolnicy mediów i reklamy, dyrektorzy kreatywni i
awangardowi artyści. Teraz Erwin ujrzał samego siebie w środku tej panoramy, wewnątrz ogromnej kryształowej
kuli, gdzie wszyscy się spotkali i gdzie jednocześnie zdarzało się to wszystko.
Rozplenienie zdziczałego miasta i wyrwy w czasoprzestrzeni; szaleńcy wspinający
się na dachy w poszukiwaniu nieuchwytnej fali
pola elektromagnetycznego; zniknięcia i objawienia; budynki i ludzie z
innych epok; czarne tankietki blokujące drogi dojazdowe do miasta; dziwaczna bójka
pod barem w nocy; ich wczorajsza kłótnia nad ranem; jego córka otoczona nierealnymi
postaciami; wreszcie gdzieś daleko platforma wiertnicza, jej wiertło sięgające głęboko
w ciemność.
Ostatecznie poczuł coś w rodzaju ulgi. Czy wciąż chciał
brać udział w tym polowaniu, w którym myśliwy staje się zwierzyną? Wracając
wczoraj opustoszałą ulicą, miał wrażenie, że zrywa opatrunek z zabliźnionej
rany. Teraz leżąc na brzegu materaca, odchylił się do tyłu i naprężył wszystkie
mięśnie, zamieniając ciało w napięty łuk. Wstrzymał oddech. Spojrzał na nocne
niebo ujęte w ramy okien i dachów. Zobaczył fluorescencyjną poświatę
rozlewającą się we wklęsłościach przestrzeni. Zielone, błękitne i fioletowe
smugi płynęły po firmamencie. Falowały jak ogromne proporce albo wachlarze. Zorza
magnetyczna była zbyt piękna. Mogła być tylko złym znakiem.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz