środa, 15 marca 2017

1. Trzy rozmowy (2)



            24-05-2034, noc
Tucholsky wydobył rower ze schowka przy bramie. Przez chwilę napawał się zapachem wieczornego powietrza. Ruszył w dół szerokiej ulicy. Chłodny wiatr owionął jego twarz. Bezszelestnie przecinał pola światła i ciemności w ziarnistej fakturze nocy. Dreszcz ekscytacji spłynął w dół kręgosłupa. Na ulicach dostrzegł więcej patroli niż zwykle. Policjanci kierowali ruchem na skrzyżowaniach. Wyczuwał pewną nerwowość wśród pasażerów i przechodniów. Intuicja mówiła mu, że w centrum coś się wydarzyło. Uszkodzone telebimy wyświetlały glitche albo biały szum.
W oddali zahuczały pijackie głosy. Jacyś punkowcy siedzieli na chodniku, obok nich kilka butelek i kałuża rozlanego piwa. Z prześwitu między kamienicami wyłonił się widok na poprzeczną ulicę. Jakaś kobieta klęczała na lśniącym bruku, pod gazową latarnią, która rzucała zielonkawe światło na jej sylwetkę w obszarpanej szarej sukience. Wokół niej stało trzech policjantów w długich płaszczach przewiązanych pasami, w charakterystycznych czarnych, błyszczących hełmach, zwężających się ku górze jak odwrócone kieliszki, z banderami sterczącymi nad czołem. Erwin odwrócił głowę. Coraz częściej słyszało się o osobach zaginionych na ulicach, które znienacka pojawiały się i równie nagle znikały w tkance miasta.  Łatwo zatonąć w meandrach rozpadającego się czasu. A jednak wszyscy z uporem utrzymywali, że nic się nie zmieniło.
Erwin sunął pasem dla rowerów wzdłuż Greifswalder Strasse. Minął skrzyżowanie z Danziger Strasse, a potem, przecinając tory tramwajowe, skręcił w lewo, na Hufeland Strasse, gdzie mieszkała Jolanda. Uliczka wznosiła się nieznacznie w górę, a jedną stronę ocieniał szpaler drzew. Nacisnął podświetlony przycisk domofonu i usłyszał brzęczenie elektrycznego zamka. Zostawił rower na podwórku. Pokonał dwa piętra skrzypiących schodów. Jolanda czekała na progu. Wpuściła go bez słowa. Uśmiechnął się, przemykając przez uchylone drzwi. Usłyszał głosy z pokoju współlokatorek.
W pokoju Jolandy za całe umeblowanie służyły wytarta kanapa, wielki stół, antyczna szafa, półka na książki oraz materac, który pełnił rolę łóżka. Dziewczyna stanęła naprzeciw niego, otoczona aureolą ciepłego światła.
- Jednak przyszedłeś.
- Bez wahania.
- Czekam na ciebie trzy godziny.
- Jechałem piętnaście minut.
Ogarnęło ich złudzenie spontaniczności. Usiedli na kanapie. Zaczęli się całować. Objął jej szyję, lubił czuć jej smukły kark w swoich rękach. Przenieśli się na materac. Jolanda nonszalanckim ruchem zsunęła spodnie. Położyła się na plecach, a potem rozsunęła nogi, uniosła ku górze biodra i wygięła tułów. Uklęknął między jej udami, chwytając mocno za biodra i pośladki. Przez jego głowę przepływały jednocześnie archetypowe wizje i trywialne obrazki. Pieprzył ją w pierwotnym rytmie namiętności. Im gwałtowniej się poruszał, tym większe podniecenie odczuwał. Jolanda jęknęła głośno, wykrzywiając twarz w ekstatycznym grymasie. Pchnął jeszcze mocniej, jakby chciał ją rozerwać. Krzyknęła. Konwulsyjnie napiął mięśnie i zacisnął zęby. Wraz z nasieniem wydobył się zeń chaotyczny strumień niewypowiedzianych myśli.
A Erwin odpływał w nieświadomość. Wciąż jeszcze czuł rozkołysanie całego ciała. Cała Ziemia rozchybotała się w swojej kołysce. W półśnie znowu pojawiły się pytania. Jak tu dotarł? Wszedł czy wyszedł? Obudził się czy usnął? Rozpamiętywał wcześniejsze wydarzenia tego dnia. Widziany o świcie spalony samochód na pustym parkingu przed Lidlem. Mokry asfalt, po którym wracał pieszo do domu. Oblężone, zamarłe miasto. I wszyscy jego mieszkańcy, młodzi i starzy, bezrobotni i pracoholicy, służby porządkowe i wywrotowcy, lekarze, prawnicy, barmani, kelnerki i didżeje, naciągacze i pracownicy socjalni, niewolnicy mediów i reklamy, dyrektorzy kreatywni i awangardowi artyści. Teraz Erwin ujrzał samego siebie w środku tej  panoramy, wewnątrz ogromnej kryształowej kuli, gdzie wszyscy się spotkali i gdzie jednocześnie zdarzało się to wszystko. Rozplenienie zdziczałego miasta i wyrwy w czasoprzestrzeni; szaleńcy wspinający się na dachy w poszukiwaniu nieuchwytnej fali  pola elektromagnetycznego; zniknięcia i objawienia; budynki i ludzie z innych epok; czarne tankietki blokujące drogi dojazdowe do miasta; dziwaczna bójka pod barem w nocy; ich wczorajsza kłótnia nad ranem; jego córka otoczona nierealnymi postaciami; wreszcie gdzieś daleko platforma wiertnicza, jej wiertło sięgające głęboko w ciemność.
Ostatecznie poczuł coś w rodzaju ulgi. Czy wciąż chciał brać udział w tym polowaniu, w którym myśliwy staje się zwierzyną? Wracając wczoraj opustoszałą ulicą, miał wrażenie, że zrywa opatrunek z zabliźnionej rany. Teraz leżąc na brzegu materaca, odchylił się do tyłu i naprężył wszystkie mięśnie, zamieniając ciało w napięty łuk. Wstrzymał oddech. Spojrzał na nocne niebo ujęte w ramy okien i dachów. Zobaczył fluorescencyjną poświatę rozlewającą się we wklęsłościach przestrzeni. Zielone, błękitne i fioletowe smugi płynęły po firmamencie. Falowały jak ogromne proporce albo wachlarze. Zorza magnetyczna była zbyt piękna. Mogła być tylko złym znakiem.


                * * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz