piątek, 7 grudnia 2018

2.2. Ruiny czasu (1)



        

            (??)-(??)-2034
Doszło do katastrofy czasu. Skumulowany i sprężony pod dużym ciśnieniem, czas początkowo zapadł się do wewnątrz, ulegając implozji. Następnie osiągnął masę krytyczną i eksplodował z wielką mocą, rozprzestrzeniając się na wszystkie strony multiwersum, niszcząc po drodze każdą racjonalną strukturę. Czasoprzestrzeń rozpadła się na niepowiązane ze sobą mgławice przypadków. Mnożyły się płaszczyzny trwania, odrębne strumienie i spirale sytuacji. Ruiny czasu zasypały to, co zwykle nazywaliśmy teraźniejszością. Pojawiały się szerokie rozlewiska martwych chwil. Zapętlone fragmenty godzin dryfowały wśród połaci anonimowych momentów. W wielu miejscach utrzymywała się ta sama pora dnia. Strzępy miesięcy powtarzały wciąż od nowa ten samy cykl zmian. Gdzie indziej pojawiały się szczeliny prowadzące do minionych i przyszłych epok. Z kolei w niektórych zaułkach czas skurczył się do uschniętych ziaren jałowych minut, obracających się bezcelowo jak skrzypiące kółka zębate wadliwego mechanizmu.
Zmiany następowały skokowo, bez etapów pośrednich. To co miało się stać, grzęzło w tym, co już było. To co było, dopiero miało się stać, jeśli nie rozpływało się w otchłani możliwości. Przeżycia przemieszczały się ze wspomnień do oczekiwań. Przeszłość i przyszłość przeplatały się ze sobą we współczesności. Innym razem dochodziło do czegoś w rodzaju skoku kwantowego, zjawiska przenikały z przeszłości do przyszłości, omijając chwilę obecną. Zdarzały się zniknięcia, a zdarzenia znikały, jak ciche rozbłyski na niebie. Ludzie gubili swoje epoki, albo zamierali w soczewkach zastygłego czasu. Nawet tło trwania zetlało i skurczyło się jak skóra uschniętego owocu.
Najbardziej zaskakujące były ulotne ślady innych epok, zmysłowe doznania, które prześlizgiwały się przez szczeliny czasu. Zaginione dźwięki przeszłości i dawno zapomniane wonie wdzierały się do tego świata, niezwiązane z przedmiotami, wyrwane z kontekstu.  Pozbawione źródła, jak fale promieniowania błądzące w kosmosie, kiedy pierwiastek zdążył się już rozpaść. Zapachy dawnego miasta wyprowadzały z równowagi, odbierały poczucie orientacji w przestrzeni. Zapach węgla palonego w piecach, duszący aromat gotowanej kapusty i mięsa, upojny zapach podkładów kolejowych, ostry odór końskiego łajna, słona woń elektryczności. Wtórowały im osobliwe dźwięki, rżenie koni i dzwonki tramwajów, nawoływania sprzedawców ulicznych, syreny alarmowe i łoskot żołnierskich butów, odległe eksplozje, trzask tłuczonego szkła i okrzyki niewidzialnych manifestacji. Wiatr przynosił dźwięki dawnego koncertu z okolic Bramy Brandenburskiej, huk przelatujących nisko samolotów, a nawet odgłosy transmisji nieistniejących stacji radiowych z dźwiękami tandetnych piosenek operetkowych.
Z innych czasów wyłaniały się budynki, place i ulice, zastępując istniejące dotychczas budowle. Zbulwersowany tłum obserwował stopniowe zanikanie aluminiowo-szklanych prostopadłościanów Europa Center przy Breitscheidplatz, w miejsce których zmaterializował się kamienny budynek Romanische Haus. Najbardziej deprymujące było to, że pojawiła się okaleczona, powojenna ruina onegdaj majestatycznego neoromańskiego gmachu. W pewne dni wciąż prześwitywały neony i logo Mercedesa, niczym uwięzione między warstwami skrystalizowanego czasu. Nad Potsdamer Platz pojawiła się charakterystyczna kopuła Haus Vaterland, wtopiona między smukłe wieżowce. Fasada rozbłysła ostrym światłem elektrycznych żarówek. Klientela największych kawiarni dawnej Europy zastygła w szoku na chwilę, zanim rozpadła się jak zetlały papier. Nieco dalej, przy Leipziger Platz ukazał się dom handlowy Wertheima. Ściany, korytarze i okna budynków przenikały się w chaotycznej mozaice kształtów. Na tyłach Alexander Platz wyrosła ceglana bryła komendy głównej policji. Widmowe wieże strażnicze niespodziewanie wznosiły się ponad ulicami. Wyrzucone poza czas, kontrolowały nieistniejącą przestrzeń. Znowu zaludniły się kamienice w zaułkach nad Sprewą. Na powrót zaświecił się dawno zapomniany neon dyskoteki SOUND, złudnie barwny pośród monotonii witryn. Jedynie sterylne wieżowce ze szkła i aluminium wznosiły się niewzruszenie na Ernst-Reuter-Platz, realne upiory kapitału.
Całe continuum straciło ciągłość. Ludzkie widma błądziły wśród odłamków innych epok. Mężczyźni w zimowych czapkach z nausznikami, wytatuowani sprzedawcy staroci, kobiety w skórzanych płaszczach, wszyscy starali się po prostu przetrwać. Konspiracyjne sylwetki pojawiały się i nikły w gąszczu cieni na Nollendorf Platz. Upiornie zabiedzone szwadrony bezdomnych i pogorzelców rozpierzchły się z przerażeniem po nieznanym sobie terenie, błyskając wygłodniałymi oczami. Z kolei stateczni mieszczanie jeszcze z czasów cesarstwa trzymali się kurczowo znanych ulic, Bülowstrasse czy Tauentzienstrasse, krocząc lunatycznym krokiem wśród nieistniejących kawiarni i sklepów. Zjawy przeszłości, uwięzione w pętlach czasu, powtarzały te same sekwencje czynności.

Erwin nie opuszczał kamienicy przy Max Steinke Strasse 26. Zaprzyjaźnił się z Schulzem, zwanym Trollem. Ten niezdrowo wychudzony mężczyzna z długimi, przerzedzonymi włosami, nie dbał o higienę i nosił sfatygowane ubranie. Jednak wszelkie braki w wyglądzie rekompensował brzmieniem głosu, wesołego, miękkiego i nieco zachrypniętego. Schulz okazał się uosobieniem duszy tego miasta. Jego tożsamość określała ta prosta deklaracja, która zawsze jednoczyła wszystkich mieszkańców Berlina: „chcę tu być”.
Siedzieli na chodniku przed bramą kamienicy. Rozmawiali o możliwych przyczynach niezwykłych wydarzeń. Schulz miał oczywiście swoją teorię.
Jestem pewien, że to efekt tajnych projektów rządowych agencji. Nigdy im nie ufałemzapewnił stanowczo.
Co takiego? – zdziwił się Erwin.
– Wszystko jest oczywiste. Od dawna wykonują podziemne testy broni grawitacyjnej. Stąd te zaburzenia. Eksperymentują z jądrem Ziemi. Chcą doprowadzić do magnetycznego przebiegunowania naszej planety skwitował Schulz.
– Trudno w to uwierzyć. Jaką korzyść odnieśliby z takich globalnych zmian? – Erwin poczuł dawno nieobecny impuls szalonego natchnienia. – Może to tylko część większego procesu, nad którym nikt nie panuje? Rzeczywistość wirtualna, przyspieszenie cząstek elementarnych, biotechnologie… Jak mogliśmy sądzić, że to nie przyniesie żadnych negatywnych skutków? Może po dekonstrukcji materii dokonaliśmy destrukcji czasoprzestrzeni?
– Niech się dzieje, co ma się dziać. I tak się stąd nie ruszęSchulz twardo postawił sprawę.
Znienacka kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się od ściany ponad ich głowami. Kolejny kamień stłukł szybę świetlika w bramie. Poszarpane momenty spiętrzyły się w nieciągłości i równoczesności zdarzeń.
Po drugiej stronie ulicy zjawiła się grupa  nastolatków w odblaskowych dresach. Ich niesymetryczne, szokująco zmodyfikowane ciała dygotały z podniecenia. Dłonie jednego z nich zostały rozszczepione aż do nadgarstków, na podobieństwo ptasich szponów. Z policzków innego wyrastały pulsujące fałdy skóry, przypominające gadzi kołnierz.
Stanęli w półkolu drwiąc głośno i dopiero teraz zaczęli rzucać kamieniami.
Z nieoczekiwaną gwałtownością Schulz wyrwał spod siebie taboret i zamachnął się naprężając żylaste ciało. Drewniany stołek przeleciał ponad ulicą i trafił jednego z napastników w głowę. Chłopak przewrócił się. Natychmiast wstał, otrząsnął się, podskoczył. Miał wybitą szczękę. Jedną ręką z głośnym chrupnięciem nastawił kości. Splunął krwią i zarechotał.
Schulz wyciągnął ze spodni szeroki pas i bez wahania ruszył w stronę gangu. Zmutowane wyrostki z agresywnym rozbawieniem rozbiegły się w przeciwnych kierunkach.
Erwin był zaskoczony temperamentem sąsiada. W oczach Trolla zalśniły niebezpieczne błyski.
Zaczyna się.
Co masz na myśli?
Korzystają z okazji. Chcą nas stąd wykurzyć.

* * *

poniedziałek, 12 marca 2018

2.1. W sztucznym świetle (2)





26-05-2034, poranek
Cały zewnętrzny świat zniknął. Zostało tylko to pomieszczenie o metalowych ścianach. I grupa przerażonych, wyczerpanych ludzi. Luisa przestała rozróżniać twarze i głosy. Była wściekła. Gdzieś ulotniła się jej czujność drapieżnika. Pozostała tylko płaska wstęga powierzchownych doznań, które próbowała zepchnąć na krawędź świadomości. Przytłumione rozmowy zlewały się w jeden irytujący szelest.
– Dlaczego jeszcze nas nie zabili? – Potrzebują zakładników. – Nasłała ich konkurencja. To wrogie przejęcie. – Przeciwnie. Oni są we współpracy z zarządem. Chodzi o ubezpieczenie. – Wysadzą całą platformę. – Dlaczego jeszcze tego nie zrobili? Wznowili odwierty. – Chcą wywołać katastrofę ekologiczną. – Przecież to szaleństwo! – Widziałaś ich? To są szaleńcy. – A więc ostatecznie i tak wszyscy zginiemy.
Drżący cień zawisł nad nią. Damian Mørk wyglądał jak własna imitacja, plastykowy manekin pozbawiony siły witalnej. Potargane włosy sterczały ponad twarzą o ziemistej cerze. Grube soczewki przesłaniały oczy. Na ubraniu widoczne były plamy potu. Geolog poruszał się w urywanych, roztrzęsionych ruchach.
Luisa powitała go półgłosem.
– Słyszałeś? Ogłosili wyrok. Jesteśmy skazani na siebie.
Damian ciężko usiadł obok niej.
– Niezupełnie.
– Co masz na myśli?
– Mam inteligentne szkła.
– Co to takiego?
– Możemy połączyć się z siecią.
Podał jej okulary. Ich dłonie zetknęły się. Poczuła wilgotne ciepło jego ciała. Ten dotyk niesamowicie ją poruszył. Jej klatka piersiowa i żołądek zaczęły się niebezpiecznie rozluźniać, jakby jednocześnie miały eksplodować i zapaść się w głąb. Uświadomiła sobie, że znajdowała się na krawędzi załamania nerwowego.
Połączyła się z internetem w trybie anonimowym. Odszukała witrynę Northern Light Research. Jednak zamiast strony startowej wyświetlił się prosty tekst z żółtych liter na czarnym tle.

Życie jest anomalią kosmosu. Ten osobliwy chemiczny proces opiera się na węglu i tlenie, trującym gazie. Ludzka technologia wykorzystuje węglowodory nasycone jako paliwo dla swoich maszyn. Węgiel i ropę, które pochodzą ze sprasowanych ciał zmarłych stworzeń. Ludzkość jest wampirem wysysającym krew z żył tej planety.
Rozwój cywilizacji jest historią walki o złoża zasobów naturalnych i dostęp do paliwa. Społeczeństwa zostały stworzone na ideologii niedoboru. Walczono o żywność, przestrzeń, siłę roboczą, zapasy energii i budulca. Największe masowe zbrodnie dokonywały się tam, gdzie znajdowano bogate złoża dóbr naturalnych. Eksterminacja rdzennej ludności obu Ameryk, wyniszczenie Afryki, ludobójstwo Ormian, zagłada żydów. Wszystkie wielkie wydarzenia nowoczesnej historii rozgrywały się wokół zasobów paliwa. Transport zmechanizowany i przemysł chemiczny przyczyniły się do masowej eksterminacji ludzkości.
Silnik spalinowy i rozwój gospodarczy. Rozwój gospodarczy i wzrost agresji. Sztuczne raje napędzane są ropą naftową. Autostrady przemocy oplatają umierające miasta Europy, rezerwaty luksusu i uwiędłej kultury. A na peryferiach, w neo-koloniach rosną skażone getta ludzkości. Megalopolis nędzy i tandety, przeludnione strefy przemysłowe i zdewastowane pustynie. Koniec już się dokonał. Trup przyszłości w ślepym zaułku przeszłości.
W poprzednim wieku siedem oziębłych sióstr rządziło światem: Exxon, Mobil, Gulf, Socal, Texaco, Shell, British, Petroleum. Teraz nadal siedem sióstr rządzi światem, zmieniły się tylko imiona: Saudi Aramco, Gazprom, CNPC, NIOC, PDVSA, Petrobra, Petronas.
Platformy wiertnicze rozmieszczone są na powierzchni Ziemi wzdłuż krawędzi płyt kontynentalnych i rowów oceanicznych. Rozdrapują zabliźnione rany. Wbijają swoje żądła tam, gdzie płynie gęsta, czarna krew tej planety.
Osiem platform wiertniczych. Osiem punktów na powierzchni. Przedwieczny wzór.
Smoła wypłynie. Świat powróci do pierwotnego chaosu.

Na dole prosta grafika przedstawiała krzyż o dwóch poprzecznych belkach, znany jako Krzyż Lotaryński. Luisa zdołała jeszcze odczytać datę na pasku narzędzi. A więc był piątek, dwudziesty szósty maja. Minęła doba od zamachu.
Te szalone i bezwzględne słowa sprawiały, że Luisa wbrew sobie odczuła niezwykły pociąg do wynaturzonych idei, jakie ze sobą niosły. Musiała użyć swych wszystkich sił krytycznych, aby nie ulec niezdrowej fascynacji. Wysiłkiem woli oderwała się od sugestywnych obrazów i zaczęła zadawać sobie pytania. Skąd pochodzili ci zamachowcy? W jaki sposób się zorganizowali? Jak się komunikowali? Skąd znali plan platformy wiertniczej? Do czego zmierzali? Dlaczego podzielili personel? Czemu nikt nie przybył na ratunek? Co znaczyły te dziwne słowa na końcu obłąkanego manifestu?
Drgnęła, kiedy poczuła, że ktoś nad nią stanął. Skonsternowana spojrzała w górę. Otyła sprzątaczka spoglądała na nią gniewnie. Kilka osób zgromadziło się wokół nich. Wszyscy niepewnie zamilkli.
– Co wy robicie? – usłyszała Luisa.
– To nasz jedyny ratunek. Możemy nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym.
– Nie powinniście tego używać. Musimy współpracować.
Luisa odwróciła wzrok.  Poczuła uderzenie w głowę. Poderwała się. Otyła sprzątaczka i śniady kucharz przyparli ją do ściany. Kobieta popchnęła ją. Luisa spróbowała się wymknąć. Sprzątaczka chwyciła ją za włosy. Luisa zacisnęła oczy i z całej siły uderzyła wielką kobietę w obfitą pierś. Odwróciła się i kopnęła mężczyznę w krocze. Wyrwała się. Zanim inni zdołali ją powstrzymać, podbiegła do zablokowanego wyjścia. W odruchu wściekłości zaczęła walić pięściami w zamknięte drzwi.
– Uspokój się, idiotko! Pozabijają nas!
Była zdumiona, kiedy usłyszała szczęk zamka. W progu stanęło dwóch zamachowców z bronią. Czarne kaski na głowach, sztywne kombinezony i precyzyjne ruchy sprawiały, że wydawali się więksi i silniejsi od zwykłych ludzi. Zakładnicy zamarli, sparaliżowani strachem. Jeden ze strażników wepchnął Luisę do środka, ale przedtem o sekundę zbyt długo przytrzymał jej ramię. Obła, lustrzana szyba zatrzymała się przed jej twarzą.
Zamachowcy wyprowadzili dwie osoby, otyłą sprzątaczkę i śniadego kucharza. Ofiary nie stawiały oporu. W zamian do pomieszczenia wstawiono dwa pełne baniaki wody i skrzynkę prowiantu. Wyniesiono kubeł z fekaliami.
 Luisa wróciła do swojego cuchnącego kąta. Pozostali zakładnicy odsunęli się od niej z lękiem i nienawiścią. Zajęła swoje miejsce pod ścianą. Damian usiadł obok niej, jednak nie odzywał się słowem.
Luisa zapamiętała tylko jedno. Chwilę wahania, kiedy lustrzana przesłona Czarnego Kasku skierowała się w jej stronę. To mogła być jej szansa.

* * *

czwartek, 15 lutego 2018

2.1. W sztucznym świetle (1)




Część 2:
Promieniowanie tła

„Bez przerwy gdzieś bił albo dzwonił mechanizm grający, albowiem każdy z tych zegarów pokazywał inny czas. Nie powstawał jednak wskutek tego nieprzyjemny hałas, tylko jednostajny brzęczący szum, niczym latem w lesie”.
Michael Ende „Momo”. Tłum. R. Wojnakowski


2.1. W sztucznym świetle (1)

2(?)-05-2034
Przyćmione światło. Pragnienie. Wyczerpanie. Rozdrażnienie. Zmęczenie. Przyćmione światło. Głód. Strach. Agresja. Przyćmione światło. Płytki sen. Otępienie. Niepokój. Bezsilność. Panika. Przyćmione światło. Płytki sen. Do Luisy docierały jedynie oderwane bodźce. Nienaturalnie wyostrzone zmysły doprowadzały umysł do stanu dezintegracji. Czas zamienił się w jedną nieskończoną, anonimową godzinę. Przebywała w zamknięciu z grupą ludzi, w pomieszczeniu bez okien. Awaryjne światło i klimatyzacja uczyniły atmosferę ciężką i otępiającą. Inni zakładnicy osiągali ten sam stopień zmęczenia, lęku i frustracji. Dochodziły ją matowe, przygaszone głosy:
– Co z nami zrobią?
– Musimy współpracować.
– Ja mam rodzinę! Nie chcę tutaj ginąć.
– Umieram z pragnienia. Odkupię wodę.
– A co ja zrobię z pieniędzmi?
– Jestem osłabiony. Muszę się położyć. Zróbcie mi miejsce.
– Musimy walczyć. Nie poddawajmy się.
– Niech korporacja nas wykupi. Stać ich.
– Boję się. Będą nas torturować. A potem zabiją.
– I tak wszyscy kiedyś umrzemy.
Luisa nie ruszała się ze swojego miejsca. Fragment podłogi i fragment ściany w głębi sali, z dala od wyjścia. Minęły pierwsze chwile paniki. Nastąpił rozmyty etap otępiałego niepokoju. Jednostajne oświetlenie sali konferencyjnej nie pozwalało ocenić upływu czasu.
Zamachowcy zostawili im trzy duże kanistry z wodą na piętnaście osób oraz skrzynkę zawierającą głównie batony i chipsy ziemniaczane. W wyniku gwałtownej dyskusji zakładnicy zaczęli racjonować porcje. Przy zapasach straż pełniły dwie sprzątaczki. Opróżnili już dwa baniaki i napoczęli trzeci. Musiała minąć przynajmniej jedna doba. Być może właśnie zaczynał się nowy dzień. Tak dedukowała Luisa.
Bezsilność i wyczerpanie wywoływały mimowolną agresję. W pomieszczeniu wybuchały awantury, coraz bardziej histeryczne i brutalne. Siedzący pod ścianą steward o obwisłej twarzy zawodził bezustannie, wpatrzony martwo w przestrzeń. Spocony kucharz o śniadej karnacji gniewnym głosem wyrzucał z siebie pytania:
– Gdzie jest ochrona? Gdzie jest wojsko? Czemu nikt nas nie odbije?
Zawtórował mu zwalisty mężczyzna w błękitnym fartuchu pielęgniarza:
– Rozwalmy te drzwi! Razem zdołamy ich pokonać.
Otyła sprzątaczka z drugiego końca sali huknęła:
– Oszalałeś? Zabiją nas wszystkich!
Steward jęknął:
– I tak nas zabiją. Już jesteśmy skończeni.
– Przeciwnie. Nic nam się nie stanie. Musimy tylko współpracować.
Wszyscy nagle zamilkli. W przygnębiającej ciszy rozległ się jękliwy głos stewarda:
– Wszyscy zginiemy.
Otyła sprzątaczka wstała z gwałtowną lekkością i niespodziewanie szybko znalazła się przy mężczyźnie. Bez najmniejszego ostrzeżenia swoją wielką, masywną dłonią chlusnęła go na odlew w twarz.
– Zamknij się!
Głowa stewarda odskoczyła i łupnęła o ścianę. Z nosa pociekła krew. Rozwarte oczy patrzyły na kobietę w wyrazie szoku i oszołomienia, ale bez nienawiści i strachu, jakby mężczyzna doznał religijnego oświecenia.
Luisa odeszła jak najdalej od zbiegowiska przy drzwiach. Przywarła do ściany. Poczuła dygot metalowej powierzchni.

Po drugiej stronie ściany, dwa poziomy wyżej znajdowała się plastykowa skrzynia z piaskiem na wypadek pożaru. Wewnątrz niej ukrywał się skostniały człowiek. On też poczuł dygot.
Brian wyrwał się z letargu. Nie czuł swojego ciała, jedynie rozpaloną kulę bólu otaczającą umysł. Zamiast myśli, jego świadomość wypełniało otępiające wirowanie pragnień. Woda. Pragnienie. Jedzenie. Ból. Powietrze. Strach. Przestrzeń. Paraliż. Plastykowa kryjówka zmieniała swój kształt. Wydłużała się i zwężała, jakby miała go zgnieść. Potem nagle rozszerzała się w nieskończoność, a on sam stawał się bezwładnym, prostokątnym pojemnikiem z tworzywa sztucznego.
Zaczęło się kilkanaście godzin wcześniej. Wówczas wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Napastnicy w czarnych skafandrach wdarli się na główny pokład platformy z niewielkiego holownika, cumującego przy jednej z betonowych podpór. Czarne sylwetki rozbiegły się w dobrze zorganizowanym manewrze strategicznym. Zamachowcy znali doskonale plan konstrukcji. Zajęli sterówkę, maszynownię i kabinę nawigacyjną. Zablokowali korytarze części socjalnej.
Kiedy Brian usłyszał hałas i gwałtowne, podniesione głosy, znajdował się na galerii obiegającej tylną ścianę modułu hotelowego. Pobiegł do wejścia. Na drzwiach zobaczył czerwony rozbryzg. Przed progiem leżał ochroniarz. Brian w niekontrolowanym odruchu wspiął się na barierkę. Filary platformy rozmywały się w mglistej mżawce wzbudzonej przez poszarpane fale. Instynkt przetrwania nie pozwalał mu wykonać samobójczego kroku. Obok niego, w miejscu gdzie wznosiło się rusztowanie podtrzymujące rury instalacji, znajdował się przeciwpożarowy pojemnik na piasek. Plastykowa skrzynia miała mniej więcej półtora metra długości, niecały metr wysokości i około pół metra szerokości. Brian obiema rękoma częściowo opróżnił  kontener. W ataku paniki zakopał się w pozostałej pryzmie. Osunął się w ciemność skrzyni. Zamknął oczy. Wstrzymał oddech. Zamarł. Wycofał swoją świadomość w głąb zwojów mózgu, aż stała się jedynie drobnym punktem pośród innych punktów, panicznie wirujących wokół własnej osi. Robił już tak wcześniej, podczas napadów maniakalnej depresji.
Z upływem czasu ciemność zamieniła się w szarą poświatę. Przenikliwie, mroźne powietrze wypełniło przestrzeń. Nadszedł poranek następnego dnia. Brian usłyszał ruch i zamieszanie. Przez niewielkie pęknięcie w pokrywie pojemnika mógł zobaczyć przyczynę zamieszania. Zamachowcy spędzili załogę na pokład. Apatyczni robotnicy bezwolnie dawali się prowadzić, ustawić w szeregi, a potem posłusznie uklękli na pokładzie. Komenderowało nimi kilku ludzi w czarnych skafandrach i kaskach motocyklowych z niewielkimi karabinami automatycznymi. Wszystko odbywało się w niezwykłej, złowrogiej ciszy.
Brian widział jedynie fragmenty pokładu. Nie zobaczył nikogo z personelu naukowego i hotelowego. Nie rozumiał, czemu silni, agresywni mężczyźni byli tacy bierni i pozbawieni inicjatywy. Napastnicy bez trudu zdołali ich zdominować. Wszyscy zamachowcy wyglądali identycznie. Mieli czarne kaski motocyklowe na głowach, a ich ciała osłaniały czarne błyszczące skafandry. Trudno było rozróżnić dystynkcje, a nawet płeć. Jak się komunikowali?
Jeden z Czarnych Kasków stanął z przodu, przed otępiałą ekipą, która klęczała w kilku rzędach na mokrym pokładzie. W końcu przemówił do więźniów. Czarna, obła głowa obracała się powoli. Ograniczona gestykulacja przykuwała uwagę. Mówca unosił ramiona w płynnych, hipnotycznych ruchach. Na dłoniach miał czarne rękawice.
– Na początku była gęsta, płynna ciemność. Z ciemności wyłoniła się żądza. Pomiędzy ciemnością a żądzą rozwarła się otchłań trwogi. Z otchłani wypełzła ludzkość. Zagnieździła się w żądzy. Z drgawek owładniętej żądzą ludzkości wyciekło światło. Światło stało się fortecą i więzieniem ludzkości. Ciemność i trwoga spłodziły czas. Czas zaczął pożerać żądzę i światło. Ludzkość karmiła żądzę. Czas przyspieszał. Aby podtrzymać żądzę i światło, ludzkość zbudowała maszynę. Oto przyspieszenie. Oderwane momenty. Praca. Przyjemność. Sen. Szybkość. Maszyny pragnące. Społeczeństwo atomowe. Trójkąt edypalny. Powielanie kompleksów. Dystrybucja pragnień.
Czarna sylwetka zamarła.
Brian wciąż widział pokład przez szczelinę między pokrywą a ścianami skrzyni. Pracownicy platformy wciąż klęczeli na metalowym poszyciu. Przed nimi widniał rząd metalowych beczek, których używano do składowania oleju maszynowego. Ponad nimi, na haku zawieszonym na stalowej linie, kołysały się dwie ludzkie sylwetki, związane ze sobą plecami.
Bezosobowy mówca wszedł pomiędzy siedzących zakładników.
– Dla was zaczyna się nowe życie. Człowiek jest nieskończenie elastyczny i doskonale kompatybilny. Jedynie dogmaty są przeszkodą. Jednostkowa świadomość jest największym oszustwem kapitalizmu. Staniecie się częścią doskonałego mechanizmu. Paliwem dla procesu, z którego powstanie nowy kosmos.
Nastąpił koniec bełkotliwego przemówienia. Mechanizm dźwigu ruszył. Hak z zawieszonymi ludźmi zaczął opuszczać się w dół. Ofiary musiały być martwe albo nieprzytomne, bo pozostawały bezwładne, kiedy je obniżano. Ostatecznie dwie sylwetki zniknęły w beczce. Ponad krawędź wystawały jedynie głowy. Wokół nich obwiązano kabel, który niknął gdzieś wewnątrz instalacji windy wiertła. Na całą upiorną maszynerię zaczął padać deszcz.
Brian nie chciał wiedzieć, co miało wydarzyć się później. Ukryty w plastykowej skrzyni dryfował przez czas. Nie wiedział, co się wokół niego działo. Słyszał monotonny szum deszczu. Uchylił nieco pokrywę, wysunął rękę, zebrał odrobinę wody w zagłębienie dłoni i wychłeptał. Osłabiony leżał w piachu. Być może zapadł zmierzch. Być może nastała noc. Być może udało mu się przetrwać. Być może nie istniał.
O świcie następnego dnia usłyszał ten dźwięk. Poczuł dygot całej konstrukcji. Platforma wznowiła odwierty.

* * *