Część 2:
Promieniowanie tła
„Bez przerwy gdzieś bił albo
dzwonił mechanizm grający, albowiem każdy z tych zegarów pokazywał inny czas.
Nie powstawał jednak wskutek tego nieprzyjemny hałas, tylko jednostajny
brzęczący szum, niczym latem w lesie”.
Michael Ende „Momo”. Tłum. R.
Wojnakowski
2.1. W sztucznym
świetle (1)
2(?)-05-2034
Przyćmione światło. Pragnienie. Wyczerpanie. Rozdrażnienie. Zmęczenie.
Przyćmione światło. Głód. Strach. Agresja. Przyćmione światło. Płytki sen.
Otępienie. Niepokój. Bezsilność. Panika. Przyćmione światło. Płytki sen. Do
Luisy docierały jedynie oderwane bodźce. Nienaturalnie wyostrzone zmysły
doprowadzały umysł do stanu dezintegracji. Czas zamienił się w jedną
nieskończoną, anonimową godzinę. Przebywała w zamknięciu z grupą ludzi, w
pomieszczeniu bez okien. Awaryjne światło i klimatyzacja uczyniły atmosferę
ciężką i otępiającą. Inni zakładnicy osiągali ten sam stopień zmęczenia, lęku i
frustracji. Dochodziły ją matowe, przygaszone głosy:
– Co z nami zrobią?
– Musimy współpracować.
– Ja mam rodzinę! Nie chcę tutaj ginąć.
– Umieram z pragnienia. Odkupię wodę.
– A co ja zrobię z pieniędzmi?
– Jestem osłabiony. Muszę się położyć. Zróbcie mi miejsce.
– Musimy walczyć. Nie poddawajmy się.
– Niech korporacja nas wykupi. Stać ich.
– Boję się. Będą nas torturować. A potem zabiją.
– I tak wszyscy kiedyś umrzemy.
Luisa nie ruszała się ze swojego miejsca. Fragment podłogi i fragment
ściany w głębi sali, z dala od wyjścia. Minęły pierwsze chwile paniki. Nastąpił
rozmyty etap otępiałego niepokoju. Jednostajne oświetlenie sali konferencyjnej
nie pozwalało ocenić upływu czasu.
Zamachowcy zostawili im trzy duże kanistry z wodą na piętnaście osób oraz
skrzynkę zawierającą głównie batony i chipsy ziemniaczane. W wyniku gwałtownej
dyskusji zakładnicy zaczęli racjonować porcje. Przy zapasach straż pełniły dwie
sprzątaczki. Opróżnili już dwa baniaki i napoczęli trzeci. Musiała minąć
przynajmniej jedna doba. Być może właśnie zaczynał się nowy dzień. Tak
dedukowała Luisa.
Bezsilność i wyczerpanie wywoływały mimowolną agresję. W pomieszczeniu
wybuchały awantury, coraz bardziej histeryczne i brutalne. Siedzący pod ścianą
steward o obwisłej twarzy zawodził bezustannie, wpatrzony martwo w przestrzeń.
Spocony kucharz o śniadej karnacji gniewnym głosem wyrzucał z siebie pytania:
– Gdzie jest ochrona? Gdzie jest wojsko? Czemu nikt nas nie odbije?
Zawtórował mu zwalisty mężczyzna w błękitnym fartuchu pielęgniarza:
– Rozwalmy te drzwi! Razem zdołamy ich pokonać.
Otyła sprzątaczka z drugiego końca sali huknęła:
– Oszalałeś? Zabiją nas wszystkich!
Steward jęknął:
– I tak nas zabiją. Już jesteśmy skończeni.
– Przeciwnie. Nic nam się nie stanie. Musimy tylko współpracować.
Wszyscy nagle zamilkli. W przygnębiającej ciszy rozległ się jękliwy głos
stewarda:
– Wszyscy zginiemy.
Otyła sprzątaczka wstała z gwałtowną lekkością i niespodziewanie szybko
znalazła się przy mężczyźnie. Bez najmniejszego ostrzeżenia swoją wielką,
masywną dłonią chlusnęła go na odlew w twarz.
– Zamknij się!
Głowa stewarda odskoczyła i łupnęła o ścianę. Z nosa pociekła krew.
Rozwarte oczy patrzyły na kobietę w wyrazie szoku i oszołomienia, ale bez
nienawiści i strachu, jakby mężczyzna doznał religijnego oświecenia.
Luisa odeszła jak najdalej od zbiegowiska przy drzwiach. Przywarła do
ściany. Poczuła dygot metalowej powierzchni.
Po drugiej stronie ściany, dwa poziomy wyżej znajdowała się plastykowa skrzynia
z piaskiem na wypadek pożaru. Wewnątrz niej ukrywał się skostniały człowiek. On
też poczuł dygot.
Brian wyrwał się z letargu. Nie czuł swojego ciała, jedynie rozpaloną
kulę bólu otaczającą umysł. Zamiast myśli, jego świadomość wypełniało
otępiające wirowanie pragnień. Woda. Pragnienie. Jedzenie. Ból. Powietrze. Strach.
Przestrzeń. Paraliż. Plastykowa kryjówka zmieniała swój kształt. Wydłużała się
i zwężała, jakby miała go zgnieść. Potem nagle rozszerzała się w
nieskończoność, a on sam stawał się bezwładnym, prostokątnym pojemnikiem z
tworzywa sztucznego.
Zaczęło się kilkanaście godzin wcześniej. Wówczas wiele rzeczy wydarzyło
się jednocześnie. Napastnicy w czarnych skafandrach wdarli się na główny pokład
platformy z niewielkiego holownika, cumującego przy jednej z betonowych podpór.
Czarne sylwetki rozbiegły się w dobrze zorganizowanym manewrze strategicznym.
Zamachowcy znali doskonale plan konstrukcji. Zajęli sterówkę, maszynownię i
kabinę nawigacyjną. Zablokowali korytarze części socjalnej.
Kiedy Brian usłyszał hałas i gwałtowne, podniesione głosy, znajdował się
na galerii obiegającej tylną ścianę modułu hotelowego. Pobiegł do wejścia. Na
drzwiach zobaczył czerwony rozbryzg. Przed progiem leżał ochroniarz. Brian w niekontrolowanym
odruchu wspiął się na barierkę. Filary platformy rozmywały się w mglistej
mżawce wzbudzonej przez poszarpane fale. Instynkt przetrwania nie pozwalał mu
wykonać samobójczego kroku. Obok niego, w miejscu gdzie wznosiło się
rusztowanie podtrzymujące rury instalacji, znajdował się przeciwpożarowy
pojemnik na piasek. Plastykowa skrzynia miała mniej więcej półtora metra
długości, niecały metr wysokości i około pół metra szerokości. Brian obiema rękoma
częściowo opróżnił kontener. W ataku
paniki zakopał się w pozostałej pryzmie. Osunął się w ciemność skrzyni. Zamknął
oczy. Wstrzymał oddech. Zamarł. Wycofał swoją świadomość w głąb zwojów mózgu,
aż stała się jedynie drobnym punktem pośród innych punktów, panicznie
wirujących wokół własnej osi. Robił już tak wcześniej, podczas napadów
maniakalnej depresji.
Z upływem czasu ciemność zamieniła się w szarą poświatę. Przenikliwie, mroźne
powietrze wypełniło przestrzeń. Nadszedł poranek następnego dnia. Brian usłyszał
ruch i zamieszanie. Przez niewielkie pęknięcie w pokrywie pojemnika mógł
zobaczyć przyczynę zamieszania. Zamachowcy spędzili załogę na pokład. Apatyczni
robotnicy bezwolnie dawali się prowadzić, ustawić w szeregi, a potem posłusznie
uklękli na pokładzie. Komenderowało nimi kilku ludzi w czarnych skafandrach i
kaskach motocyklowych z niewielkimi karabinami automatycznymi. Wszystko odbywało
się w niezwykłej, złowrogiej ciszy.
Brian widział jedynie fragmenty pokładu. Nie zobaczył nikogo z personelu
naukowego i hotelowego. Nie rozumiał, czemu silni, agresywni mężczyźni byli
tacy bierni i pozbawieni inicjatywy. Napastnicy bez trudu zdołali ich
zdominować. Wszyscy zamachowcy wyglądali identycznie. Mieli czarne kaski
motocyklowe na głowach, a ich ciała osłaniały czarne błyszczące skafandry.
Trudno było rozróżnić dystynkcje, a nawet płeć. Jak się komunikowali?
Jeden z Czarnych Kasków stanął z przodu, przed otępiałą ekipą, która
klęczała w kilku rzędach na mokrym pokładzie. W końcu przemówił do więźniów. Czarna,
obła głowa obracała się powoli. Ograniczona gestykulacja przykuwała uwagę.
Mówca unosił ramiona w płynnych, hipnotycznych ruchach. Na dłoniach miał czarne
rękawice.
– Na początku była gęsta, płynna ciemność. Z ciemności wyłoniła się
żądza. Pomiędzy ciemnością a żądzą rozwarła się otchłań trwogi. Z otchłani wypełzła
ludzkość. Zagnieździła się w żądzy. Z drgawek owładniętej żądzą ludzkości wyciekło
światło. Światło stało się fortecą i więzieniem ludzkości. Ciemność i trwoga
spłodziły czas. Czas zaczął pożerać żądzę i światło. Ludzkość karmiła żądzę.
Czas przyspieszał. Aby podtrzymać żądzę i światło, ludzkość zbudowała maszynę.
Oto przyspieszenie. Oderwane momenty. Praca. Przyjemność. Sen. Szybkość.
Maszyny pragnące. Społeczeństwo atomowe. Trójkąt edypalny. Powielanie
kompleksów. Dystrybucja pragnień.
Czarna sylwetka zamarła.
Brian wciąż widział pokład przez szczelinę między pokrywą a ścianami
skrzyni. Pracownicy platformy wciąż klęczeli na metalowym poszyciu. Przed nimi
widniał rząd metalowych beczek, których używano do składowania oleju
maszynowego. Ponad nimi, na haku zawieszonym na stalowej linie, kołysały się
dwie ludzkie sylwetki, związane ze sobą plecami.
Bezosobowy mówca wszedł pomiędzy siedzących zakładników.
– Dla was zaczyna się nowe życie. Człowiek jest nieskończenie elastyczny
i doskonale kompatybilny. Jedynie dogmaty są przeszkodą. Jednostkowa świadomość
jest największym oszustwem kapitalizmu. Staniecie się częścią doskonałego
mechanizmu. Paliwem dla procesu, z którego powstanie nowy kosmos.
Nastąpił koniec bełkotliwego przemówienia. Mechanizm dźwigu ruszył. Hak z
zawieszonymi ludźmi zaczął opuszczać się w dół. Ofiary musiały być martwe albo
nieprzytomne, bo pozostawały bezwładne, kiedy je obniżano. Ostatecznie dwie
sylwetki zniknęły w beczce. Ponad krawędź wystawały jedynie głowy. Wokół nich
obwiązano kabel, który niknął gdzieś wewnątrz instalacji windy wiertła. Na całą
upiorną maszynerię zaczął padać deszcz.
Brian nie chciał wiedzieć, co miało wydarzyć się później. Ukryty w plastykowej
skrzyni dryfował przez czas. Nie wiedział, co się wokół niego działo. Słyszał
monotonny szum deszczu. Uchylił nieco pokrywę, wysunął rękę, zebrał odrobinę
wody w zagłębienie dłoni i wychłeptał. Osłabiony leżał w piachu. Być może
zapadł zmierzch. Być może nastała noc. Być może udało mu się przetrwać. Być
może nie istniał.
O świcie następnego dnia usłyszał ten dźwięk. Poczuł dygot całej
konstrukcji. Platforma wznowiła odwierty.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz