sobota, 16 grudnia 2017

9. Elegia dla E. (2)




 26-05-2034
Coś dziwnego działo się z miastem. Zapadało się w głąb swoich niespokojnych snów, wstrząsane nieświadomymi konwulsjami. Coraz częściej horyzont rozświetlały łuny pożarów. Niektóre budynki znikały z dnia na dzień, gdzie indziej w nieoczekiwanych miejscach pojawiały się nieznane budowle. Obcy przybysze zaludniali ulice wyłączone z ruchu. Władze nie wydały oficjalnego oświadczenia, jednak ogłoszono stan wyjątkowy. Odizolowane dzielnice zaczynały żyć własnym życiem.
Z kolei sam Berlin został odcięty od reszty kraju. Miasto otoczono kordonem sanitarnym. Oficjalne media milczały, rozchodziły się jedynie pogłoski o niejasnych incydentach w odległych landach Badenii-Wirtembergii czy Nadrenii Północnej-Westfalii. W remizach i domach parafialnych zbierali się krótko ostrzyżeni mężczyźni w czarnych, ortalionowych kurtkach. Drogi dojazdowe do miast blokowały konwoje furgonetek i autobusów z zasłoniętymi oknami. Podobne wypadki zachodziły w innych częściach Europy.
Wielki ruch składał się z milionów drobnych przesunięć. Wśród nich Erwin podążał na spotkanie z Holgarem. Estakada kolejki mijała szeregi kamienic zagubionych wśród bezdroży czasu. Szare, rozmyte niebo rozpościerało się nad nimi niczym panoramiczny obraz amnezji, skompresowane glitche wieczności. Kolejka wjechała do tunelu. Podziemne nurty emanowały mięsistą ciemnością pogłosy krzyków cienie sylwetek na murach zamazane napisy potłuczone szkło dzikie uśmiechy głodne oczy kwaśny zapach nędzy chwasty pochyłe ogrodzenie cegły kominy obcy zmierzch.
Holgar czekał już na niego przy kontuarze ulicznego baru. Przy wysokim, chybotliwym stoliku dwaj zawiani mężczyźni sączyli piwo z butelek. Przed nimi na tackach stygły kiełbaski posypane curry. Za ladą garbiła się drobna kobieta o wymizerowanej twarzy z sinożółtymi obwódkami wokół oczu. Jej zaniedbana cera sugerowała emigrantkę z totalitarnej Europy Wschodniej. W głębi kontenera połyskiwały rzędy niewielkich buteleczek. Erwin spodziewał się, że jego decyzja może być dla prawnika pewnym zaskoczeniem. Postanowił przedtem nieco wybadać grunt.
– Zanim zaczniemy, Holgar. Ta kamienica, to mieszkanie… Czy możesz powiedzieć coś więcej? Mam wrażenie, że kryje jakąś tajemnicę.
Holgar rzucił mu baczne spojrzenie.
– Nie zajmuję się nieruchomościami. Moją specjalnością są mediacje między ludźmi.
Ta odpowiedź wprawiła Erwina w zdumienie. Natychmiast się wycofał.
– Czy powinienem o czymś wiedzieć?
– Być może. O zamiarach ukrytych za faktami.
O czym on mówił? O tajemniczym pokoju w głębi? O nieoczekiwanym powinowactwie? O przeszłości jego rodziny? Erwin odczuł dezorientację. Odkąd tu się zatrzymał, w jego życiu pojawiało się coraz więcej zagadek.
Holgar spuścił wzrok.
– Ktoś chciał się z tobą spotkać. On sam wyjaśni to najlepiej.
Erwin z daleka rozpoznał charakterystyczną sylwetkę. Szczupła, koścista postać, niesymetrycznie przechylona, zbliżała się, uważnie lawirując między przechodniami. Pofalowane, siwiejące włosy otaczały skupioną twarz o ściągniętych, ascetycznych rysach. Holgar podjął swoją ulubioną rolę prezentera.
– Wy się znacie, prawda?
Uwe Hillebrandt zwrócił się bezpośrednio do Tucholsky’ego.
– Tak, oczywiście. Bardzo cię szanuję, Erwin. Nakłoniłem do tego spotkania naszego wspólnego przyjaciela.
Erwin instynktownie cofnął się i napiął mięśnie.
– Do czego zmierzasz?
– Razem możemy wiele zdziałać.
– Co masz na myśli?
– Twoja sytuacja otwiera nowe możliwości – Uwe poprawił okulary i śmiało spojrzał mu w twarz. – Ta kamienica… Nie wiem, czemu ludzie tak uporczywie trzymają się przeszłości. Przecież to zwykła czynszówka budowana najtańszym kosztem.
– W dzisiejszych czasach trzeba współpracować – zawtórował mu Holgar. – Tylko spółki mają szanse przetrwać.
– Jak widzę, wy już współpracujecie.
Erwin zamknął oczy. Aura Holgara kołysała się niczym zielony płomień. Uwe skąpany był w kaskadzie szarobłękitnego światła, które przepływało przez niego na wskroś. Z kolei ich obydwu otaczała drgająca czerwona obwódka, przypominająca promień lasera.
Erwin wziął głęboki oddech.
– Zamierzam tu zostać. Nie chcę niczego burzyć ani sprzedawać.
– Zmieniłeś się, Erwin.
– Tylko zmiana jest niezmienna.
Ta krótka rozmowa wprawiła wszystkich w konsternację i nikt nie był zadowolony z rezultatu.
Kiedy Tucholsky wracał ze spotkania, kolejny raz na niebie rozwinęły się spirale zórz magnetycznych. Zielono-błękitne wstęgi wznosiły się wężowymi splotami ku zenitowi. Drgały ponad pochyłym stożkiem Sony Center, mnożyły cienie między drzewami Tiergarten, rozlewały się ponad kopułą Parlamentu, barwiły fale Sprewy i skórę dziwek na Oranienburgerstrasse. Przechodnie zatrzymywali się i filmowali zjawisko, jakby jakakolwiek karta pamięci mogła pomieścić tak ulotną i nieokiełznaną potęgę. A zorze śpiewały. Nostalgiczne wołanie przestworzy, echo przyszłości zawisło ponad światem.
Erwin pomyślał o Klarze, poszukującej sygnałów kosmosu i przygnębionej dewastacją laboratorium. Jednocześnie wciąż miał w pamięci niedawną rozmowę, wpatrzone w niego oczy Holgara i Uwego. Żywiołowo podjął kolejną decyzję. Napisał do Klary:

„Mam dla ciebie propozycję. Musisz zobaczyć mój nowy dom”.

W tym momencie zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy pomyślał „mój”. Dopiero teraz zaczął rozpoznawać tę pustą przestrzeń jako własne miejsce. A miejsce stało się przedłużeniem jego własnej osoby. Z tej ciągłości wyłaniała się nowa tożsamość.
– Elegia dla E.! – usłyszał krzyk. Na szerokim skrzyżowaniu ulic zobaczył dwoje ulicznych performerów. Zaniedbany chłopak w skórzanej kurtce grał na gitarze podłączonej do przenośnego wzmacniacza. Obok niego pospolicie ubrana dziewczyna obiema dłońmi trzymała mikrofon przed zaczerwienioną twarzą. Wykrzykiwała słowa, które Erwin początkowo wziął za hasła polityczne. Po chwili zorientował się, że dziewczyna recytuje jakąś poezję.

Elegia dla E.!
Kiedy umierałaś, wygaszono huty Zagłębia Ruhry, zamknięto kopalnie Lotaryngii i fabryki zegarków w Genewie.
Kiedy umierałaś, gniewni separatyści zablokowali autostrady północnych Włoch.
Kiedy umierałaś, zapłonęły żałobne znicze platform wiertniczych na Morzu Północnym.
Kiedy umierałaś, zaczęły usychać lasy Finlandii i Polski.
Kiedy umierałaś, na własnych kolanach przemierzyłam każdą bruzdę twojego oblicza, od Cabo da Roca do Nordkapp.
Widziałam wyjałowione pola, opustoszałe miasta i przepełnione obozowiska uchodźców.
Kiedy umierałaś, wykasowano twoje dane osobowe z twardego dysku świata.
Twoje zagubione, osierocone dzieci, próbują zagłuszyć lęk  przemocą i seksem.
Trzymałam twoją słabnącą dłoń wygnanej królowej,
Patrzyłam w twoje mętniejące oczy odtrąconej matki.

Dziewczyna zniżyła głos i zaczęła zawodzić jak w transie:

Ubrali cię w ognioodporną wykładzinę samotności.
Zamknęli cię w aerodynamicznej karoserii samotności.
Czuwają nad tobą odrzutowe myśliwce samotności.
Wznoszą się nad tobą żałobne welony spalin samotności.

Jej słowa przeszły w nieartykułowany krzyk. Przekroczyła pewną granicę i straciła kontrolę nad swoja ekspresją. Chłopak coraz brutalniej znęcał się nad gitarą. Przewrócił się i leżał na instrumencie, wykonując groteskowe ruchy frykcyjne. Dziewczyna pogrążyła się w histerycznych konwulsjach. Wzmacniacz przekazywał już tylko jazgotliwe sprzężenia. Erwin współczuł tej młodej parze, która bezskutecznie usiłowała zwrócić na siebie uwagę.

* * *

KONIEC CZĘŚCI 1.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz