26-05-2034
Coś dziwnego działo się z miastem. Zapadało się w głąb swoich
niespokojnych snów, wstrząsane nieświadomymi konwulsjami. Coraz częściej
horyzont rozświetlały łuny pożarów. Niektóre budynki znikały z dnia na dzień, gdzie
indziej w nieoczekiwanych miejscach pojawiały się nieznane budowle. Obcy przybysze
zaludniali ulice wyłączone z ruchu. Władze nie wydały oficjalnego oświadczenia,
jednak ogłoszono stan wyjątkowy. Odizolowane dzielnice zaczynały żyć własnym życiem.
Z kolei sam Berlin został odcięty od reszty kraju. Miasto otoczono
kordonem sanitarnym. Oficjalne media milczały, rozchodziły się jedynie pogłoski
o niejasnych incydentach w odległych landach Badenii-Wirtembergii czy Nadrenii
Północnej-Westfalii. W remizach i domach parafialnych zbierali się krótko
ostrzyżeni mężczyźni w czarnych, ortalionowych kurtkach. Drogi dojazdowe do
miast blokowały konwoje furgonetek i autobusów z zasłoniętymi oknami. Podobne
wypadki zachodziły w innych częściach Europy.
Wielki ruch składał się z milionów drobnych przesunięć. Wśród nich Erwin podążał
na spotkanie z Holgarem. Estakada kolejki mijała szeregi kamienic zagubionych
wśród bezdroży czasu. Szare, rozmyte niebo rozpościerało się nad nimi niczym
panoramiczny obraz amnezji, skompresowane glitche wieczności. Kolejka wjechała
do tunelu. Podziemne nurty emanowały mięsistą ciemnością pogłosy krzyków cienie
sylwetek na murach zamazane napisy potłuczone szkło dzikie uśmiechy głodne oczy
kwaśny zapach nędzy chwasty pochyłe ogrodzenie cegły kominy obcy zmierzch.
Holgar czekał już na niego przy kontuarze ulicznego baru. Przy wysokim, chybotliwym stoliku dwaj zawiani
mężczyźni sączyli piwo z butelek. Przed nimi na tackach stygły kiełbaski
posypane curry. Za ladą garbiła się drobna kobieta o wymizerowanej twarzy z sinożółtymi
obwódkami wokół oczu. Jej zaniedbana cera sugerowała emigrantkę z totalitarnej
Europy Wschodniej. W głębi kontenera połyskiwały rzędy niewielkich buteleczek.
Erwin spodziewał się, że jego decyzja może być dla prawnika pewnym zaskoczeniem.
Postanowił przedtem nieco wybadać grunt.
– Zanim zaczniemy, Holgar. Ta kamienica, to mieszkanie… Czy możesz
powiedzieć coś więcej? Mam wrażenie, że kryje jakąś tajemnicę.
Holgar rzucił mu baczne spojrzenie.
– Nie zajmuję się nieruchomościami. Moją specjalnością są mediacje między
ludźmi.
Ta odpowiedź wprawiła Erwina w zdumienie. Natychmiast się wycofał.
– Czy powinienem o czymś wiedzieć?
– Być może. O zamiarach ukrytych za faktami.
O czym on mówił? O tajemniczym pokoju w głębi? O nieoczekiwanym powinowactwie?
O przeszłości jego rodziny? Erwin odczuł dezorientację. Odkąd tu się zatrzymał,
w jego życiu pojawiało się coraz więcej zagadek.
Holgar spuścił wzrok.
– Ktoś chciał się z tobą spotkać. On sam wyjaśni to najlepiej.
Erwin z daleka rozpoznał charakterystyczną sylwetkę. Szczupła, koścista
postać, niesymetrycznie przechylona, zbliżała się, uważnie lawirując między
przechodniami. Pofalowane, siwiejące włosy otaczały skupioną twarz o
ściągniętych, ascetycznych rysach. Holgar podjął swoją ulubioną rolę prezentera.
– Wy się znacie, prawda?
Uwe Hillebrandt zwrócił się bezpośrednio do Tucholsky’ego.
– Tak, oczywiście. Bardzo cię szanuję, Erwin. Nakłoniłem do tego
spotkania naszego wspólnego przyjaciela.
Erwin instynktownie cofnął się i napiął mięśnie.
– Do czego zmierzasz?
– Razem możemy wiele zdziałać.
– Co masz na myśli?
– Twoja sytuacja otwiera nowe możliwości – Uwe poprawił okulary i śmiało spojrzał
mu w twarz. – Ta kamienica… Nie wiem, czemu ludzie tak uporczywie trzymają się
przeszłości. Przecież to zwykła czynszówka budowana najtańszym kosztem.
– W dzisiejszych czasach trzeba współpracować – zawtórował mu Holgar. –
Tylko spółki mają szanse przetrwać.
– Jak widzę, wy już współpracujecie.
Erwin zamknął oczy. Aura Holgara kołysała się niczym zielony płomień. Uwe
skąpany był w kaskadzie szarobłękitnego światła, które przepływało przez niego
na wskroś. Z kolei ich obydwu otaczała drgająca czerwona obwódka,
przypominająca promień lasera.
Erwin wziął głęboki oddech.
– Zamierzam tu zostać. Nie chcę niczego burzyć ani sprzedawać.
– Zmieniłeś się, Erwin.
– Tylko zmiana jest niezmienna.
Ta krótka rozmowa wprawiła wszystkich w konsternację i nikt nie był
zadowolony z rezultatu.
Kiedy Tucholsky wracał ze spotkania, kolejny raz na niebie rozwinęły się
spirale zórz magnetycznych. Zielono-błękitne wstęgi wznosiły się wężowymi
splotami ku zenitowi. Drgały ponad pochyłym stożkiem Sony Center, mnożyły
cienie między drzewami Tiergarten, rozlewały się ponad kopułą Parlamentu,
barwiły fale Sprewy i skórę dziwek na Oranienburgerstrasse. Przechodnie
zatrzymywali się i filmowali zjawisko, jakby jakakolwiek karta pamięci mogła
pomieścić tak ulotną i nieokiełznaną potęgę. A zorze śpiewały. Nostalgiczne
wołanie przestworzy, echo przyszłości zawisło ponad światem.
Erwin pomyślał o Klarze, poszukującej sygnałów kosmosu i przygnębionej
dewastacją laboratorium. Jednocześnie wciąż miał w pamięci niedawną rozmowę,
wpatrzone w niego oczy Holgara i Uwego. Żywiołowo podjął kolejną decyzję.
Napisał do Klary:
„Mam dla ciebie propozycję. Musisz
zobaczyć mój nowy dom”.
W tym momencie zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy pomyślał „mój”.
Dopiero teraz zaczął rozpoznawać tę pustą przestrzeń jako własne miejsce. A
miejsce stało się przedłużeniem jego własnej osoby. Z tej ciągłości wyłaniała
się nowa tożsamość.
– Elegia dla E.! – usłyszał krzyk. Na szerokim skrzyżowaniu ulic zobaczył
dwoje ulicznych performerów. Zaniedbany chłopak w skórzanej kurtce grał na
gitarze podłączonej do przenośnego wzmacniacza. Obok niego pospolicie ubrana
dziewczyna obiema dłońmi trzymała mikrofon przed zaczerwienioną twarzą.
Wykrzykiwała słowa, które Erwin początkowo wziął za hasła polityczne. Po chwili
zorientował się, że dziewczyna recytuje jakąś poezję.
– Elegia dla E.!
Kiedy umierałaś, wygaszono huty
Zagłębia Ruhry, zamknięto kopalnie Lotaryngii i fabryki zegarków w Genewie.
Kiedy umierałaś, gniewni
separatyści zablokowali autostrady północnych Włoch.
Kiedy umierałaś, zapłonęły żałobne
znicze platform wiertniczych na Morzu Północnym.
Kiedy umierałaś, zaczęły usychać
lasy Finlandii i Polski.
Kiedy umierałaś, na własnych
kolanach przemierzyłam każdą bruzdę twojego oblicza, od Cabo da Roca do
Nordkapp.
Widziałam wyjałowione pola, opustoszałe
miasta i przepełnione obozowiska uchodźców.
Kiedy umierałaś, wykasowano twoje
dane osobowe z twardego dysku świata.
Twoje zagubione, osierocone dzieci,
próbują zagłuszyć lęk przemocą i seksem.
Trzymałam twoją słabnącą dłoń wygnanej
królowej,
Patrzyłam w twoje mętniejące oczy odtrąconej
matki.
Dziewczyna zniżyła głos i zaczęła zawodzić jak w transie:
– Ubrali cię w ognioodporną
wykładzinę samotności.
Zamknęli cię w aerodynamicznej
karoserii samotności.
Czuwają nad tobą odrzutowe myśliwce
samotności.
Wznoszą się nad tobą żałobne welony
spalin samotności.
Jej słowa przeszły w nieartykułowany krzyk. Przekroczyła pewną granicę i
straciła kontrolę nad swoja ekspresją. Chłopak coraz brutalniej znęcał się nad
gitarą. Przewrócił się i leżał na instrumencie, wykonując groteskowe ruchy
frykcyjne. Dziewczyna pogrążyła się w histerycznych konwulsjach. Wzmacniacz
przekazywał już tylko jazgotliwe sprzężenia. Erwin współczuł tej młodej parze,
która bezskutecznie usiłowała zwrócić na siebie uwagę.
* * *
KONIEC CZĘŚCI 1.
