(??)-(??)-2034
Doszło do katastrofy czasu. Skumulowany i sprężony pod dużym ciśnieniem,
czas początkowo zapadł się do wewnątrz, ulegając implozji. Następnie osiągnął
masę krytyczną i eksplodował z wielką mocą, rozprzestrzeniając się na wszystkie
strony multiwersum, niszcząc po drodze każdą racjonalną strukturę. Czasoprzestrzeń
rozpadła się na niepowiązane ze sobą mgławice przypadków. Mnożyły się
płaszczyzny trwania, odrębne strumienie i spirale sytuacji. Ruiny czasu
zasypały to, co zwykle nazywaliśmy teraźniejszością. Pojawiały się szerokie
rozlewiska martwych chwil. Zapętlone fragmenty godzin dryfowały wśród połaci
anonimowych momentów. W wielu miejscach utrzymywała się ta sama pora dnia. Strzępy
miesięcy powtarzały wciąż od nowa ten samy cykl zmian. Gdzie indziej pojawiały
się szczeliny prowadzące do minionych i przyszłych epok. Z kolei w niektórych
zaułkach czas skurczył się do uschniętych ziaren jałowych minut, obracających
się bezcelowo jak skrzypiące kółka zębate wadliwego mechanizmu.
Zmiany
następowały skokowo, bez etapów pośrednich. To co miało się stać, grzęzło w
tym, co już było. To co było, dopiero miało się stać, jeśli nie rozpływało się
w otchłani możliwości. Przeżycia przemieszczały się ze wspomnień do oczekiwań.
Przeszłość i przyszłość przeplatały się ze sobą we współczesności. Innym razem
dochodziło do czegoś w rodzaju skoku kwantowego, zjawiska przenikały z
przeszłości do przyszłości, omijając chwilę obecną. Zdarzały się zniknięcia, a
zdarzenia znikały, jak ciche rozbłyski na niebie. Ludzie gubili swoje epoki,
albo zamierali w soczewkach zastygłego czasu. Nawet tło trwania zetlało i
skurczyło się jak skóra uschniętego owocu.
Najbardziej zaskakujące były ulotne ślady innych epok, zmysłowe doznania,
które prześlizgiwały się przez szczeliny czasu. Zaginione dźwięki przeszłości i
dawno zapomniane wonie wdzierały się do tego świata, niezwiązane z
przedmiotami, wyrwane z kontekstu. Pozbawione
źródła, jak fale promieniowania błądzące w kosmosie, kiedy pierwiastek zdążył
się już rozpaść. Zapachy dawnego miasta wyprowadzały z równowagi, odbierały
poczucie orientacji w przestrzeni. Zapach węgla palonego w piecach, duszący
aromat gotowanej kapusty i mięsa, upojny zapach podkładów kolejowych, ostry
odór końskiego łajna, słona woń elektryczności. Wtórowały im osobliwe dźwięki, rżenie
koni i dzwonki tramwajów, nawoływania sprzedawców ulicznych, syreny alarmowe i łoskot
żołnierskich butów, odległe eksplozje, trzask tłuczonego szkła i okrzyki niewidzialnych
manifestacji. Wiatr przynosił dźwięki dawnego koncertu z okolic Bramy Brandenburskiej,
huk przelatujących nisko samolotów, a nawet odgłosy transmisji nieistniejących
stacji radiowych z dźwiękami tandetnych piosenek operetkowych.
Z innych czasów wyłaniały się budynki,
place i ulice, zastępując istniejące dotychczas budowle. Zbulwersowany tłum
obserwował stopniowe zanikanie aluminiowo-szklanych prostopadłościanów Europa
Center przy Breitscheidplatz, w miejsce których zmaterializował się kamienny budynek Romanische Haus. Najbardziej
deprymujące było to, że pojawiła się okaleczona, powojenna ruina onegdaj majestatycznego
neoromańskiego gmachu. W pewne dni wciąż prześwitywały neony i logo Mercedesa,
niczym uwięzione między warstwami skrystalizowanego czasu. Nad Potsdamer Platz pojawiła
się charakterystyczna kopuła Haus Vaterland, wtopiona między smukłe wieżowce.
Fasada rozbłysła ostrym światłem elektrycznych żarówek. Klientela największych kawiarni
dawnej Europy zastygła w szoku na chwilę, zanim rozpadła się jak zetlały papier. Nieco dalej,
przy Leipziger Platz ukazał się dom handlowy Wertheima. Ściany, korytarze i
okna budynków przenikały się w chaotycznej mozaice kształtów. Na tyłach
Alexander Platz wyrosła ceglana bryła komendy głównej policji. Widmowe wieże
strażnicze niespodziewanie wznosiły się ponad ulicami. Wyrzucone poza czas,
kontrolowały nieistniejącą przestrzeń. Znowu zaludniły się kamienice w zaułkach nad Sprewą. Na
powrót zaświecił się dawno zapomniany neon dyskoteki SOUND, złudnie barwny
pośród monotonii witryn. Jedynie sterylne wieżowce ze szkła i aluminium
wznosiły się niewzruszenie na Ernst-Reuter-Platz, realne upiory kapitału.
Całe continuum straciło ciągłość. Ludzkie widma błądziły wśród odłamków
innych epok. Mężczyźni w zimowych czapkach z nausznikami, wytatuowani
sprzedawcy staroci, kobiety w skórzanych płaszczach, wszyscy starali się po
prostu przetrwać. Konspiracyjne sylwetki pojawiały się i nikły w gąszczu cieni
na Nollendorf Platz. Upiornie zabiedzone szwadrony bezdomnych i pogorzelców rozpierzchły
się z przerażeniem po nieznanym sobie terenie, błyskając wygłodniałymi oczami. Z
kolei stateczni mieszczanie jeszcze z czasów cesarstwa trzymali się kurczowo
znanych ulic, Bülowstrasse czy Tauentzienstrasse, krocząc lunatycznym krokiem
wśród nieistniejących kawiarni i sklepów. Zjawy przeszłości, uwięzione w
pętlach czasu, powtarzały te same sekwencje czynności.
Erwin nie opuszczał kamienicy przy Max Steinke Strasse 26. Zaprzyjaźnił
się z Schulzem, zwanym Trollem. Ten niezdrowo wychudzony mężczyzna z długimi,
przerzedzonymi włosami, nie dbał o higienę i nosił sfatygowane ubranie. Jednak
wszelkie braki w wyglądzie rekompensował brzmieniem głosu, wesołego, miękkiego
i nieco zachrypniętego. Schulz okazał się uosobieniem duszy tego miasta. Jego tożsamość
określała ta prosta deklaracja, która zawsze jednoczyła wszystkich mieszkańców
Berlina: „chcę tu być”.
Siedzieli na chodniku przed bramą kamienicy. Rozmawiali o możliwych
przyczynach niezwykłych wydarzeń. Schulz miał oczywiście swoją teorię.
– Jestem pewien, że
to efekt tajnych projektów rządowych agencji. Nigdy im
nie ufałem – zapewnił stanowczo.
– Co
takiego? – zdziwił się Erwin.
– Wszystko jest
oczywiste. Od dawna wykonują podziemne testy
broni grawitacyjnej. Stąd te zaburzenia. Eksperymentują z jądrem Ziemi.
Chcą doprowadzić do magnetycznego przebiegunowania naszej planety – skwitował Schulz.
– Trudno w to
uwierzyć. Jaką korzyść odnieśliby z takich globalnych zmian? – Erwin
poczuł dawno nieobecny impuls szalonego natchnienia. – Może to tylko część
większego procesu, nad którym nikt nie panuje? Rzeczywistość wirtualna, przyspieszenie
cząstek elementarnych, biotechnologie… Jak mogliśmy sądzić, że to nie przyniesie
żadnych negatywnych skutków? Może po dekonstrukcji materii dokonaliśmy destrukcji
czasoprzestrzeni?
– Niech się
dzieje, co ma się dziać. I tak się stąd nie ruszę – Schulz twardo postawił
sprawę.
Znienacka
kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się od ściany
ponad ich głowami. Kolejny kamień stłukł szybę świetlika w bramie. Poszarpane
momenty spiętrzyły się w nieciągłości i równoczesności zdarzeń.
Po
drugiej stronie ulicy zjawiła się grupa
nastolatków w odblaskowych dresach. Ich niesymetryczne, szokująco zmodyfikowane
ciała dygotały z podniecenia. Dłonie jednego z nich zostały rozszczepione aż do
nadgarstków, na podobieństwo ptasich szponów. Z policzków innego wyrastały pulsujące
fałdy skóry, przypominające gadzi kołnierz.
Stanęli w
półkolu drwiąc głośno i dopiero teraz zaczęli rzucać kamieniami.
Z
nieoczekiwaną gwałtownością Schulz wyrwał spod siebie taboret i zamachnął się
naprężając żylaste ciało. Drewniany stołek przeleciał ponad ulicą i trafił
jednego z napastników w głowę. Chłopak przewrócił się. Natychmiast wstał, otrząsnął się,
podskoczył. Miał wybitą szczękę. Jedną ręką z głośnym chrupnięciem nastawił
kości. Splunął krwią i zarechotał.
Schulz
wyciągnął ze spodni szeroki pas i bez wahania ruszył w stronę gangu. Zmutowane
wyrostki z agresywnym rozbawieniem rozbiegły się w przeciwnych kierunkach.
Erwin był
zaskoczony temperamentem sąsiada. W oczach Trolla zalśniły niebezpieczne
błyski.
– Zaczyna
się.
– Co masz
na myśli?
– Korzystają
z okazji. Chcą nas stąd wykurzyć.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz