piątek, 7 grudnia 2018

2.2. Ruiny czasu (1)



        

            (??)-(??)-2034
Doszło do katastrofy czasu. Skumulowany i sprężony pod dużym ciśnieniem, czas początkowo zapadł się do wewnątrz, ulegając implozji. Następnie osiągnął masę krytyczną i eksplodował z wielką mocą, rozprzestrzeniając się na wszystkie strony multiwersum, niszcząc po drodze każdą racjonalną strukturę. Czasoprzestrzeń rozpadła się na niepowiązane ze sobą mgławice przypadków. Mnożyły się płaszczyzny trwania, odrębne strumienie i spirale sytuacji. Ruiny czasu zasypały to, co zwykle nazywaliśmy teraźniejszością. Pojawiały się szerokie rozlewiska martwych chwil. Zapętlone fragmenty godzin dryfowały wśród połaci anonimowych momentów. W wielu miejscach utrzymywała się ta sama pora dnia. Strzępy miesięcy powtarzały wciąż od nowa ten samy cykl zmian. Gdzie indziej pojawiały się szczeliny prowadzące do minionych i przyszłych epok. Z kolei w niektórych zaułkach czas skurczył się do uschniętych ziaren jałowych minut, obracających się bezcelowo jak skrzypiące kółka zębate wadliwego mechanizmu.
Zmiany następowały skokowo, bez etapów pośrednich. To co miało się stać, grzęzło w tym, co już było. To co było, dopiero miało się stać, jeśli nie rozpływało się w otchłani możliwości. Przeżycia przemieszczały się ze wspomnień do oczekiwań. Przeszłość i przyszłość przeplatały się ze sobą we współczesności. Innym razem dochodziło do czegoś w rodzaju skoku kwantowego, zjawiska przenikały z przeszłości do przyszłości, omijając chwilę obecną. Zdarzały się zniknięcia, a zdarzenia znikały, jak ciche rozbłyski na niebie. Ludzie gubili swoje epoki, albo zamierali w soczewkach zastygłego czasu. Nawet tło trwania zetlało i skurczyło się jak skóra uschniętego owocu.
Najbardziej zaskakujące były ulotne ślady innych epok, zmysłowe doznania, które prześlizgiwały się przez szczeliny czasu. Zaginione dźwięki przeszłości i dawno zapomniane wonie wdzierały się do tego świata, niezwiązane z przedmiotami, wyrwane z kontekstu.  Pozbawione źródła, jak fale promieniowania błądzące w kosmosie, kiedy pierwiastek zdążył się już rozpaść. Zapachy dawnego miasta wyprowadzały z równowagi, odbierały poczucie orientacji w przestrzeni. Zapach węgla palonego w piecach, duszący aromat gotowanej kapusty i mięsa, upojny zapach podkładów kolejowych, ostry odór końskiego łajna, słona woń elektryczności. Wtórowały im osobliwe dźwięki, rżenie koni i dzwonki tramwajów, nawoływania sprzedawców ulicznych, syreny alarmowe i łoskot żołnierskich butów, odległe eksplozje, trzask tłuczonego szkła i okrzyki niewidzialnych manifestacji. Wiatr przynosił dźwięki dawnego koncertu z okolic Bramy Brandenburskiej, huk przelatujących nisko samolotów, a nawet odgłosy transmisji nieistniejących stacji radiowych z dźwiękami tandetnych piosenek operetkowych.
Z innych czasów wyłaniały się budynki, place i ulice, zastępując istniejące dotychczas budowle. Zbulwersowany tłum obserwował stopniowe zanikanie aluminiowo-szklanych prostopadłościanów Europa Center przy Breitscheidplatz, w miejsce których zmaterializował się kamienny budynek Romanische Haus. Najbardziej deprymujące było to, że pojawiła się okaleczona, powojenna ruina onegdaj majestatycznego neoromańskiego gmachu. W pewne dni wciąż prześwitywały neony i logo Mercedesa, niczym uwięzione między warstwami skrystalizowanego czasu. Nad Potsdamer Platz pojawiła się charakterystyczna kopuła Haus Vaterland, wtopiona między smukłe wieżowce. Fasada rozbłysła ostrym światłem elektrycznych żarówek. Klientela największych kawiarni dawnej Europy zastygła w szoku na chwilę, zanim rozpadła się jak zetlały papier. Nieco dalej, przy Leipziger Platz ukazał się dom handlowy Wertheima. Ściany, korytarze i okna budynków przenikały się w chaotycznej mozaice kształtów. Na tyłach Alexander Platz wyrosła ceglana bryła komendy głównej policji. Widmowe wieże strażnicze niespodziewanie wznosiły się ponad ulicami. Wyrzucone poza czas, kontrolowały nieistniejącą przestrzeń. Znowu zaludniły się kamienice w zaułkach nad Sprewą. Na powrót zaświecił się dawno zapomniany neon dyskoteki SOUND, złudnie barwny pośród monotonii witryn. Jedynie sterylne wieżowce ze szkła i aluminium wznosiły się niewzruszenie na Ernst-Reuter-Platz, realne upiory kapitału.
Całe continuum straciło ciągłość. Ludzkie widma błądziły wśród odłamków innych epok. Mężczyźni w zimowych czapkach z nausznikami, wytatuowani sprzedawcy staroci, kobiety w skórzanych płaszczach, wszyscy starali się po prostu przetrwać. Konspiracyjne sylwetki pojawiały się i nikły w gąszczu cieni na Nollendorf Platz. Upiornie zabiedzone szwadrony bezdomnych i pogorzelców rozpierzchły się z przerażeniem po nieznanym sobie terenie, błyskając wygłodniałymi oczami. Z kolei stateczni mieszczanie jeszcze z czasów cesarstwa trzymali się kurczowo znanych ulic, Bülowstrasse czy Tauentzienstrasse, krocząc lunatycznym krokiem wśród nieistniejących kawiarni i sklepów. Zjawy przeszłości, uwięzione w pętlach czasu, powtarzały te same sekwencje czynności.

Erwin nie opuszczał kamienicy przy Max Steinke Strasse 26. Zaprzyjaźnił się z Schulzem, zwanym Trollem. Ten niezdrowo wychudzony mężczyzna z długimi, przerzedzonymi włosami, nie dbał o higienę i nosił sfatygowane ubranie. Jednak wszelkie braki w wyglądzie rekompensował brzmieniem głosu, wesołego, miękkiego i nieco zachrypniętego. Schulz okazał się uosobieniem duszy tego miasta. Jego tożsamość określała ta prosta deklaracja, która zawsze jednoczyła wszystkich mieszkańców Berlina: „chcę tu być”.
Siedzieli na chodniku przed bramą kamienicy. Rozmawiali o możliwych przyczynach niezwykłych wydarzeń. Schulz miał oczywiście swoją teorię.
Jestem pewien, że to efekt tajnych projektów rządowych agencji. Nigdy im nie ufałemzapewnił stanowczo.
Co takiego? – zdziwił się Erwin.
– Wszystko jest oczywiste. Od dawna wykonują podziemne testy broni grawitacyjnej. Stąd te zaburzenia. Eksperymentują z jądrem Ziemi. Chcą doprowadzić do magnetycznego przebiegunowania naszej planety skwitował Schulz.
– Trudno w to uwierzyć. Jaką korzyść odnieśliby z takich globalnych zmian? – Erwin poczuł dawno nieobecny impuls szalonego natchnienia. – Może to tylko część większego procesu, nad którym nikt nie panuje? Rzeczywistość wirtualna, przyspieszenie cząstek elementarnych, biotechnologie… Jak mogliśmy sądzić, że to nie przyniesie żadnych negatywnych skutków? Może po dekonstrukcji materii dokonaliśmy destrukcji czasoprzestrzeni?
– Niech się dzieje, co ma się dziać. I tak się stąd nie ruszęSchulz twardo postawił sprawę.
Znienacka kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się kamień odbił się od ściany ponad ich głowami. Kolejny kamień stłukł szybę świetlika w bramie. Poszarpane momenty spiętrzyły się w nieciągłości i równoczesności zdarzeń.
Po drugiej stronie ulicy zjawiła się grupa  nastolatków w odblaskowych dresach. Ich niesymetryczne, szokująco zmodyfikowane ciała dygotały z podniecenia. Dłonie jednego z nich zostały rozszczepione aż do nadgarstków, na podobieństwo ptasich szponów. Z policzków innego wyrastały pulsujące fałdy skóry, przypominające gadzi kołnierz.
Stanęli w półkolu drwiąc głośno i dopiero teraz zaczęli rzucać kamieniami.
Z nieoczekiwaną gwałtownością Schulz wyrwał spod siebie taboret i zamachnął się naprężając żylaste ciało. Drewniany stołek przeleciał ponad ulicą i trafił jednego z napastników w głowę. Chłopak przewrócił się. Natychmiast wstał, otrząsnął się, podskoczył. Miał wybitą szczękę. Jedną ręką z głośnym chrupnięciem nastawił kości. Splunął krwią i zarechotał.
Schulz wyciągnął ze spodni szeroki pas i bez wahania ruszył w stronę gangu. Zmutowane wyrostki z agresywnym rozbawieniem rozbiegły się w przeciwnych kierunkach.
Erwin był zaskoczony temperamentem sąsiada. W oczach Trolla zalśniły niebezpieczne błyski.
Zaczyna się.
Co masz na myśli?
Korzystają z okazji. Chcą nas stąd wykurzyć.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz