16-05-2034
Tego dnia Erwin obudził z obolałą głową. Trapiło go jakieś
niejasne wspomnienie. Wczoraj wieczorem musiało coś się wydarzyć. Kłótnia albo
seks, nie był pewien.
Z kolei Jolanda od rana była przesadnie szorstka i chłodna.
– Dzisiaj mam spotkanie robocze.
– Kiedy musimy wyjść?
– Po południu. Idę sama. Będzie
Peter.
– Wspominałaś o nim.
– To jest nasze wspólne zlecenie, jego i moje.
Dopiero w kolejce Erwin
zorientował się, że pomylił kierunki. Pojechał w przeciwną stronę. Dwie następne
stacje przesiedział sam w przedziale. Kolejka długo jechała estakadą wzdłuż
torów i rzeki. Potem skręciła w prawo i przejechała most. Erwin wysiadł na
najbliższym przystanku. Mgliście kojarzył ten zakątek.
Opuścił stację i znalazł się na asfaltowym chodniku biegnącym w dół.
Poniżej, przy skrzyżowaniu ulic, stały pawilony z jedzeniem i napojami, głównie
z wieloma rodzajami piwa. Pomiędzy aluminiowymi ladami zobaczył Klarę Malik,
znajomą pacjentkę z kliniki. Rozmawiała z kilkoma włóczęgami. Za nią unosił się
wózek ze skrzynką pełną pustych butelek.
– Hej! No cześć! Co tu porabiasz?
– Zgubiłem się.
Spojrzała na niego spomiędzy loków swoich kasztanowych włosów.
– W takim razie chodź ze mną.
Klara nosiła dżinsowe farmerki
z kobiecą gracją. Robocze buty i podwinięte nogawki tylko wydłużały jej
kształtne nogi. Wózek sunął za nią samodzielnie około półtora metra nad ziemią,
napędzany dwoma dużymi, buczącymi elektromagnesami.
Wrócili na stację i kolejką z powrotem przekroczyli most. Wysiedli na odsłoniętej
platformie. W otwartej przestrzeni hulał wiatr, ludzie odwracali głowy
wychodząc z pobliskiego centrum handlowego. Klara i Erwin zeszli schodami z
synte-drewna na peron poniżej. Nadjechały żółte, pękate wagoniki kolejki
magnetycznej, przywieszonej do betonowej podpory. Wsiedli z innymi pasażerami,
a kolejka odjechała z automatycznym westchnieniem.
– Pamiętasz naszą rozmowę o falach?
– Tak. Bardzo dobrze. Zaintrygowałaś mnie.
– Otóż każdą hipotezę można sprawdzić doświadczalnie.
Kolejka mijała ceglane kamienice, brunatne magazyny i puste parcele.
– Nauką jest jak religia. Zmienia postrzeganie świata. Na
przykład usłyszysz o promieniowaniu elektromagnetycznym i zaczynasz dostrzegać rzeczy
jako widma. Ciemność kosmosu ocieka kwantami światła.
Za oknem kolejki jaskrawy blask spomiędzy chmur padł
na zmurszałe ściany. Krajobraz pobladł. Lekkie drżenie głosu Klary nakazywało
Erwinowi podążać za słyszanymi słowami.
– Światło jest jedynie małym odcinkiem wielkiej fali promieniowania. Wszystko
emituje wibracje. Ludzie. Drzewa. Ziemia. Strumienie cząstek i fal istnieją od
początków kosmosu.
Wysiedli na przystanku obok pozostałości hali fabrycznej. Udali się w
kierunku wejścia na ogródki działkowe. Ruszyli ubitą dróżką wśród żywopłotów i
niskich ogrodzeń otaczających niewielkie domki i grządki. W oddali widoczny był
zrujnowany budynek dawnego Instytutu Fizyki Doświadczalnej.
Ten sam miedziany, pochyły
promień słońca zatańczył jednocześnie na owalnym konturze policzka Klary i w
lokach jej brązowych włosów. Lewitujący wózek sunął za nimi z niskim,
równomiernym brzęczeniem.
– To, co widzimy jest jedynie
wąskim strumieniem promieniowania. A nasze organizmy dostrojone są do drobnego
wycinka fali elektromagnetycznej. Ogromne rejestry są dla nas zabójcze. Życie i światło to zaledwie bardzo
prawdopodobne anomalie, których istnienia nie sposób jednoznacznie stwierdzić.
Doszli alejką do samego końca, mijając z jednej strony zielone płoty, a z
drugiej ogrodzenie nieczynnego Instytutu. Klara otworzyła
niewielką furtkę. Przecięli krótko ostrzyżony trawnik, skręcili w lewo. Zza
szpaleru wysokich krzewów wyłonił się parterowy pawilon z blachy falistej. Przed
domem stała dziwaczna rzeźba z anten satelitarnych, telewizyjnych i radiowych.
Po kilku stopniach weszli do wnętrza domku. Wewnątrz Erwin spodziewał się
zastać jakieś groteskowe laboratorium szalonego naukowca, tajemnicze machiny z
wielkimi potencjometrami, gigantyczne izolatory sypiące iskrami, szklane słoje
z mózgami. Tymczasem zobaczył wnętrze zwykłego domku letniskowego. Boazeria na
ścianach, drewniane meble w stylu rustykalnym, a nawet szwarcwaldzki zegar z
kukułką. Jedyne niezwykłe sprzęty stanowiły długi stół montażowy przy oknie oraz
metalowe szafy ze sprzętem elektronicznym, ustawione pod przeciwną ścianą.
– Tutaj mieści się jedynie mój ośrodek obliczeniowy. Baza danych.
Obserwatoria i anteny są gdzie indziej.
– Wciąż nie do końca rozumiem,
czym się zajmujesz.
Kiedy Klara pochyliła się nad
niewielkim laptopem stojącym na stole, pukle włosów zasłoniły jej twarz. Stała
się przez to jeszcze bardziej nieodgadniona.
– Śledzimy echo pierwotnej eksplozji, od której rozeszły się wszystkie
wiązki fotonów. Gdzieś tam jest materia, która pochłania wszelkie
promieniowanie i emituje bardzo niski szum. Ciemna materia. Pierwotna
substancja kosmosu. Ciało doskonale czarne. A wiesz, co jest najdziwniejsze?
Spojrzał na nią, zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią, wreszcie w
milczeniu pokręcił głową.
– Związek między reliktowym promieniowaniem tła a polem morfogenetycznym
żywych istot. Na styku między promieniowaniem mikrofalowym a podczerwonym.
Promieniowanie elektromagnetyczne i pole morfogenetyczne mają ze sobą wiele
wspólnego. Odkryliśmy to przypadkiem. I jedyni zaczęliśmy badać.
Na ekranie, w czarnym oknie pojawiła się zielona poszarpana animacja,
przypominająca grzebień.
– To jest nasza fala. Fala
płynąca ze źródeł kosmosu.
Klara wskazała Erwinowi parę
słuchawek podłączonych do laptopa.
– Proszę.
Erwin usiadł i założył słuchawki.
–
wąskie kręgi jaskrawej
czerwieni powiększały się od środka, otoczone żółtymi smugami wśród
pomarańczowych eksplozji, a z wnętrza kręgów wylewały się zielone płaszczyzny,
ulatniające się w mgliste, błękitne opary –
Początkowo Erwin poczuł się oślepiony dźwiękami. Zachłysnął się
doznaniami. Barwy nieznanych dźwięków rozlewały się, zamieniając się w swoje
przeciwieństwa. Wówczas usłyszał, jak kolory gasną. Fala promieniowania
odpływała, zanikała. Jednocześnie towarzyszyło temu nieznośne uczucie oddalania
się, przemijania. Opadło go niepohamowane przygnębienie. Zdjął słuchawki.
Klara wyłączyła nagranie. Wykres bladł, aż zamienił się w niewyraźne
pomarańczowe pasma.
– To jest tylko szczątkowy ślad . Całe spektrum można namierzyć
jedynie z kilku punktów obserwacyjnych, w regularnych odstępach czasu. Fala
rozwija się w czasie. Wiemy, że powtarza się w miarowych cyklach. Nazywamy je
błyskami. Występują w różnych seriach i z różną częstotliwością. Został nam
tylko ten blady pomarańczowy ślad.
Erwin wstał niepewnie i zdezorientowany odszedł w głąb pokoju. W głowie
wciąż eksplodowało echo tamtych doznań. Przez głowę przemknęło mu absurdalne
spostrzeżenie, że Klara od pewnego czasu opowiada o swoich badaniach w liczbie
mnogiej.
– Jak mówiłam, pełen zakres falę można namierzyć jedynie z wielu
miejsc naraz. Na podstawie obserwacji opracowaliśmy oryginalną koncepcję. Fala
promieniowania przenika przez nieznane wymiary i inne wersje kwantowego
wieloświata. Wypełnia wiele kwantowych wersji kosmosu. I w jakiś sposób musi
interferować z aurą żywych stworzeń.
Znienacka poczuł euforyczny dreszcz pod skórą. Uwierzył w
istnienie niewidzialnego promienia, który przeszywa na wskroś wszystkie
rzeczywistości.
– Czy to znaczy, że kosmos emanuje tę samą energię, co żywe istoty?
– To jest bardziej
skomplikowane.
Klara podeszłą do tylnej ściany domku, gdzie między półkami na słoiki z
przetworami widniał wąski przesmyk.
– Pokażę ci coś. Chodź.
Wąziutkim korytarzykiem dotarli
do przeszklonych drzwi. Znaleźli się w niewielkiej szklarni, przylegającej do
pawilonu. Szli wzdłuż rzędów bujnej roślinności. Zatrzymali się przed czymś w
rodzaju drewnianego regału z doniczkami.
– Dość szybko przekonaliśmy się,
że fala jest wyraźnie namierzalna przy detektorach związanych z żywymi
organizmami. Sadziliśmy rośliny wokół odbiorników, a nawet podłączyliśmy anteny
do własnych ciał. I znaleźliśmy to.
Pokazała plastykowe pudełko.
– Trudno orzec jednoznacznie, z czym mamy do czynienia. Początkowo
znajdowaliśmy ten… osad jedynie w pobliżu naszej aparatury. Jednak ostatnio
coraz częściej pojawia się w najbardziej obskurnych i niedostępnych zakamarkach
miasta. Podziemia domów, tunele metra, kanalizacja, zakłady produkcyjne.
– Odpady przemysłowe?
– Wprost przeciwnie. Bardziej przypomina związki organiczne. Składa się
głównie z węgla. Jednak zwykła analiza chemiczna nie opisuje wszystkich
właściwości. Znajdowaliśmy ją wszędzie tam, gdzie wykrywaliśmy przejawy
określonej wibracji.
Klara otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdowała się ciemna, gęsta substancja.
Przypominała czarny, tłusty mech albo kolonię mikroskopijnych grzybów. Jej
powierzchnia była gładka i lśniąca, miała dużą lepkość. Wydzielała ciepły,
czerwonawy poblask, jakby głęboko wewnątrz niej migotał płomień albo kryło się
jakieś rozgrzane ciało. Wszystko wokół pogrążyło się w pierwotnym mroku,
emanującym z tajemniczej substancji. Ciemność wysysała światło.
Teraz Erwin wszystko sobie
przypomniał. Miał już do czynienia z tą substancją. Daleko stąd. Na Morzu
Północnym.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz