sobota, 5 sierpnia 2017

6. Nieuchronne rutyny (1)



                

                17-05-2034
Poderwał się oszołomiony. Utkwił spojrzenie w stosie swoich rzeczy leżących na anonimowym krześle. Była środa, siódma rano. W zamyśleniu ubrał się i wyszedł z pokoju, ruszył korytarzem, minął duży hol, stołówkę, wszedł na schody i szklanym łącznikiem dostał się na pierwsze piętro głównego gmachu kliniki. Odszukał gabinet swojej lekarki prowadzącej. Zapukał do drzwi i wszedł bez czekania na odpowiedź. Thea Rothe stała przy regale pod oknem i przeglądała segregator z niebieską okładką. Jej blada twarz, odwrócona od światła, ginęła wśród ciemnych, poszarzałych włosów.
– Przepraszam, mogę pani przerwać?
– Jestem do dyspozycji.
– Chciałbym opuścić klinikę
Lekarka rzuciła mu szybkie spojrzenie zdumionych oczu
– Ale przecież czeka pana kuracja.
– Jaka kuracja?
– W komorze ciśnieniowej. Może zdołamy odwrócić zmiany.
– Odwrócić zmiany? Nie zgadzam się
– Nie rozumiem.
– Dziękuję. Rezygnuję z kuracji. Niech następny pacjent skorzysta.
– Słucham?
– Chciałbym opuścić klinikę. Na własną odpowiedzialność.
– Pan chyba żartuje.
Thea Rothe była autentycznie zdumiona. Wzruszyła ramionami.
– Jak pan uważa. Nie mogę pana zmusić. Ale to jest bardzo nierozsądne.
– Mam do tego prawo. Więcej. Mam na to ochotę.
Lekarka natychmiast straciła do niego cały sympatię. Odniósł wrażenie, że ją zawiódł. Wrócił do swojego pokoju, spakował się i pożegnał z innymi pacjentami. Poczekał na wystawienie odpowiednich dokumentów. Znajomy pielęgniarz oddał mu swój stary rower. Erwin obiecał go zwrócić, kiedy zdobędzie nowy.
Pojechał do kamienicy na Max Steinke Strasse. Porozmawiał z Schulzem, zwanym Trollem. Poprosił go, aby włączył mu centralne ogrzewanie i energię elektryczną. Na szczęście administratorzy wciąż nie odłączyli bieżącej wody. Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi mieszkania, zorientował się, że brakuje lamp i żarówek w pokojach. Wyszedł, dotarł do głównej ulicy i w starym sklepie z artykułami domowymi kupił dmuchany materac, pościel, czajnik z solarną baterią, jednorazową biogazową kuchenkę, nocną alga-lampę oraz kilka świeczek.
Nadszedł wieczór. Erwin siedział w półmroku przy stole i sączył kawę. Podziwiał ekspresyjne romby światła na suficie, rzucane przez lampy uliczne, które włączały się samoczynnie zgodnie z nierównym rytmem kroków nielicznych przechodniów.
To było do przewidzenia. Tym razem on zadzwonił do niej.
Jolanda zjawiła się z butelką wina w ręku. Wysokie obcasy jej butów stukały donośnie na drewnianej podłodze. Usiedli przy stole w kuchni. Erwin otworzył butelkę i rozlał wino do jednorazowych kubków. Jolanda powiesiła swoją torbę na oparciu krzesła.
– Nastrojowo tu.
– Nie mam żarówek. Ta ciemność współgra z moim stanem ducha. Może pójdziemy do pokoju?
Przeszli do salonu. Zaraz przy wejściu Jolanda odwróciła się do Erwina.
– Chcesz? Dostałam w podarunku.
Pokazała niewielką przezroczystą torebkę. Wewnątrz widniały cztery okrągłe tabletki kremowej barwy. Połknęli gorzkie pigułki w miękkim świetle alga-lampy.
Przez czterdzieści minut oglądali mieszkanie, rozmawiając o nieistotnych sprawach. Kiedy MDMA zaczęło działać, usiedli wśród świeczek, na nowym materacu, przykrytym barwną narzutą. Ogarnęła ich ociężała błogość. Światła z ulicy rozpływały się po ścianach. Przestrzeń wypełniła się ulotnym fluidem. Poruszanie się w nim sprawiało czystą przyjemność. Jolanda zaczęła tańczyć, obracając się chybotliwie. Erwin dostrzegał wszystko w odrębnych błyskach, niczym poprzerywany film. Jej splątane włosy, gibką talię, ręce unoszące się w powietrzu. Jolanda chwyciła się za głowę, obróciła wokół siebie i przykucnęła na środku pokoju.
– Nie mogę już wytrzymać! Czujesz to?... Cały świat zniknął! Nie ma już nic. Nas nie ma. Nie ma nawet tego miejsca! Wszystko się rozpłynęło!
Wstała, podeszła do ściany i przywarła do niej całym ciałem. Zaczęła ją wąchać i pieszczotliwie gładzić. W końcu odwróciła się do Erwina, zmrużyła oczy, jakby patrzyła poprzez zamieć i rozkołysanym krokiem podeszła do niego. Łapczywie przywarła do niego całym ciałem. Wygięła się w tył i wyszeptała z zaciśniętymi oczami.
– Dotyk. Tylko dotyk jest prawdziwy.
Nie wiadomo, ile czasu leżeli obok siebie. Ostatecznie Erwin wstał i wyszedł na korytarz. Bezwiednie skręcił w prawo i uchylił drzwi pokoju w głębi. Znalazł się w zaciemnionym, wielokątnym pomieszczeniu.  Stanął u podstawy ośmiokątnego świetlika, w miejscu, gdzie zbiegały się linie metalowych kątownic. Z zamkniętymi oczami uniósł głowę i rozprostował ramiona. Od czubka głowy aż do pięt przeniknął go dreszcz. Poczuł, że jego ciało zniknęło, a świadomość rozrosła się, wypełniła pomieszczenie i wzniosła ponad dachy miasta. Kiedy otworzył oczy, wrażenie minęło.
Wrócił do głównego pokoju. Jego telefon wyświetlał nieodebraną wiadomość. Klara Malik.
Odkryłam coś dziwnego. Odgłosy fali i aura osadu. Mają te samą barwę.
Po chwili zastanowienia odpisał:
Widziałem to już. Emanacje smolistej substancji. Będziemy w kontakcie.
Ostrożnie położył się koło rozpalonego, uśpionego ciała Jolandy. Wtopił się w pulsujący półmrok.
W tym samym czasie w innej części miasta, Klara nie mogła spać, dręczona jakimś dziwnym odczuciem. Udała się do swojej pracowni i odruchowo chwyciła pojemnik zawierający tajemniczy osad. Bardziej poczuła niż zobaczyła krystaliczna, materialną ciemność. Substancja wydawała się bezustannie wylewać ze swego wnętrza i gęstnieć na krawędziach. Cały czas kipiała i tężała w kontakcie z powietrzem. Mrok rozkwitał wokół Klary, jak podmorskie ukwiały. Pochłaniał ją. Z wnętrza ciemności wydobywały się kolory, które nie pochodziły z rozszczepienia białego światła, ale przeciwnie, z kondensacji czerni. Płaszczyzny barw korodowały, ujawniając obrazy, dźwięki i nastroje. Jej wspomnienia wyrwane z kontekstu, nasycone emocjami. Smutny wieczór z rodzicami nad jeziorem. Pusty pokój i ona jako dziecko, zaskoczona jakimś wydarzeniem. Sceny stawały się coraz bardziej enigmatyczne. Jej racjonalna świadomość widziała wspomnienia, które na pewno nie należały do niej. Być może były to wspomnienia jakiegoś snu. Być może były to wspomnienia jakiejś alternatywnej Klary, żyjącej w równoległej rzeczywistości. Spocona, ciężko oddychając, opadła bezsilnie na łóżko. Wiedziała, że nigdy nikomu o tym nie powie.
               
                18-05-2034
Następnego dnia zaczęło padać. Drobne strugi deszczu padały na ściany kamienicy, na miski z kocią karmą w kącie podwórka, na stare wiadro po gipsie, na czerwone, żółte i zielone kontenery na odpadki, na ptasie odchody pokrywające parapety, na wiklinowy fotel i doniczki ze zwiędłymi kwiatami stojące na balkonie.
Erwin ociężale zwlókł się z materaca, przetoczył się przez próg i doczłapał do głównej ulicy, gdzie wsiadł w tramwaj. Holgar czekał już na niego w nowej restauracji, pośród standardowego luksusu surowego metalu i drewna. Wnętrze wypełniało szczelnie szare światło deszczowego popołudnia.
Greta zjawiła się spóźniona. Zapomnieli już, że jak zwykle roztaczała wokół siebie aurę elektryzującej nerwowości. Z teatralną przesadą dostrzegła ich, przywitała się z daleka i przysiadła do stolika, gwałtownie odsuwając krzesło. Obaj z Holgarem poruszyli się niespokojnie.
            – Zamówiliście już coś?
– Czekamy na ciebie, Margerita.
Greta rozwinęła serwetkę, położyła na kolanach i otworzyła menu, nie udzielając oczywiście żadnego wyjaśnienia. Kelner zbliżył się do ich stolika.
– Jem głównie surowe warzywa i kaszę quinoa. Ale nie widzę tu nic takiego.
– Możemy podać pani sałatę rzymską na lodzie.
– Poproszę zatem wodę. Bez lodu.
Zetknięcie bezczelności kelnera z szorstką zawadiackością Grety było samo w sobie imponującym widowiskiem. Erwin i Holgar również pozostali przy napojach, więc kelner z milczącą pogardą przyjął od nich zamówienie. Nikomu się nie spieszyło. Czekała ich rozmowa o wspólnych sprawach finansowych. Greta zignorowała Holgara i zwróciła się bezpośrednio do Erwina, co oznaczało, że czuła się pewnie.
– Podobno nie pracujesz?
– Mam urlop.
– Urlop? Słyszałam, że zachorowałeś.
Wymownie spojrzała na Holgara.
– Bez obaw. Dostałem odszkodowanie.
– To też słyszałam.
– Mieliśmy coś omówić.
Holgar jako mediator sprawdzał się doskonale, bowiem wściekali się na niego, a nie na siebie nawzajem. Teraz już wszyscy mieli zły humor. Tym razem Greta zaczęła pojednawczym tonem.
– Podobno chcesz podarować Wiktorii jakieś nowe lokum.
– Już nie. Wiktoria wcale tego nie chce.
– Ale oprócz szkoły doszły nowe koszty. A teraz jeszcze ten wyjazd. Wiesz, że na wakacje wymyśliła sobie objazdową wycieczkę po Japonii?
– Nie. Nie wiem – Erwin poirytowany gwałtownie odstawił szklankę. – A wasze wpływy ze starego mieszkania?
Zgodnie z umową, którą zawarli przed jego wyjazdem, Wiktoria i Greta dysponowały zyskami z wynajmowania lokalu na Wilmersdorf. Było to dawne mieszkanie rodziców Erwina, w którym spędził z Gretą pierwsze lata małżeństwa i gdzie Wiktoria przyszła na świat. Od wielu lat je wynajmowano. Tego mieszkania chyba nikt nigdy nie nazywał domem.
– Ledwo wystarczają. Dużo nakładów zajmują remonty i adaptacje. – Greta wróciła do porzuconego tematu. – Powiedz, co zrobisz z nową nieruchomością?
Erwin miał kompletną pustkę w głowie. Czarną dziurę, pulsującą i wylewającą się z własnego wnętrza. Coś jak bielmo na oku, ale zajmowało cały obszar świadomości. Zamyślił się i zapomniał, o co właściwie go pytała.
Na zapleczu kelnerzy oglądali wiadomości w telewizorze, kompletnie nie pasującym do wystroju restauracji. Ekran był widoczny w prześwicie uchylonych drzwi. Nagle wszyscy troje zobaczyli tę samą scenę. Zbliżenie na zbiegowisko pośród betonowych pasów autostrady. U dołu obrazu przesuwał się czerwony pasek z napisem:
Znany aktor Arno Krauss doznał tragicznego w skutkach wypadku.
Czarnowłosa dziennikarka zwróciła się do rumianego policjanta w odblaskowej kamizelce.
– Czy wiadomo już, co się stało?
– Pojazd prawdopodobnie wpadł w poślizg.
Wszyscy w milczeniu przyglądali się rozmazanym obrazom wypadku.
– Jak to?
– Trudno uwierzyć.
– Nie rozumiem.
– Ja i Uwe. Chcemy mieć dziecko – wypaliła znienacka Greta.
Po obiedzie, podczas którego nic nie zjadł, Erwin udał się aż do Steglitz. Znalazł odpowiedni adres. Ojciec z matką mieszkali w domu spokojnej starości Avalon. Elektroniczne czujniki uchyliły białe wrota bramy.  W dyskretnym otoczeniu drzew i krzewów praktycznie nie było widać kamer ochrony. Częściowo zautomatyzowany ośrodek samodzielnie dbał o swoich podopiecznych. Erwin usiadł w holu głównego budynku. Kiedy rodzice wyłonili się z głębi korytarza, nie rozpoznał ich w pierwszym momencie. Wydawali się szczuplejsi i rozpromienieni, jakby ich skóra rozświetlała się od wewnątrz miękkim blaskiem.
            – Wiktoria nie mogła przyjść?
Chyba nie docierało do nich, że Wiktoria już dawno z nim nie mieszka.
            – Pamiętacie ciotkę Dorotheę?
          – Pamiętam. Miała męża. Jakiegoś naukowca. Nie przepadaliśmy za sobą. Potem on zmarł, a ona przestała się z nami widywać.
Matka poklepała ojca po udzie, po czym powiedziała z uśmiechem zmieniając temat.
– Wiesz, podpisaliśmy to.
– Co takiego?
– Zgodę na eutanazję. I prawo do wykorzystania naszych ciał.
Tego się nie spodziewał. Rodzice naprawdę żyli we własnym świecie. Jeszcze za bramą Avalonu zastanawiał się, jak nawiązać do tego tematu. Może dlatego nie pamiętał drogi powrotnej. Po prostu w pewnym momencie znalazł się przed frontem kamienicy, w której przyszło mu zamieszkać. Wspiął się na ostatnie piętro. Wyczerpany padł na swój nowy materac. Nie mógł zauważyć, że w pustym pokoju ośmiokątny świetlik w suficie ogniskuje wieczorne przebłyski światła o podobnych barwach, co aura fali promieniowania w pracowni Klary.

                * * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz