17-05-2034
Poderwał się oszołomiony. Utkwił spojrzenie w stosie
swoich rzeczy leżących na anonimowym krześle. Była środa, siódma rano. W
zamyśleniu ubrał się i wyszedł z pokoju, ruszył korytarzem, minął duży hol,
stołówkę, wszedł na schody i szklanym łącznikiem dostał się na pierwsze piętro
głównego gmachu kliniki. Odszukał gabinet swojej lekarki prowadzącej. Zapukał
do drzwi i wszedł bez czekania na odpowiedź. Thea Rothe stała przy regale pod
oknem i przeglądała segregator z niebieską okładką. Jej blada twarz, odwrócona
od światła, ginęła wśród ciemnych, poszarzałych włosów.
– Przepraszam, mogę pani przerwać?
– Jestem do dyspozycji.
– Chciałbym opuścić klinikę
Lekarka rzuciła mu szybkie spojrzenie zdumionych oczu
– Ale przecież czeka pana kuracja.
– Jaka kuracja?
– W komorze ciśnieniowej. Może zdołamy odwrócić zmiany.
– Odwrócić zmiany? Nie zgadzam się
– Nie rozumiem.
– Dziękuję. Rezygnuję z kuracji. Niech następny pacjent
skorzysta.
– Słucham?
– Chciałbym opuścić klinikę. Na własną odpowiedzialność.
– Pan chyba żartuje.
Thea Rothe była autentycznie zdumiona. Wzruszyła
ramionami.
– Jak pan uważa. Nie mogę pana zmusić. Ale to jest
bardzo nierozsądne.
– Mam do tego prawo. Więcej. Mam na to ochotę.
Lekarka natychmiast straciła do niego cały sympatię. Odniósł
wrażenie, że ją zawiódł. Wrócił do swojego pokoju, spakował się i pożegnał z
innymi pacjentami. Poczekał na wystawienie odpowiednich dokumentów. Znajomy pielęgniarz
oddał mu swój stary rower. Erwin obiecał go zwrócić, kiedy zdobędzie nowy.
Pojechał do kamienicy na Max Steinke Strasse.
Porozmawiał z Schulzem, zwanym Trollem. Poprosił go, aby włączył mu centralne
ogrzewanie i energię elektryczną. Na szczęście administratorzy wciąż nie
odłączyli bieżącej wody. Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi mieszkania,
zorientował się, że brakuje lamp i żarówek w pokojach. Wyszedł, dotarł do
głównej ulicy i w starym sklepie z artykułami domowymi kupił dmuchany materac,
pościel, czajnik z solarną baterią, jednorazową biogazową kuchenkę, nocną
alga-lampę oraz kilka świeczek.
Nadszedł wieczór. Erwin siedział w
półmroku przy stole i sączył kawę. Podziwiał ekspresyjne romby światła na
suficie, rzucane przez lampy uliczne, które włączały się samoczynnie zgodnie z
nierównym rytmem kroków nielicznych przechodniów.
To było do przewidzenia. Tym razem on zadzwonił do niej.
Jolanda zjawiła się z butelką wina w ręku. Wysokie obcasy jej
butów stukały donośnie na drewnianej podłodze. Usiedli przy stole w kuchni.
Erwin otworzył butelkę i rozlał wino do jednorazowych kubków. Jolanda powiesiła
swoją torbę na oparciu krzesła.
– Nastrojowo tu.
– Nie mam żarówek. Ta ciemność współgra z moim stanem ducha.
Może pójdziemy do pokoju?
Przeszli do salonu. Zaraz przy wejściu Jolanda odwróciła się
do Erwina.
– Chcesz? Dostałam w podarunku.
Pokazała niewielką przezroczystą torebkę. Wewnątrz widniały cztery
okrągłe tabletki kremowej barwy. Połknęli gorzkie pigułki w miękkim świetle
alga-lampy.
Przez czterdzieści minut oglądali mieszkanie, rozmawiając o
nieistotnych sprawach. Kiedy MDMA zaczęło działać, usiedli wśród świeczek, na
nowym materacu, przykrytym barwną narzutą. Ogarnęła ich ociężała błogość.
Światła z ulicy rozpływały się po ścianach. Przestrzeń wypełniła się ulotnym
fluidem. Poruszanie się w nim sprawiało czystą przyjemność. Jolanda zaczęła
tańczyć, obracając się chybotliwie. Erwin dostrzegał wszystko w odrębnych
błyskach, niczym poprzerywany film. Jej splątane włosy, gibką talię, ręce
unoszące się w powietrzu. Jolanda chwyciła się za głowę, obróciła wokół siebie
i przykucnęła na środku pokoju.
– Nie mogę już wytrzymać! Czujesz to?... Cały świat
zniknął! Nie ma już nic. Nas nie ma. Nie ma nawet tego miejsca! Wszystko się
rozpłynęło!
Wstała, podeszła do ściany i przywarła do niej całym
ciałem. Zaczęła ją wąchać i pieszczotliwie gładzić. W końcu odwróciła się do
Erwina, zmrużyła oczy, jakby patrzyła poprzez zamieć i rozkołysanym krokiem
podeszła do niego. Łapczywie przywarła do niego całym ciałem. Wygięła się w tył
i wyszeptała z zaciśniętymi oczami.
– Dotyk. Tylko dotyk jest prawdziwy.
Nie wiadomo, ile czasu leżeli obok siebie. Ostatecznie
Erwin wstał i wyszedł na korytarz. Bezwiednie skręcił w prawo i uchylił drzwi
pokoju w głębi. Znalazł się w zaciemnionym, wielokątnym pomieszczeniu. Stanął u podstawy ośmiokątnego świetlika, w
miejscu, gdzie zbiegały się linie metalowych kątownic. Z zamkniętymi oczami uniósł
głowę i rozprostował ramiona. Od czubka głowy aż do pięt przeniknął go dreszcz.
Poczuł, że jego ciało zniknęło, a świadomość rozrosła się, wypełniła pomieszczenie
i wzniosła ponad dachy miasta. Kiedy otworzył oczy, wrażenie minęło.
Wrócił do głównego pokoju. Jego telefon wyświetlał
nieodebraną wiadomość. Klara Malik.
Odkryłam coś
dziwnego. Odgłosy fali i aura osadu. Mają te samą barwę.
Po chwili zastanowienia odpisał:
Widziałem to już.
Emanacje smolistej substancji. Będziemy w kontakcie.
Ostrożnie położył się koło rozpalonego, uśpionego ciała
Jolandy. Wtopił się w pulsujący półmrok.
W tym samym czasie w innej części miasta, Klara nie mogła spać,
dręczona jakimś dziwnym odczuciem. Udała się do swojej pracowni i odruchowo
chwyciła pojemnik zawierający tajemniczy osad. Bardziej poczuła niż zobaczyła
krystaliczna, materialną ciemność. Substancja wydawała się bezustannie wylewać
ze swego wnętrza i gęstnieć na krawędziach. Cały czas kipiała i tężała w
kontakcie z powietrzem. Mrok rozkwitał wokół Klary, jak podmorskie ukwiały. Pochłaniał
ją. Z wnętrza ciemności wydobywały się kolory, które nie pochodziły z
rozszczepienia białego światła, ale przeciwnie, z kondensacji czerni. Płaszczyzny
barw korodowały, ujawniając obrazy, dźwięki i nastroje. Jej wspomnienia wyrwane
z kontekstu, nasycone emocjami. Smutny wieczór z rodzicami nad jeziorem. Pusty
pokój i ona jako dziecko, zaskoczona jakimś wydarzeniem. Sceny stawały się
coraz bardziej enigmatyczne. Jej racjonalna świadomość widziała wspomnienia,
które na pewno nie należały do niej. Być może były to wspomnienia jakiegoś snu.
Być może były to wspomnienia jakiejś alternatywnej Klary, żyjącej w równoległej
rzeczywistości. Spocona, ciężko oddychając, opadła bezsilnie na łóżko.
Wiedziała, że nigdy nikomu o tym nie powie.
18-05-2034
Następnego dnia zaczęło padać. Drobne strugi deszczu padały na
ściany kamienicy, na miski z kocią karmą w kącie podwórka, na stare wiadro po
gipsie, na czerwone, żółte i zielone kontenery na odpadki, na ptasie odchody
pokrywające parapety, na wiklinowy fotel i doniczki ze zwiędłymi kwiatami stojące
na balkonie.
Erwin ociężale zwlókł się z materaca, przetoczył się przez
próg i doczłapał do głównej ulicy, gdzie wsiadł w tramwaj. Holgar czekał już na
niego w nowej restauracji, pośród standardowego luksusu surowego metalu i
drewna. Wnętrze wypełniało szczelnie szare światło deszczowego popołudnia.
Greta zjawiła się spóźniona. Zapomnieli już, że jak
zwykle roztaczała wokół siebie aurę elektryzującej nerwowości. Z teatralną
przesadą dostrzegła ich, przywitała się z daleka i przysiadła do stolika,
gwałtownie odsuwając krzesło. Obaj z Holgarem poruszyli się niespokojnie.
–
Zamówiliście już coś?
– Czekamy na ciebie, Margerita.
Greta rozwinęła serwetkę, położyła na kolanach i
otworzyła menu, nie udzielając oczywiście żadnego wyjaśnienia. Kelner zbliżył
się do ich stolika.
– Jem głównie surowe warzywa i kaszę quinoa. Ale nie widzę
tu nic takiego.
– Możemy podać pani sałatę rzymską na lodzie.
– Poproszę zatem wodę. Bez lodu.
Zetknięcie bezczelności kelnera z szorstką
zawadiackością Grety było samo w sobie imponującym widowiskiem. Erwin i Holgar
również pozostali przy napojach, więc kelner z milczącą pogardą przyjął od nich
zamówienie. Nikomu się nie spieszyło. Czekała ich rozmowa o wspólnych sprawach
finansowych. Greta zignorowała Holgara i zwróciła się bezpośrednio do Erwina,
co oznaczało, że czuła się pewnie.
– Podobno nie pracujesz?
– Mam urlop.
– Urlop? Słyszałam, że zachorowałeś.
Wymownie spojrzała na Holgara.
– Bez obaw. Dostałem odszkodowanie.
– To też słyszałam.
– Mieliśmy coś omówić.
Holgar jako mediator sprawdzał się doskonale, bowiem
wściekali się na niego, a nie na siebie nawzajem. Teraz już wszyscy mieli zły
humor. Tym razem Greta zaczęła pojednawczym tonem.
– Podobno chcesz podarować Wiktorii jakieś nowe lokum.
– Już nie. Wiktoria wcale tego nie chce.
– Ale oprócz szkoły doszły nowe koszty. A teraz jeszcze ten
wyjazd. Wiesz, że na wakacje wymyśliła sobie objazdową wycieczkę po Japonii?
– Nie. Nie wiem – Erwin poirytowany gwałtownie odstawił
szklankę. – A wasze wpływy ze starego mieszkania?
Zgodnie z umową, którą zawarli przed jego wyjazdem, Wiktoria
i Greta dysponowały zyskami z wynajmowania lokalu na Wilmersdorf. Było to dawne
mieszkanie rodziców Erwina, w którym spędził z Gretą pierwsze lata małżeństwa i
gdzie Wiktoria przyszła na świat. Od wielu lat je wynajmowano. Tego mieszkania chyba
nikt nigdy nie nazywał domem.
– Ledwo wystarczają. Dużo nakładów zajmują remonty i
adaptacje. – Greta wróciła do porzuconego tematu. – Powiedz, co zrobisz z nową
nieruchomością?
Erwin miał kompletną pustkę w głowie. Czarną dziurę,
pulsującą i wylewającą się z własnego wnętrza. Coś jak bielmo na oku, ale
zajmowało cały obszar świadomości. Zamyślił się i zapomniał, o co właściwie go
pytała.
Na zapleczu kelnerzy oglądali wiadomości w telewizorze,
kompletnie nie pasującym do wystroju restauracji. Ekran był widoczny w prześwicie
uchylonych drzwi. Nagle wszyscy troje zobaczyli tę samą scenę. Zbliżenie na
zbiegowisko pośród betonowych pasów autostrady. U dołu obrazu przesuwał się
czerwony pasek z napisem:
Znany aktor Arno
Krauss doznał tragicznego w skutkach wypadku.
Czarnowłosa dziennikarka zwróciła się do rumianego
policjanta w odblaskowej kamizelce.
– Czy wiadomo już, co się stało?
– Pojazd prawdopodobnie wpadł w poślizg.
Wszyscy w milczeniu przyglądali się rozmazanym obrazom
wypadku.
– Jak to?
– Trudno uwierzyć.
– Nie rozumiem.
– Ja i Uwe. Chcemy mieć dziecko – wypaliła znienacka
Greta.
Po obiedzie, podczas którego
nic nie zjadł, Erwin udał się aż do Steglitz. Znalazł odpowiedni adres. Ojciec
z matką mieszkali w domu spokojnej starości
Avalon. Elektroniczne czujniki uchyliły białe wrota bramy. W dyskretnym otoczeniu drzew i krzewów
praktycznie nie było widać kamer ochrony. Częściowo zautomatyzowany ośrodek samodzielnie
dbał o swoich podopiecznych. Erwin usiadł w holu głównego budynku. Kiedy
rodzice wyłonili się z głębi korytarza, nie rozpoznał ich w pierwszym momencie.
Wydawali się szczuplejsi i rozpromienieni, jakby ich skóra rozświetlała się od
wewnątrz miękkim blaskiem.
– Wiktoria nie mogła przyjść?
Chyba nie docierało do nich, że Wiktoria już dawno z nim
nie mieszka.
– Pamiętacie ciotkę Dorotheę?
– Pamiętam. Miała męża. Jakiegoś
naukowca. Nie przepadaliśmy za sobą. Potem on zmarł, a ona przestała się z nami
widywać.
Matka poklepała ojca po udzie, po czym powiedziała z
uśmiechem zmieniając temat.
– Wiesz, podpisaliśmy to.
– Co takiego?
– Zgodę na eutanazję. I prawo do wykorzystania naszych
ciał.
Tego się nie spodziewał. Rodzice naprawdę żyli we
własnym świecie. Jeszcze za bramą Avalonu
zastanawiał się, jak nawiązać do tego tematu. Może dlatego nie pamiętał drogi
powrotnej. Po prostu w pewnym momencie znalazł się przed frontem kamienicy, w
której przyszło mu zamieszkać. Wspiął się na ostatnie piętro. Wyczerpany
padł na swój nowy materac. Nie mógł zauważyć, że w pustym pokoju ośmiokątny
świetlik w suficie ogniskuje wieczorne przebłyski światła o podobnych barwach,
co aura fali promieniowania w pracowni Klary.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz