piątek, 18 sierpnia 2017

7. Głębiej (1)




22-05-2034
Nawet na platformie wiertniczej Thor zdarzały się pogodne dni. Przejrzyste słońce kładło się na blachach poszycia, a słony wiatr przeszywał kratownice. Brian i Damian schronili się między dwoma kontenerami. Wsparci o barierkę podawali sobie waporyzator z olejkiem haszyszowym. Steward Chulamai miał naprawdę dobry towar.
Nagle Brian ryknął na całe gardło:
All along the watchtower princes kept their view!
Damian Mørk, ogromny, otyły mężczyzna zwrócił się w jego stronę, wywołując kołysanie całej platformy. Norweski oceanolog wyglądał jak ruchoma piramida w błękitnej koszuli. Na jej szczycie widniała blada twarz ze skłonnością do rumienia. Obydwaj mężczyźni ze względu na swój monstrualny wzrost tworzyli niepowtarzalny tandem, budzący instynktowny szacunek.
Damian starał się skupić rozbiegane spojrzenie zaczerwienionych oczu.
– Ale czego my strzeżemy?
– Jak to? Jesteśmy strażnikami cywilizacji. Nasza matka Europa nas potrzebuje!
– Wydrążyliśmy ziemię i zatruliśmy oceany. Nie jesteśmy nikomu potrzebni.
– Jeśli tak, spróbuj wstrzymać wydobycie choćby na godzinę.
– Żyjemy na rubieżach upadającego imperium. Cesarz został zamordowany przez swą gwardię przyboczną. A republika pogrążyła się w orgii zapomnienia.
– A jednak dostajemy wciąż nowe zlecenia.
– Nie wiadomo, czego tak naprawdę od nas chcą.
– Co masz na myśli? Drążymy coraz głębiej.
– Nikt z nas nie wie, co tam znajdziemy. Pamiętasz ostatni wypadek?
– Ten biedak ze śrubą w czaszce?
– On miał do czynienia z czymś niezwykłym. Pokażę ci. Chodźmy.
Kiedy przechodzili korytarzem, przez szklane drzwi stołówki zobaczyła ich Luisa. Uczestniczyła w cotygodniowym spotkaniu kobiecej grupy wsparcia. W swoich notatkach nazywała je według liter alfabetu greckiego: Alfa, Beta, Gamma, Delta, Jota, Kappa, Lambda, aby nikt nie odkrył ich prawdziwych tożsamości.
Tego dnia, oprócz niej zjawiły się zaledwie trzy. Beta, krągła, wiecznie spocona blondynka, której nerwowe ożywienie było naznaczone pechową niezgrabnością. Miała za sobą jakieś konflikty z prawem. Gamma, której ostre kości policzkowe i załamany nos nadawały twarzy egzotycznego charakteru. Praca na platformie nie była jej życiową koniecznością, uciekła tutaj przed tajemniczymi wydarzeniami na lądzie. Wreszcie Jota, najbardziej nieobliczalna z nich wszystkich. Niewysoka i krępa, miała sylwetkę zapaśniczki. Zamknięta w sobie, okazywała skłonność do nagłych wyskoków, które świadczyły o utajonych emocjach. Wszystkie pozornie lekceważyły Luisę, a jednocześnie uważnie ją obserwowały. W tym momencie podążały za jej wzrokiem. W końcu Jota powiedziała coś zaskakującego:
– Faceci. Nie sposób ich zrozumieć.
– Coś dziwnego się z nimi dzieje – zawtórowała jej Gamma.
– Niebezpieczeństwo w pracy tak na nich działa – odrzekła Luisa.
– Samo życie jest niebezpieczne – zaoponowała Beta.
– Potrafię to samo co oni. Czemu zarabiam mniej? – zastanawiała się Jota.
– Ryzyko – skwitowała Luisa. – Widziałyście statystyki wypadków? Skłoniłam operatora do złożenia raportu.
Beta poderwała się, aż krzesło zatrzeszczało.
– To koniec. Załatwiłaś nas. Wzmogą kontrolę i zaostrzą procedury. Obetną nam premie!
– Dzisiaj ma przybyć ktoś z Northern Light Research – nadmieniła Gamma.
Wszystkie spojrzały na nią wymownie. Luisa szybko zrozumiała, że właśnie straciła ostatnie przyjaciółki, natomiast zyskała nowych wrogów. Chyba podświadomie dążyła do takich sytuacji. Niczym ryba głębinowa, czuła się dobrze jedynie w nieludzkim chłodzie i morderczym ciśnieniu.
Jakby dla potwierdzenia słów Gammy, za oknami usłyszeli huk silników śmigłowca. Na ośmiokątnej membranie lądowiska, umieszczonej na dachu hotelu, wylądował czerwono-żółty Airbus H145. Z maszyny wysiadł młody mężczyzna z neseserem. Miał płowe, krótko ostrzyżone włosy, żylaste ramiona i okulary w czarnych oprawkach. Poza tym stanowił anonimowo doskonały egzemplarz, wyhodowany w prywatnych szkołach Wielkiej Brytanii. Plotki głosiły, że w połowie był Anglikiem, a w połowie Rosjaninem, co miało mu przydać odpowiedniej tajemniczości i charyzmy. Marcus Taranis został tu wysłany przez Northern Light Research jako najbardziej ambitny i efektywny z młodych menadżerów.
W ciągu godziny ekipa platformy zebrała się w sali konferencyjnej. Przed rzędami krzeseł stała mównica z mikrofonem, a za nią ekran, na którym wyświetlano abstrakcyjną wizualizację przedstawiającą logo firmy. Kamery nagrywały wystąpienie dla tych pracowników, którzy nie mogli opuścić swojej zmiany. Marcus wszedł na podest nieco zamyślony i spięty, choć było to pozorne wrażenie.
– Przede wszystkim, na początek muszę wam coś powiedzieć. Otóż cały zarząd Northern Light Research zobowiązał mnie do tego, abym wam wszystkim gorąco podziękował za trud, jakiego dokonujecie każdego dnia. Dzięki wam wprawiamy ten świat w ruch!
Ludzie niespokojnie poruszyli się na krzesłach. Nie tego się spodziewali. Taranis skłonił lekko głowę, zamyślony przemierzył kilka kroków. Sprawiał wrażenie, że zastanawia się nad doborem słów.
– Jednak muszę powiedzieć o czymś innym. Tego nie było w oficjalnej wersji wystąpienia. Nie zgodziliby się, żebym o tym mówił. Mianowicie… oni martwią się o was. Wiecie, dlaczego?
Zamilkł. Podszedł do mównicy i chwycił wąski, granatowy segregator.
– Personel medyczny przygotował raport, który znalazł się na naszych biurkach. To jest poufny dokument do użytku wewnętrznego. Ale my nie będziemy przed wami niczego ukrywać. Jesteśmy wstrząśnięci tym bilansem. Czego on dotyczy? Otóż ciągu ostatnich tygodni zarejestrowano tutaj kilkanaście wypadków. Lista mrozi krew w żyłach.
Otworzył segregator i przerzucał strony dokumentu, wskazując odpowiednie miejsca.
– Wstrząs mózgu. Przebita czaszka. Poparzenia. Przygniecenia. Poślizgnięcia. Podtopienia. Utraty bądź zmiażdżenia kończyn. Nie mogę czytać dalej, bo szczegóły są zbyt drastyczne.
Z hukiem zamknął teczkę. Zrobił pauzę.
– Jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć?
Omiótł spojrzeniem salę, a potem powiedział stanowczym głosem:
– Najsłabszym ogniwem są ludzie. Nie zrozumcie mnie źle. Dobieramy najlepszych specjalistów i nikt w to nie wątpi. Jednak ludzie potrzebują innych ludzi. I planu działania. Większość tych tragicznych wypadków została spowodowana brakiem współpracy i niezrozumieniem przepisów. Upór, samowola i zawziętość prowadzą do katastrofy.
Wyciągnął palec w kierunku słuchaczy.
– Ale was to nie dotyczy, tak? Jesteście zgranym zespołem. Jesteście fachowcami! Mogę na was liczyć, tak? Odpowiedzcie, czy mogę na was liczyć? Kim jesteście?!
Przytknął dłoń do ucha. W sali rozległ się gwar.
– Wiadomo, jesteście fachowcami. Wybraliśmy was spośród setek innych kandydatów. Jesteście najlepszymi specjalistami w branży. Znacie procedury ratownicze. To jest oczywiste. Szkoliliśmy was. Ale pamiętacie, co jest najważniejsze? Uważność. Otwarty umysł. Zdecydowanie. Elastyczność. Świadomość i rozsądek. Trzeba być otwartym na współpracę i gotowym do szybkiej reakcji.
Wyprostował ramiona, jakby obejmował ich wszystkich.
– Zespół musi działać jak jedna maszyna, jak jedno ciało. A co zapewnia sprawne działanie? Komunikacja i procedury.
Odczekał jeszcze chwilę i powtórzył wolno:
– PRO-CE-DU-RY.
Ludzie patrzyli na siebie zdezorientowani. Zaczęli szeptać. Ktoś klasnął. Marcus już schodził z podestu, kiedy przypomniał sobie o czymś i zawrócił.
– Muszę wam powiedzieć coś jeszcze. Kilkaset kilometrów stąd znajduje się druga platforma wiertnicza. Na razie obsługuje ich konkurencja. Ale oni drążą. Są otwarci na propozycje. I zdeterminowani. A w zarządzie pojawiają się czasem głosy osób pozbawionych sentymentu.
Nagle Taranis wyskoczył w górę i krzyknął wymachując pięścią:
– A jednak ja w was wierzę! Wy wiecie, co robić! Działać dalej! Wiercić coraz głębiej! A przede wszystkim, uważać na siebie!
Podszedł do pierwszego rzędu siedzeń i z błyskotliwym uśmiechem rozdawał uściski dłoni. Wciąż mówił do zgromadzonych, ale owacje zagłuszały jego słowa. Otoczyli go ludzie z kadry kierowniczej. Wszyscy udali się do sterowni, skąd dochodziły ożywione głosy. Godzinę później Airbus H145 wzniósł się w powietrze.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz