22-05-2034
Nawet na platformie wiertniczej Thor
zdarzały się pogodne dni. Przejrzyste słońce kładło się na blachach poszycia, a
słony wiatr przeszywał kratownice. Brian i Damian schronili się między dwoma
kontenerami. Wsparci o barierkę podawali sobie waporyzator z olejkiem
haszyszowym. Steward Chulamai miał naprawdę dobry towar.
Nagle Brian ryknął na całe gardło:
– All along the watchtower princes kept their view!
Damian Mørk, ogromny, otyły mężczyzna zwrócił się w jego stronę,
wywołując kołysanie całej platformy. Norweski oceanolog wyglądał jak ruchoma
piramida w błękitnej koszuli. Na jej szczycie widniała blada twarz ze
skłonnością do rumienia. Obydwaj mężczyźni ze względu na swój monstrualny
wzrost tworzyli niepowtarzalny tandem, budzący instynktowny szacunek.
Damian starał się skupić rozbiegane spojrzenie zaczerwienionych oczu.
– Ale czego my strzeżemy?
– Jak to? Jesteśmy strażnikami cywilizacji. Nasza matka Europa nas
potrzebuje!
– Wydrążyliśmy ziemię i zatruliśmy oceany. Nie jesteśmy nikomu potrzebni.
– Jeśli tak, spróbuj wstrzymać wydobycie choćby na godzinę.
– Żyjemy na rubieżach upadającego imperium. Cesarz został zamordowany
przez swą gwardię przyboczną. A republika pogrążyła się w orgii zapomnienia.
– A jednak dostajemy wciąż nowe zlecenia.
– Nie wiadomo, czego tak naprawdę od nas chcą.
– Co masz na myśli? Drążymy coraz głębiej.
– Nikt z nas nie wie, co tam znajdziemy. Pamiętasz ostatni wypadek?
– Ten biedak ze śrubą w czaszce?
– On miał do czynienia z czymś niezwykłym. Pokażę ci. Chodźmy.
Kiedy przechodzili korytarzem, przez szklane drzwi stołówki zobaczyła ich
Luisa. Uczestniczyła w cotygodniowym spotkaniu kobiecej grupy wsparcia. W
swoich notatkach nazywała je według liter alfabetu greckiego: Alfa, Beta,
Gamma, Delta, Jota, Kappa, Lambda, aby nikt nie odkrył ich prawdziwych
tożsamości.
Tego dnia, oprócz niej zjawiły się zaledwie trzy. Beta, krągła, wiecznie
spocona blondynka, której nerwowe ożywienie było naznaczone pechową
niezgrabnością. Miała za sobą jakieś konflikty z prawem. Gamma, której ostre
kości policzkowe i załamany nos nadawały twarzy egzotycznego charakteru. Praca
na platformie nie była jej życiową koniecznością, uciekła tutaj przed
tajemniczymi wydarzeniami na lądzie. Wreszcie Jota, najbardziej nieobliczalna z
nich wszystkich. Niewysoka i krępa, miała sylwetkę zapaśniczki. Zamknięta w
sobie, okazywała skłonność do nagłych wyskoków, które świadczyły o utajonych
emocjach. Wszystkie pozornie lekceważyły Luisę, a jednocześnie uważnie ją
obserwowały. W tym momencie podążały za jej wzrokiem. W końcu Jota powiedziała
coś zaskakującego:
– Faceci. Nie sposób ich zrozumieć.
– Coś dziwnego się z nimi dzieje – zawtórowała jej Gamma.
– Niebezpieczeństwo w pracy tak na nich działa – odrzekła Luisa.
– Samo życie jest niebezpieczne – zaoponowała Beta.
– Potrafię to samo co oni. Czemu zarabiam mniej? – zastanawiała się Jota.
– Ryzyko – skwitowała Luisa. – Widziałyście statystyki wypadków?
Skłoniłam operatora do złożenia raportu.
Beta poderwała się, aż krzesło zatrzeszczało.
– To koniec. Załatwiłaś nas. Wzmogą kontrolę i zaostrzą procedury. Obetną
nam premie!
– Dzisiaj ma przybyć ktoś z Northern Light Research – nadmieniła Gamma.
Wszystkie spojrzały na nią wymownie. Luisa szybko zrozumiała, że właśnie
straciła ostatnie przyjaciółki, natomiast zyskała nowych wrogów. Chyba
podświadomie dążyła do takich sytuacji. Niczym ryba głębinowa, czuła się dobrze
jedynie w nieludzkim chłodzie i morderczym ciśnieniu.
Jakby dla potwierdzenia słów Gammy, za oknami usłyszeli huk silników śmigłowca.
Na ośmiokątnej membranie lądowiska, umieszczonej na dachu hotelu, wylądował
czerwono-żółty Airbus H145. Z maszyny wysiadł młody mężczyzna z neseserem. Miał
płowe, krótko ostrzyżone włosy, żylaste ramiona i okulary w czarnych oprawkach.
Poza tym stanowił anonimowo doskonały egzemplarz, wyhodowany w prywatnych
szkołach Wielkiej Brytanii. Plotki głosiły, że w połowie był Anglikiem, a w połowie
Rosjaninem, co miało mu przydać odpowiedniej tajemniczości i charyzmy. Marcus
Taranis został tu wysłany przez Northern Light Research jako najbardziej
ambitny i efektywny z młodych menadżerów.
W ciągu godziny ekipa platformy zebrała się w sali konferencyjnej. Przed
rzędami krzeseł stała mównica z mikrofonem, a za nią ekran, na którym
wyświetlano abstrakcyjną wizualizację przedstawiającą logo firmy. Kamery
nagrywały wystąpienie dla tych pracowników, którzy nie mogli opuścić swojej
zmiany. Marcus wszedł na podest nieco zamyślony i spięty, choć było to pozorne
wrażenie.
– Przede wszystkim, na początek muszę wam coś powiedzieć. Otóż cały
zarząd Northern Light Research zobowiązał mnie do tego, abym wam wszystkim
gorąco podziękował za trud, jakiego dokonujecie każdego dnia. Dzięki wam wprawiamy
ten świat w ruch!
Ludzie niespokojnie poruszyli się na krzesłach. Nie tego się spodziewali.
Taranis skłonił lekko głowę, zamyślony przemierzył kilka kroków. Sprawiał
wrażenie, że zastanawia się nad doborem słów.
– Jednak muszę powiedzieć o czymś innym. Tego nie było w oficjalnej
wersji wystąpienia. Nie zgodziliby się, żebym o tym mówił. Mianowicie… oni
martwią się o was. Wiecie, dlaczego?
Zamilkł. Podszedł do mównicy i chwycił wąski, granatowy segregator.
– Personel medyczny przygotował raport, który znalazł się na naszych
biurkach. To jest poufny dokument do użytku wewnętrznego. Ale my nie będziemy
przed wami niczego ukrywać. Jesteśmy wstrząśnięci tym bilansem. Czego on
dotyczy? Otóż ciągu ostatnich tygodni zarejestrowano tutaj kilkanaście
wypadków. Lista mrozi krew w żyłach.
Otworzył segregator i przerzucał strony dokumentu, wskazując odpowiednie miejsca.
– Wstrząs mózgu. Przebita czaszka. Poparzenia. Przygniecenia.
Poślizgnięcia. Podtopienia. Utraty bądź zmiażdżenia kończyn. Nie mogę czytać
dalej, bo szczegóły są zbyt drastyczne.
Z hukiem zamknął teczkę. Zrobił pauzę.
– Jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć?
Omiótł spojrzeniem salę, a potem powiedział stanowczym głosem:
– Najsłabszym ogniwem są ludzie. Nie zrozumcie mnie źle. Dobieramy
najlepszych specjalistów i nikt w to nie wątpi. Jednak ludzie potrzebują innych
ludzi. I planu działania. Większość tych tragicznych wypadków została spowodowana
brakiem współpracy i niezrozumieniem przepisów. Upór, samowola i zawziętość
prowadzą do katastrofy.
Wyciągnął palec w kierunku słuchaczy.
– Ale was to nie dotyczy, tak? Jesteście zgranym zespołem. Jesteście
fachowcami! Mogę na was liczyć, tak? Odpowiedzcie, czy mogę na was liczyć? Kim
jesteście?!
Przytknął dłoń do ucha. W sali rozległ się gwar.
– Wiadomo, jesteście fachowcami. Wybraliśmy was spośród setek innych
kandydatów. Jesteście najlepszymi specjalistami w branży. Znacie procedury
ratownicze. To jest oczywiste. Szkoliliśmy was. Ale pamiętacie, co jest
najważniejsze? Uważność. Otwarty umysł. Zdecydowanie. Elastyczność. Świadomość
i rozsądek. Trzeba być otwartym na współpracę i gotowym do szybkiej reakcji.
Wyprostował ramiona, jakby obejmował ich wszystkich.
– Zespół musi działać jak jedna maszyna, jak jedno ciało. A co zapewnia
sprawne działanie? Komunikacja i procedury.
Odczekał jeszcze chwilę i powtórzył wolno:
– PRO-CE-DU-RY.
Ludzie patrzyli na siebie zdezorientowani. Zaczęli szeptać. Ktoś klasnął.
Marcus już schodził z podestu, kiedy przypomniał sobie o czymś i zawrócił.
– Muszę wam powiedzieć coś jeszcze. Kilkaset kilometrów stąd znajduje się
druga platforma wiertnicza. Na razie obsługuje ich konkurencja. Ale oni drążą.
Są otwarci na propozycje. I zdeterminowani. A w zarządzie pojawiają się czasem
głosy osób pozbawionych sentymentu.
Nagle Taranis wyskoczył w górę i krzyknął wymachując pięścią:
– A jednak ja w was wierzę! Wy wiecie, co robić! Działać dalej! Wiercić
coraz głębiej! A przede wszystkim, uważać na siebie!
Podszedł do pierwszego rzędu siedzeń i z błyskotliwym uśmiechem rozdawał
uściski dłoni. Wciąż mówił do zgromadzonych, ale owacje zagłuszały jego słowa. Otoczyli
go ludzie z kadry kierowniczej. Wszyscy udali się do sterowni, skąd dochodziły
ożywione głosy. Godzinę później Airbus H145 wzniósł się w powietrze.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz