19-05-2034,
wieczór
Milczenie
ćmiło w ich czaszkach jak niewyraźne światło energooszczędnych żarówek. Jolanda
zaproponowała spotkanie ze swoim wspólnikiem Peterem Ottenbergiem. Umówili się
w knajpce w Mitte. Parapety przed oszklonymi witrynami wyłożono drewnianymi
ławkami. Peter siedział przy wąskim stoliku, pomiędzy dwiema hałaśliwymi
grupami. Kiedy podeszli, odsunął się z krzesłem, jakby nie chciał, żeby
siedzieli zbyt blisko siebie. Szczupły blondyn o jasnej cerze wyglądał jak wyprodukowany
z syntetycznych materiałów. Zachowywał się niczym hologram człowieka,
pozbawiony ciężaru, nie dotykał przedmiotów, ale stykał się z nimi na krawędziach.
–
Podobno dawno cię tu nie było. Jak postrzegasz zmiany? – spytał Erwina, ale
bynajmniej nie czekał na odpowiedź. Odchylił głowę i powiedział z zamkniętymi
oczami:
–
Uwielbiam atmosferę tego miasta. Pachnie jak podniecona nastolatka, która
uciekła z domu.
Erwin
szybko się domyślił, czemu Jolanda tak bardzo ulegała wpływowi Petera.
Zaczęło
się zmierzchać. Udali się na wernisaż malarstwa do niewielkiej galerii
mieszczącej się w dawnym sklepie. Na oknie wystawowym wciąż jeszcze widniały
resztki napisów. Kilkoro osób dzierżących kieliszki stało w nielicznych
grupkach rozrzuconych w pomieszczeniu. Na ścianach wisiały duże,
hiperrealistyczne obrazy przedstawiające nędzarzy i bezdomnych leżących na
ulicach.
Jolanda
natychmiast gdzieś zniknęła. Peter zalewał Erwina nieprzerwanym monologiem,
pełnym dygresji, rozgałęzień i zwrotów akcji. Ten słowotok był sposobem na
zdominowanie ludzi wokół siebie, a jednocześnie służył zachowaniu dystansu. Po
przeciwległej stronie Jolanda rozmawiała z nieznaną dziewczyną. Po chwili
wróciła do nich.
–
Weźmiemy udział w sesji fotograficznej.
–
Tak po prostu? Kto jeszcze robi zdjęcia żywym ludziom?
–
Koncepcja autorska. Autentyczna stylizacja.
–
Znasz jakieś szczegóły?
–
Niezależna reklama. Świat post-apo. Osadnicy wśród ruin starego świata. Klasyka.
Nagle
w zwykły wernisażowy tłum zakradła się ekscentryczna para. Gruby mężczyzna,
nagi, jeśli nie liczyć skórzanych slipek i maski na głowie prowadzony był przez
zaczerwienioną, rozczochraną kobietę w kraciastej spódnicy i bluzce z
bufiastymi rękami. Ubranie musiało pochodzić z szafy jakiejś dewotki z
poprzedniego wieku. Jolanda z Peterem najwyraźniej ich znali i potraktowali ich
najście jako sygnał.
–
To już schyłek. Wynosimy się – stwierdzili zgodnie.
Barwne
neony rozmywały się w strugach deszczu spływających
po oknie taksówki. Na siedzeniu obok Peter przemawiał swoim monotonnym,
skrzekliwym głosem. Trudno pojąć, co musiało dziać się wewnątrz tej głowy. Jego
rozgorączkowany egocentryzm popadał w paranoję. Człowiek był tyle irytujący, co
wart współczucia.
Wkrótce
trafili do starego baru, którego wystrój był stylizowany na jeszcze starszy.
Otaczały ich poczerniałe, lśniące od brudu mury. Długa lada z oszlifowanej
stali ciągnęła się po lewej stronie. Jolanda z Peterem z miejsca ruszyli do
zaciemnionego rogu, który okazał się skrywać wąskie, strome schody. Wszyscy troje
zeszli na dół. Znaleźli się w podziemnym pomieszczeniu o sklepionym suficie,
którego ściany wyłożono pożółkłą glazurą.
W
sali było praktycznie pusto. Dwie dziewczyny tańczyły mocno splecione, bardzo
powoli, pomimo szybkiej muzyki. W kącie siedziała samotna kobieta. Po chwili
mężczyzna przyniósł jej drinka. Odstawili szklanki na stolik i zaczęli
namiętnie się całować, obejmując dłońmi swoje głowy. Kiedy odrywali się od
siebie, ich twarze były puste, niemal znudzone. Jolanda i Peter zniknęli. Erwin
pozostał sam na środku sali. Stał zdezorientowany.
Nagle
dotarło do niego, że od dłuższego czasu nic się nie wydarzyło. Teraźniejszość
zamarła. Dziewczyny tańczyły, a para się całowała. Erwin nabrał absurdalnego
przekonania, że czas się zatrzymał. Zapętlił się. A potem cała sytuacja
powtórzyła na nowo. Dziewczyny tańczyły. Mężczyzna przyniósł drinka kobiecie. Dopiero
potem zaczęli się całować.
Erwin
osłupiały wciąż sterczał na środku sali. W tym momencie zjawił się Peter i
powiedział mu prosto do ucha:
–
Zauważyłeś to? Czas się zatrzymał. A potem wszystko się powtórzyło. Czy ja
oszalałem?
Erwin
spojrzał na niego, ale nic nie odpowiedział.
W
drodze powrotnej taksówka stanęła na chwilę pod wiaduktem. Na starych cegłach
Erwin ujrzał ciemny osad, gęsty i lepki jak smar. Czarny tłuszcz miasta. Ciemna
materia pochłaniała światło. Smoła, niczym fantomowy bliźniak miasta, zawierała
w sobie zburzone i niedokończone budowle, ciemność spod mostów, obrzydliwe
odgłosy kanalizacji, podarte gazety z nagłówkami koszmarów, potłuczone szkło
obietnic, truchła zmutowanych zwierząt, kartonowe niebo bezdomnych, zwęglone
nadzieje. Smoła spływała gęstą strugą zbrodniczych myśli okrutnych słów
zdeformowanych postaci brnących w porannym półmroku ze swoich nor do
rozpalonych pieców między zegary fabryczne a kolistą zachłanność taśm produkcyjnych
odcięte członki spakowane w skrzynki na narzędzia konstruktorów miast piramidalnych
kłamstw cywilizacji światła elektryczne szyldu kabaretu zakazanych rozrywek dla
anonimowych użytkowników zagubionych na rogach ulic peronach skwerach
odrażające objawienia kości tłuszczu nafty węgla pokarmów bielizny metalu
kamieni pleśni sierści farby.
20-05-2034,
wieczór
Inteligentny salon pracował w
trybie oszczędnym. Światła i klimatyzację wyłączono. Myśląca lodówka
rozświetliła się promiennie, kiedy Greta wyjmowała z niej warzywa. Najdroższe,
niemodyfikowane genetycznie. Postawiła misę z sałatką na stole. Wiktoria zamknęła
się w pokoju i wygłuszyła ściany. Milczenie zawisło nad gruszkami z granatem. Ze
swojego gabinetu wyłonił się Uwe. Okulary zsunęły się na koniec jego wąskiego
nosa. Pasemka siwizny znaczyły zmierzwione włosy.
Greta
usiadła na sofie, zwrócona twarzą do ciemnego okna. W dłoniach trzymała
kieliszek białego wina. Nagle powiedziała bardzo cicho i wyraźnie:
–
Mam tego dość. Nie chcę tego wszystkiego. Potrzebuję oddechu.
Uwe
wstał od stołu i zbliżył się do sofy. Położył ręce na oparciu, tuż obok ramion
Grety. Nie obejrzała się. Podszedł do okna. Zapatrzył się w czerwony zmierzch
ponad dachami.
–
Nie pamiętasz, ile musieliśmy pracować, żeby to osiągnąć?
–
Dla ciebie liczą się tylko pieniądze i praca.
–
Myślę o naszych uczuciach i wspólnych doświadczeniach. O wyrzeczeniach i lojalności.
O więzi między nami.
–
Ale świat wymaga wciąż więcej i więcej! Musimy ciągle biec, żeby stać w
miejscu!
–
Cały czas trzeba walczyć o utrzymanie tego, co mamy. Sama wiesz najlepiej.
–
A jednak. Mam dość.
Erwin
bez słowa wyszedł do łazienki. Spłukał
twarz zimną wodą, a potem długo patrzył w lustro, na swoją twarz ociekającą
strugami kropel. On też czasem miał ochotę zostawić to wszystko. Agencję nieruchomości,
którą odziedziczył po ojcu. Tę kapryśną kobietę z obcym dzieckiem, z którą
związał swoje życie. Wszystkich klientów i urzędników obskakujących go jak wściekłe
psy. On również miał ochotę powiedzieć: „mam tego dość!”. Po prostu bez słowa
zamknąć za sobą drzwi i ruszyć przed siebie, dopóki nie padnie z wyczerpania. Po
chwili jednak brał głęboki oddech i powstrzymywał się. Jakieś dziwaczne, wpojone
mu przez rodziców poczucie obowiązku kazało mu ciągnąć to dalej. Wziął się w
garść. Teraz przypomniał sobie o czymś bardzo istotnym. Wrócił do salonu.
–
Doskonale cię rozumiem – zaczął łagodnym głosem. – Ja też mam czasem dosyć tego
wszystkiego. Ale tu chodzi o przyszłość. O dziecko, o naszych rodziców. O cały
ten świat. Mamy zobowiązania. Dostaliśmy wspaniały dar. Powinniśmy go pomnożyć
i oddać światu.
–
Pomyślmy wreszcie o sobie. Nie chcę nowych zobowiązań.
–
Tak. Pomyślmy o sobie.
Chyba
każde z nich inaczej rozumiało te słowa.
–
Nie chcę tego nowego mieszkania od Erwina. Zgadzam się z Wiktorią.
– Oczywiście. Świetnie sobie
radzimy. Wyjazd i szkołę opłacimy. Ale co z przyszłością? Co ze studiami Wiki? A
może za kilka lat będzie chciała założyć własną rodzinę? To jest inwestycja w
przyszłość.
– Daj spokój.
Uwe przybrał teraz bardziej
stanowczy ton.
– Musimy przekonać Wiktorię, żeby
nie odrzucała propozycji swojego ojca. To jest nierozsądne.
Greta patrzyła na niego bez
słowa
– Trzymajmy się razem. Porozmawiajmy z nią.
Greta powoli dopiła kieliszek wina, westchnęła ociężale i kiwnęła głową. Zawołali córkę.
– Trzymajmy się razem. Porozmawiajmy z nią.
Greta powoli dopiła kieliszek wina, westchnęła ociężale i kiwnęła głową. Zawołali córkę.
– Wiktoria. Powinniśmy o czymś
porozmawiać. Otwierają się przed nami nowe możliwości.
– Masz tyle pomysłów na życie. Zastanówmy się wspólnie, jak je zrealizować.
– Masz tyle pomysłów na życie. Zastanówmy się wspólnie, jak je zrealizować.
Wiktoria patrzyła na nich
zdezorientowana.
– Chodźcie, zamówimy pizzę! – zawołał Uwe i klasnął w dłonie. – Z naszej ulubionej trattorii.
Greta spojrzała na niego posępnym wzrokiem.
Wystarczyło jedno mrugnięcie oka. Jedynie Greta doznała niezwykłego zawrotu głowy, którym obwiniła wypite wino. Kiedy podeszli do stołu, czekało ich niebywałe zaskoczenie. Na blacie stało otwarte pudełko po pizzy. Jeden niedojedzony kawałek i ogryzione brzegi leżały na tekturze, ciemnej od tłuszczu. Wokół nich otwarte pudełka z sosami. Co więcej, Uwe czuł charakterystyczną ociężałość w żołądku i posmak w ustach. Spojrzeli na siebie. Co się stało? Coś im umknęło? Czyżby czas przeskoczył o jakiś mały trybik w swojej wielkiej, niepojętej machinie?
– Chodźcie, zamówimy pizzę! – zawołał Uwe i klasnął w dłonie. – Z naszej ulubionej trattorii.
Greta spojrzała na niego posępnym wzrokiem.
Wystarczyło jedno mrugnięcie oka. Jedynie Greta doznała niezwykłego zawrotu głowy, którym obwiniła wypite wino. Kiedy podeszli do stołu, czekało ich niebywałe zaskoczenie. Na blacie stało otwarte pudełko po pizzy. Jeden niedojedzony kawałek i ogryzione brzegi leżały na tekturze, ciemnej od tłuszczu. Wokół nich otwarte pudełka z sosami. Co więcej, Uwe czuł charakterystyczną ociężałość w żołądku i posmak w ustach. Spojrzeli na siebie. Co się stało? Coś im umknęło? Czyżby czas przeskoczył o jakiś mały trybik w swojej wielkiej, niepojętej machinie?
*
* *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz