12-05-2034, wieczór
W
zimnym zmierzchu czerwień nabierała głębi i zapadała się w granat. Platforma
kołysała się pośród ciemnego morza, ponad nią gwiazdy kołysały się w wirach
kosmicznych wiatrów, a w przestrzeni pomiędzy nimi budziło się coś potężnego i nieznanego.
Za stalową ścianą połowa załogi rozpełzła się po krętych korytarzach do swoich
zacisznych zakamarków.
Stojąc przy barierce i wpatrując się w hipnotyczne fale i mrok
gęstniejący dokoła, Luisa nabierała pewności, że ludzkość jest jedynie krótkim,
przejściowym epizodem w historii tej planety. Gdyby ludzie wymarli, za tysiąc
lat pozostałoby po nich niewiele śladów. Wąska warstwa sprasowanego betonu,
metalu i szkła. Przyszli naukowcy mieliby problem, aby zidentyfikować pozostałości
naszej cywilizacji. Swoją obecność na Ziemi wyraźniej zaznaczyły proste
organizmy, które żyły przed miliardami lat w pradawnych morzach, aby teraz
stanowić pożywienie ludzkich maszyn.
Odwróciła wzrok od ciemniejącego morza i obejrzała się za siebie, na
platformę wiertniczą szykującą się do nocnej zmiany. Tak. Teraz tutaj jest
życie. Drobne, chwilowe, rozedrgane. Ciepłe, wilgotne i lepkie. Otoczone przez
szary, bezkształtny żywioł.
Luisa
nie odczuwała tutaj samotności. Ci wszyscy mężczyźni wokół niej, którzy
traktowali ją jak podejrzaną wariatkę, wzbudzali jej chłodną ciekawość. Dawno minął
ten okres, kiedy każdemu z nich przypisywała jednostkę chorobową. Kilka lat
temu w symbolicznym geście wyrzuciła wszystkie swoje podręczniki i uwielbiane
książki do morza. Teraz po prostu ich obserwowała. W większości przypadków to
wystarczało. Jej bezstronna asysta była im potrzebna, aby wydostać się z pokoju
luster własnego wnętrza. Tymczasem ona zaczęła sobie wyrzucać, że zamknęła się
tutaj w swojej strefie komfortu.
12-05-2034, noc
Leżała w półmroku swojej kajuty. Niemal na pamięć znała rozkład tej małej
klitki. Łóżko we wnęce, szafki, biurko, niewielkie okno. Czasem to
pomieszczenie wywoływało u niej klaustrofobię, innym razem ten minimalizm
działał na nią uspokajająco. Długo nie mogła się uspokoić. Gęsta, mięsista
ciemność wyżerała oczy. Luisa czuła się pożerana żywcem przez mrok i
nieświadomość. Groźba utraty kontroli nad własnym ciałem zawsze wpędzała ją w panikę.
Trudno powiedzieć, kiedy zasnęła. Sen spłynął na nią pośród nerwowego
niepokoju rozbieganych myśli. Po prostu nagle uświadomiła sobie, że śni. Ale
był to bardzo wyraźny sen, jeden z tych, którą są znacznie wyrazistsze od jawy.
Kluczyła pustymi korytarzami mieszkalnej części platformy wiertniczej. Szukała
kogoś konkretnego, ale zapomniała jego imienia. Jej zaniepokojenie przeradzało
się w popłoch. W pewnym momencie, na korytarzu zalanym białym, zimnym światłem,
pojawił się tamten ranny robotnik. Wciąż miał na sobie opatrunki, jednak poruszał
się samodzielnie, powolnym, lunatycznym krokiem. Minął ją zapatrzony przed
siebie, skostniały. Luisa znowu poczuła lodowaty powiew wiecznej samotności. Chłopiec
odwrócił głowę o sto osiemdziesiąt stopni, tak że jego twarz znalazła się ponad
plecami. Wówczas jęknął błagalnym głosem:
– Proszę, nie róbcie tego! Zostawcie to, błagam was! Wycofajcie się, póki
jest czas!
A potem usłyszała to. Poczuła to. Świat zaczął się rozpadać, krawędź
horyzontu rozszarpały niepojęte kształty. Jednolita przestrzeń roztrzaskała
się na odrębne płaszczyzny. Bezosobowe bestie waliły w metalowe ściany. Uświadomiła
sobie, że wkrótce zostanie rozszarpana na strzępy przez demona, która targa
ludźmi we wszystkie strony.
Lęk wyrwał ją ze snu i dopiero lekarstwa przywołały z powrotem oziębły spokój.
13-05-2034, poranek
Nawet sobota była na platformie standardowym dniem pracy. Luisa, jak co
dzień, przebywała w swoim gabinecie. Przeglądała notatki dotyczące ostatnich
zdarzeń. Szczegóły wypadków, dane pacjentów. Pod medycznymi terminami kryły się
wstrząsające incydenty. Wydarzenia w niewyjaśnionych okolicznościach. Poparzenia
przy wytryskach wody i ropy. Upadki z wysokości. Utraty bądź zmiażdżenia
kończyn. Przygniecenia. Utopienia.
Szczegóły zaczynały układać się w niepokojący wzór. Po pierwsze, w
liczbach związanych z tragediami, powtarzała się cyfra osiem. Wczorajsze
zajście miało miejsce o godzinie 13:18. Brzmiało to paranoicznie i niewiarygodnie.
Jednak inna regularność była jeszcze bardziej złowróżbna. W dokumentacji znajdowała
zwykle adnotację o nietypowych oparzeniach. Czy każdy z tych nieszczęśników
miał kontakt z nieznaną substancją?
„Dość tego”, pomyślała. Zadzwoniła do operatora platformy. Zażądała
spotkania w trybie pilnym, zagroziła notatką służbową. Niespodziewanie operator
okazał się przychylny, widocznie musiał liczyć się z personelem medycznym. Jej
napięcie rosło, kiedy szła w stronę sterowni. Prowadziła ją gniewna
wściekłość.
Znalazła się w podłużnym pomieszczeniu z długim oknem obejmującym całą
frontową ścianę. Pod nim szare pulpity i krzesła biurowe. Monitory komputerów z
animowanymi wykresami, oscylującymi z góry na dół. We wnęce widniały metalowe
szafki. Klimatyzowane pomieszczenie zaludniało kilku mężczyzn w niebieskich
kombinezonach.
Luisa stanęła przed biurkiem. Operator odwrócił się do niej na krześle,
ale nie wstał. Był otyłym mężczyzną z posiwiałą szczeciną na głowie. W jego wyglądzie
dominował rys ostentacyjnego zaniedbania, mimo kosztownych okularów i markowego
zegarka. Spojrzał na nią marszcząc brwi.
Sprawiał wrażenie, jakby się jej obawiał.
– Dzień dobry. W czym rzecz?
– Chciałam zgłosić problem. Nie sposób dłużej go lekceważyć.
– Jaki problem?
Luisa wzięła głęboki oddech i odrzekła jak najspokojniej:
– Mamy coraz więcej niewyjaśnionych wypadków wśród załogi.
– Ryzyko zawodowe. W tej branży to nic dziwnego.
– Nie o to chodzi. Tutaj dzieje się coś jeszcze.
– Co pani ma na myśli?
Z wściekłością stwierdziła, że nie wie, co odpowiedzieć.
– To skomplikowane. Fakty są niejasne.
– Jak na traumatologa, mało precyzyjna odpowiedź.
– Nie będę z panem dyskutować. Pan dobrze wie, co tutaj się dzieje.
Trzeba złożyć raport!
– Spokojnie. I tak wkrótce ma przylecieć tutaj ktoś z centrali.
– Nie można narażać tych ludzi!
Operator był człowiekiem bez wątpienia sfrustrowanym. Regulamin była dla
niego środkiem do szantażowania i manipulowania ludźmi. Platforma jako maszyna
działała sprawnie, jednak jako społeczność była kompletnie dysfunkcyjna. Teraz
mężczyzna odwrócił od niej wzrok i zapatrzył się w monitor, a potem zdjął jakaś
karteczkę z korkowej tablicy. Zmiął ją w dłoni i wcisnął do kieszeni. A potem
powiedział dziwnie apatycznym głosem:
– Już za późno.
– Protestuję!
– Przyjąłem do wiadomości.
– Słuchaj pan, jeżeli nie wystosujesz raportu, składam oficjalny protest!
Operator nie patrzył na nią. Obracał w rękach długopis.
– Dobrze. Napiszę raport w sprawie powtarzających się wypadków.
Luisa wychodziła ze sterowni z mieszanymi uczuciami. Miała wrażenie, że
wszyscy dyskretnie spoglądali na nią. Przeszła przez część mieszkalną i
znalazła się na niewielkiej galeryjce. Stała ponad ścianą metalu, wpatrzona w
stalową szarość powierzchni morza. Nie lubiła poddawać się nastrojom. Zawsze
znajdowała racjonalne wyjaśnienie. Zmęczenie. Niedobór magnezu. Frustracja
seksualna. Tym razem jednak emocje były zbyt głębokie. Rozpłynęła się w nich.
Utonęła. Nie potrafiła wydobyć się z tego leja o gładkich powierzchniach. Zbyt
wiele możliwości ruchu. Brak możliwości ruchu. Wszyscy dryfowali w jakimś
nieznanym, fatalnym kierunku.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz