24-05-2034, wczesne
popołudnie
Tego mglistego poranka czas jakby zwolnił. A jednak niepostrzeżenie minęło
kilka godzin. Erwin siedział pijany w barze. Podobnych lokali było w tym
mieście mnóstwo. Pomarańczowe obramowanie wokół witryny, błyskające logo
loterii, a przed wejściem holo-reklama piwa, imitująca pożółkłe, plastykowe
standy. Szklane półki i lustra wielokrotnie załamywały przestrzeń wnętrza, zmieniając
ją w zawiłą figurę niemożliwą. W głębi pomieszczenia wisiał archaiczny
telewizor. Na ekranie czarny wóz bojowy pokonywał rów ciągnący się wzdłuż
drogi. Na asfalcie spoczywał ponury rząd plastykowych worków.
Od rana był to już chyba trzeci albo czwarty bar, w którym się znalazł. Nie
spał w nocy, popadał więc w coraz większą euforię. Osiągnął stan, w którym
człowiek zyskuje nadludzką siłę i sprawność, a jedynym znakiem upojenia jest zanik
wszelkich zahamowań, bliski szaleństwu. W jego oczach krawędzie przedmiotów nasyciły
się kontrastem. Przedmioty straciły swoją masę. Unosiły się w powietrzu.
Krzesła, stoły, automaty do gry. Zapanował ten osobliwy, pełen napięcia spokój
przed katastrofą. Krótki, przesycony intensywnością moment przed upadkiem,
kiedy cały świat zamarł w niezwykłej pozycji ponad otchłanią. Erwin poczuł, że
znajduje się na progu oświecenia albo udaru mózgu. Uświadomił sobie, że
nadchodzące dni będą kluczowe dla jego losów.
Wyszedł na ulicę. Wszelkie ludzkie czynności wyrwane z kontekstu, stawały
się rodzajem wieloznacznego rytuału. Dostawca ciągnął wózek ze skrzynkami.
Mężczyzna prowadził dwa psy na czerwonych smyczach. Starsza kobieta wsparta na
lasce oglądała holo-projekcje.
Wówczas
Erwin dostrzegł coś niezwykłego. Z początku wziął to za nietypowe zjawisko
atmosferyczne. Przypadkiem spojrzał na ostatnie piętra domu po drugiej stronie
ulicy. Proste linie gzymsów wykrzywiły się, jakby widziane przez soczewkę, a
przestrzeń wybrzuszyła się, formując przezroczystą kulę. W jej wnętrzu rozchodziło
się światło chłodniejsze i bardziej rozproszone, jak podczas zaćmienia słońca. Materia
nabrała ziarnistej faktury, jakby cząsteczki rozdzieliły się i wirowały w
przeciwnych kierunkach. Erwin stwierdził, że to złudzenie optyczne albo efekt jego
choroby. Wówczas do wnętrza anomalii wleciał ptak. Stworzenie nagle zamarło w
powietrzu. Z wysiłkiem poruszając skrzydłami, nieznacznie poruszało się
naprzód. Lufcik w górnym rogu okna odchylił się niezwykle wolno, niemal
rozpadając się na odrębne, rozedrgane atomy. Wewnątrz niewidzialnej sfery
musiał panować inny upływ czasu.
Wciąż
wpatrywał się w niezwykłe zjawisko, kiedy podeszła do niego nieznajoma
dziewczyna.
–
Ognia da? – spytała.
Zdziwił go jej szorstki akcent i zadziorne słowa. Papieros, który
trzymała po łobuzersku w zagiętej dłoni, był nietypowo spłaszczony. Przyjrzał
się samej kobiecie. Na głowie nosiła wielki, czarny beret, zawadiacko
przesunięty na bok głowy. Spod grubego płaszcza z futrzanym kołnierzem
wyłaniały się masywne, umięśnione nogi. Pończochy zsunęły się i zrolowały pod kolanami. Dziewczyna przyciskała
do ciała wypchaną, skórzaną aktówkę. Jej twarz pokrywał mocny, przerysowany
makijaż. Biały puder powlekał skórę jak aktorska charakteryzacja. Rzęsy pociągnięte
czarnym, tłustym tuszem odbijały się na powiekach, zostawiając groteskowy ślad.
Z kolei usta zostały zamalowane, zamieniając się w wąską, poziomą szczelinę.
Jedynie na środku jaskrawoczerwoną szminką narysowano kształt przypominający niewielkie
serduszko. Całość sprawiała dość upiorne wrażenie. W nozdrza uderzył go
niezwykle intensywny zapach. Kwaśna woń jakiegoś podłego tytoniu, mdlący odór gotowanego
mięsa i przetrawionego piwa, a ponadto specyficzny, słodkawy aromat, który zidentyfikował
dopiero po dłuższej chwili. To była nafta!
Jednak zanim Erwin zdążył zareagować, dziewczyna zadrżała, jak obraz
falujący w ciepłym powietrzu i znikła, niczym zmieciona podmuchem wichury.
Odszedł
kilka kroków i nagle szaleńcza decyzja eksplodowała w jego pijanym mózgu. On
też nie pójdzie nigdzie dalej. Zostanie tutaj. Tutaj było jego miejsce.
Jakby w odpowiedzi, zimny wiatr chlusnął go na odlew w twarz. Oślepił go
siny odblask na szybie. Rdzawe promienie słońca ślizgały się na ostrzach
dachów, kołysały pomiędzy antenami satelitarnymi i latarniami, spływały na stosy
pustych skrzynek, popękany asfalt, tory kolejowe, złom i brunatne cegły.
Ogarnęło go dojmujące uczucie nieokreślonego braku. Poczuł wibrację swojego
telefonu. Odczytał wiadomość od Klary Malik.
„Labo zniszczone. Znowu. Straciłam próbki”.
Zachwiał się i ruszył przed siebie, intuicyjnie utrzymując właściwy
kierunek. Przemierzał miasto rozkołysanymi krokami, które należałoby określić
jako poślizg kontrolowany. Równie bezwładnie myśli prześlizgiwały się przez
jego głowę. Po południu dotarł do kamienicy na Max Steinke Strasse. Nigdzie nie
widział Schulza. Po schodach dowlókł się na górę. W ubraniu padł na materac. Czuł
się ociężały jak kamienny posąg, a jednocześnie, ilekroć zamykał oczy, miał
wrażenie, że rozpływa się niczym halucynacja.
Niejasno pamiętał wydarzenia z poprzedniej nocy, wiadomość od Klary i
swoją decyzję. Wieczorem miał skontaktować się z Luisą z platformy wiertniczej.
Niestety zapomniał, w jakim celu.
24-05-2034, wieczór
Co się stało? Skąd ten hałas? Wszedł czy wyszedł? Co się z nim stało?
Nerwowa struga pytań przewaliła się przez rozgorączkowaną głowę. Otworzył oczy
w ciemności. Mechaniczny skowyt przetoczył się za oknem. Erwin usiadł na łóżku.
Zgrzytliwy dźwięk zawisł w ciemności niczym drżąca struna. Ten odgłos w
ciemności. Okno w ścianie. Ulica w mieście. Co to wszystko miało znaczyć?
Białe, plastykowe widmo lewitowało ulicą poniżej, metalowy sześcian na
czterech kołach. Anonimowa ciężarówka przecięła pusty plac. Hałas silnika
wyrwał Erwina ze snu. Usiadł na kanapie w głównym pokoju, przez duże okno
zobaczył fluorescencyjną poświatę, niebiesko-zieloną łunę falującą ponad
dachami. Romb mlecznego światła wychylał się spod niedomkniętych drzwi
łazienki. Okulary leżały na stoliku nocnym. One też wydzielały błękitne
światło, dyskretnie wibrując.
*
* *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz