23-05-2034, wieczór
Słodki
syrop rozmiękczył tekturowy talerzyk i skleił palce. Erwin dojadł ostatni
kawałek baklawy. Rozejrzał się w poszukiwaniu kosza na śmieci. Wyziębioną,
ciemną ulicę smagało pulsowanie świateł policyjnych lamp ostrzegawczych.
Nieopodal widniał ciemny kształt otoczony barierkami. Nieforemna bryła
chropowatego, sczerniałego metalu do niedawna była karoserią samochodu. Wśród
zgromadzonych przechodniów, na chodniku siedziały ofiary wypadku. Owinięte
kocami osoby były przerażone i zawstydzone. Dygotały.
Jolanda
przyglądała się całej scenie z perwersyjną zachłannością. Erwin pociągnął ją
delikatnie za ramię. Pierwszy odezwał się Peter. Uwielbiał być najlepiej
zorientowany.
–
Dzisiaj wszędzie działo się coś niedobrego. Niedaleko od naszych studiów zamknęli
cały kwartał ulic. Przechodziłem tamtędy. To było straszne. Ci ludzie… w
błyskawicznym tempie zestarzeli się. Umarli na naszych oczach. W ciągu paru
minut. Wciąż mam ten obraz w pamięci.
–
To prawda, że drogi wjazdowe do miasta są zablokowane?
–
Ale co się stało?
–
Trudno powiedzieć. Nikt nie wie dokładnie – wyjaśniał Peter. – Czarna dziura
zagięła czasoprzestrzeń. Przebiegunowanie magnetyczne Ziemi wykrzywiło orbitę. Wielka
asteroida pełna ciężkich metali minęła naszą planetę. Poruszyły się płyty
tektoniczne skorupy ziemskiej. Wstrząs fal grawitacyjnych zgniótł
czasoprzestrzeń.
–
Wszystko jednocześnie?
–
Tyle jest wersji. Każdy mówi coś innego.
Peter
z Jolandą rozmawiali dalej, a Erwin rozglądał się, znużony przewidywalną
wymianą zdań. Z półmroku zaułków wyłaniały się oderwane obrazy. Jakaś
kompletnie pijana, apatyczna dziewczyna niemal wpadła na nich, powłócząc nogami.
Zasępiony kloszard wracał z koszem niesprzedanych kwiatów. Chłopak ze
słuchawkami na uszach błysnął zdesperowanym wzrokiem.
Przechodzili
przez niewielkie rondo. Po drugiej stronie znajdowała się niezabudowana parcela,
otoczona pochyłym ogrodzeniem z siatki. Na zachwaszczonym terenie zbierały się
odpadki z całej dzielnicy. Połamane stelaże z synte-keratyny, skrzynki z
synte-drewna, zgniła zawartość potłuczonych lamp bio-luminescencyjnych, puste zbiorniki
po biopaliwach, rozkładające się opakowania. Na bezładnym rumowisku dostrzegł
znajomy, czarny osad. Porowata, ciemna materia pokrywała zbutwiałe odpadki,
gęstniała i zapadała się do wewnątrz. Jak konstrukcje rusztowań ciemności spod
wiaduktów nad śmierdzącymi kanałami wśród wentylacji tunelów komunikacyjnych ze
szkła rynsztoków wzdłuż podartych gazet sponad opakowania gdzie martwe gołębie
tkanki skąd porzucona skóra widmowego miasta.
Tamci
dwoje zaangażowali się w rozmowę, nie dostrzegając niczego niezwykłego w
otoczeniu. Ich rozmowa zmieniała zabarwienie emocjonalne. Początkowo pogodna i
ożywiona, wkrótce zmieniła się w kłótnię prowadzoną podniesionymi głosami. Erwin
zamknął oczy. Wówczas zobaczył ich pola morfogenetyczne. Aura Jolandy otaczała
ją aureolą, przypominającą nieco tęczówkę ludzkiego oka. Delikatne światło
falowało i pulsowało, jak subtelna, lotna substancja. Jej gloria mieniła się
barwami, od jaskrawej czerwieni, poprzez blady fiolet, aż do połyskującego,
opalizującego srebra. Z kolei aura Petera wylewała się z niego, jak wodospad
światła. Ottenberg emitował z siebie równomierne, błękitne światło, przypominające
fluorescencję podmorskich stworzeń. Jednak najciekawsze było to, co działo się
pomiędzy nimi. Ich aury nie tylko przenikały się, lecz interferowały ze sobą.
Promienie nachodziły na siebie i tworzyły skomplikowaną siatkę odbić. Zlewały
się i mieszały, w efekcie wywołując całkiem nowe zjawisko srebrnego iskrzenia.
Erwin
otworzył oczy. Jolanda z Peterem wciąż spierali się podniesionymi głosami.
Wszyscy troje szli w ciemności w stronę mostu na kanale.
Wówczas
na nocnym niebie ponad ich głowami pojawiły się pojedyncze, jaskrawo-białe
rozbłyski. Podobne do wyładowania w lampie błyskowej, lśnienia występowały co
kilkadziesiąt stopni wzdłuż krzywizny linii geodezyjnej, biegnącej z południa
na północ. Błyski światła były tak silne, że spodziewali sie huku eksplozji.
Jednak całe zjawisko zachodziło w kompletnej ciszy.
W
końcu dotarli do klubu. Miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym. Szary,
parterowy pawilon z zabitymi oknami znajdował się w głębi żwirowanego placu.
Przed metalowymi drzwiami kilka osób w dość ekscentrycznych stylizacjach oczekiwało
na wejście. Wszyscy troje ustawili się na końcu niecierpliwej kolejki.
Wciąż
stali pod klubem, kiedy z tyłu powstało jakieś zamieszanie. Dwóch potężnych
osobników wdało się w bójkę. Rzucili się na siebie, wymierzając sobie ciosy, od
których odskakiwały im głowy. Zwarli się, przewrócili i tarzali po asfalcie.
Ich podarte sukienki i pończochy zwisały w strzępach, a zmierzwione peruki
zsuwały się z czaszek. Jacyś ludzie podbiegli, aby ich rozdzielić. Cała grupa
zatoczyła się. Ktoś wpadł na Erwina. Zobaczył z bliska twarz, wzdłuż skroni spływała
struga krwi.
Ta
scena wydała się tak odstręczająca, że Erwin stracił ochotę na jakąkolwiek rozrywkę.
O ile w ogóle kiedykolwiek ją miał.
–
Chcesz tam wchodzić?
–
Niekoniecznie.
–
Peter?! My stąd idziemy!
Peter
kompletnie stracił nimi zainteresowanie. Z fascynacją przypatrywał się awanturze.
Nie pożegnał się. Nie dał po sobie poznać, że w ogóle zauważył ich odejście.
Przeszli
przez most ponad kanałem, minęli kilka uśpionych przecznic, przecięli na skos
skrzyżowanie przy Schlesisches Tor, szli długo wzdłuż estakady kolejki, a potem
wąską ulicą pełną knajpek dla snobów.
Całą
noc na niebie pojawiały się białe rozbłyski, jakby gigantyczne flesze okrążały
planetę. Przestali na nie reagować.
O
najciemniejszej godzinie przed świtem nieboskłon zalały zorze
elektromagnetyczne. Pionowe snopy błękitnego i turkusowego światła kołysały się
majestatycznie w atmosferze wysoko ponad miastem. Rozjaśniały się i ciemniały w
miarowym rytmie, falowały poddane innym siłom, niż podmuchy wiatru. Nachylone pod
nietypowym kątem, wznosiły się ku zenitowi. Fioletowe wstęgi wiły się, spływając
w stronę horyzontu, a ponad nie wystrzeliwały szmaragdowe promienie. Jednak najbardziej
dojmujący był dźwięk. Potężny, niski zgrzyt, jakby nachodziły na siebie
gigantyczne tafle szkła. Jakby sfery niebieskie zgniatały się, nacierając na
siebie. Na koniec pasma błękitu i czerwieni kurczyły się do pojedynczej,
rozmytej smugi, która przypominała szczelinę w niebie. A potem całe zjawisko
zaczynało się od nowa.
24-05-2034, wczesny
poranek
Pierwsze
warstwy popielatego światła nowego dnia opadły na nich, kiedy wracali przez to
samo rondo. Przecięli ulicę i weszli na opustoszały parking przed dyskontem
Lidl. W głębi wznosił się parterowy budynek o ścianach kremowej barwy, ze spadzistym
dachem krytym czerwoną dachówką. Nawierzchnię placu wyłożoną szarą kostką
pokrywały szeregi równoległych białych linii wyznaczających miejsca postojowe.
Na
środku parkingu znajdowała się nieduża wiata z matowego plastiku. Obok niej stał
skręcony szereg spiętych łańcuchami wózków sklepowych. Tej nocy ktoś pastwił
się nad nimi z radosnym okrucieństwem, usiłując je podpalić. Sczerniałe i
złuszczone zwłoki torturowanego metalu wyglądały jak szkielet prehistorycznego
gada, który skulił się, legł i zdechł w przygnębieniu i samotności.
Jolanda
zatrzymała się.
– Nie idę dalej. Zostaję tutaj.
Usiadła
na krawężniku. Schowała głowę w ramionach.
–
Weźmy taksówkę.
–
Oszczędź sobie. Wracaj sam.
–
Tak. Chciałbym tylko… - zaczął Erwin, zawahał się i urwał.
Nie
zamierzał jej powstrzymywać, pragnął jedynie upewnić się, że bezpiecznie dotrze
do siebie. Nie wiedział jednak, czego ona od niego oczekiwała. Być może dążyła
do konfrontacji.
–
Idziemy w różne strony. Mamy inne cele – Jolanda uniosła twarz, ale nie spojrzała
na niego. – Potrzebuję intensywnych doznań. Mogłabym eksplodować w deszczu iskier.
–
Pragnę równie mocno – zmęczenie skłaniało Erwina do egzaltacji. – Chciałbym
tylko odnaleźć jakąś harmonię w swoim życiu. Istniejemy, splatając się w węzły.
We wspólnych przeżyciach. We wspólnej odpowiedzialności.
–
Istniejemy we wspólnej odpowiedzialności? Z poczucia winy? Czy z lęku przed
samotnością? – Jolanda zaprzeczyła gestem. – Nie dam się nabrać. A ty zachowujesz
dystans nawet wobec samego siebie. Nie angażujesz się. Ja podążam za swoimi
pragnieniami. Jestem wolna!
A
więc jednak konfrontacja, stwierdził. Cofnął się o krok.
–
Zatracasz się. Całe twoje życie zamienia się w migotliwą mozaikę fragmentów. Jak
rozbite lustro. To ty wciąż przed czymś uciekasz. Ale przed czym? Boisz się, że
znikniesz, kiedy na chwilę zamkniesz oczy?
–
Kim ty jesteś, żeby tak mówić?! Jak długo się znamy?! – Jolanda rzuciła mu
gniewne spojrzenie. – Nie możesz nic ode mnie wymagać. W ogóle, co my tutaj
robimy? Razem?! Co to znaczy?! To nie jest moje życie, ja jestem kompletnie
inna!
–
Proszę bardzo. Rób, co chcesz. Bardzo szybko twoja wolność stanie się niewolą
bez granic. Dajesz sobą manipulować.
–
Nie robię nic wbrew sobie – Jolanda stanowczo zaprzeczyła. – My jesteśmy tylko
przyjaciółmi. Seks i związek to dwie różne rzeczy. Peter nie chce mieć mnie na
własność. On nie odczuwa takich emocji.
–
Co to za bzdury? Ile wy macie lat? Ostatni raz słyszałem takie słowa w szkole.
–
Może od tego czasu nie słyszałeś już o wolności?
Erwin
westchnął. Zmusiła go do szczerości.
–
Dobrze, przyznam ci się do czegoś. Ja również liczyłem na coś innego. Nie wiem,
czym naprawdę jest miłość. Czym jest dla ciebie. Ale dla mnie to nie tylko szczęśliwe
chwile i uniesienia. To również wspólne wyrzeczenia i zmarnowane popołudnia.
Nie wiem, jak to lepiej wyrazić, ale…
Jolanda
weszła mu w słowo.
–
Spotykamy się, wymieniamy fragmentami kodu i rozstajemy. Zderzamy się ze sobą i
płoniemy spadając spiralnym lotem. Czego oczekiwać więcej?
–
Nie oczekiwać niczego. Głęboka wymiana może wynikać tylko z bezinteresowności,
lojalności i szacunku. I przywiązania.
–
Nie chcę się od nikogo uzależniać.
–
Uzależniasz się od siebie. Tylko druga osoba może cię wyzwolić.
–
Chcę codziennie spotykać nieznane.
–
Nie lepiej zadbać o bliskich?
–
I kto to mówi! Wieczny uciekinier!
Wiedział,
że ją sprowokuje, ale nie mógł się powstrzymać.
–
Czy ty rozmawiasz ze mną? Czy z kimś innym, kto nie chce ciebie słuchać?
Erwin
nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Jolanda jest zrozpaczona z jakiegoś powodu,
niezależnie od niego. On był jedynie przypadkową ofiarą. W końcu powiedziała
bardzo cicho ale dobitnie:
–
Nie chcę być z tobą. Nie chcę być z nikim.
Wciąż
siedziała na krawężniku, apatycznie zwieszając głowę. O tej porze to miejsce
wydawało się tak odległe i zagubione. Stąd wszędzie było równie daleko.
–
Wybacz, Erwin. Podziwiam cię i szanuję, ale nie możemy być razem. Idź już.
Po
raz drugi tego dnia usłyszał podobne słowa.
Zostawił
ją samą na pustym parkingu. Ruszył ulicą prowadzącą w stronę Jannowitzbrücke. Z
naprzeciwka wyłoniła się niezwykła kawalkada. Mężczyzna ciągnął dwukołowy wózek,
za nim szła kobieta, na wózku siedziało dwoje dzieci. Drewniane obręcze kół terkotały
na nierównościach jezdni. Robotnik trzymał dyszle w poplamionych, kanciastych dłoniach,
szedł z wysiłkiem, wbijając wzrok w ziemię. Jego wychudłą twarz przesłaniały
wąsy i niedbały zarost, głowę okrywał zdefasonowany kapelusz. Z wycieńczonego
ciała zwisał czarny, sfatygowany garnitur, poprzecierany na kolanach i
łokciach. Kobieta pchała wózek z tyłu. Nosiła wypraną z kolorów bluzkę z bufiastymi
rękawami, zapiętą pod szyję. Jej wąskie biodra opinała długa, brunatna
spódnica, przewiązana fartuchem. Mocno spięte włosy otaczały pociągłą twarz z
ostro rzeźbionymi rysami, ściągniętymi bólem i determinacją. Erwin ujrzał w jej
oczach zawziętość i rozpacz. Na wózku siedziały dzieci. Z zapadniętych,
ziemistych twarzy wyzierały wielkie, wygłodniałe oczy. Sam wózek załadowany był
meblami i sprzętem domowym. Stół, krzesło i łóżko, odwrócone do góry nogami,
przykryte zostały zwiniętym materacem i przewiązane sznurami. Pomiędzy nie
upchnięto poszewki wypchane zapewne ubraniem. Na jednym dyszlu wisiało
poobijane, emaliowane wiadro. Najwyraźniej na wózku znajdował się cały dobytek
tych biedaków. Widział takie sceny na zdjęciach z lat dwudziestych ubiegłego
wieku. A jednak co ci ludzie tutaj robili?
Bezdomna
rodzina minęła go i znikła w porannej mgle.
*
* *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz