wtorek, 5 września 2017

7. Głębiej (3)



 
24-05-2034
Długo po przebudzenia Luisa nie była w stanie określić uczucia niepokoju, które nie opuszczało jej przez cały poranek. W końcu przypomniała sobie męczący sen. Znalazła się w swojej rodzinnej Lizbonie, zamarłej nocą. Całe miasto zalewało białe, halogenowe światło. Na ulicach mieszkańcy stali nieruchomo, niczym kamienne posągi. Wszyscy, bez względu na rasę, byli przeraźliwie biali, jak jaskrawe światło penetrujące mrok. Nie potrafiła odgadnąć, czemu ten widok wydawał jej się tak przejmujący.
W czasie południowego posiłku, powietrze w stołówce wibrowało od niepokoju i pogłosek. Doszli już poniżej głębokości ośmiuset metrów. Ciśnienie niemal rozsadzało instalację. Mimo to nie mieli dobrych wyników. Co chwila wybuchały sprzeczki. Każdy drobiazg mógł być powodem awantury. Największym wrogiem była konkurencyjna platforma wiertnicza.
Luisa siedziała sama. Zaprzyjaźnione kobiety manifestacyjnie ominęły jej stolik i zajęły miejsce z dala, koło okien. Brian się nie pojawił. Kiedy wychodziła, usłyszała wyraźny głos za swoimi plecami:
– Nie cierpię jej.
Obejrzała się, jednak nikt nie patrzył w jej stronę.
Udała się do swojego gabinetu. Kartą magnetyczną otworzyła drzwi. Usiadła przy niskim stoliku kawowym, w fotelu skierowanym pod kątem czterdziestu pięciu stopni do fotela po przeciwnej stronie stołu. Sześć godzin później podsumowała listę przypadków. Paranoje, psychozy, urojenia, fobie, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. W pamięci pozostał jej rozbiegany wzrok pacjenta przekonanego, że jego głowa ulegnie implozji. Pokazywał jej niewielkie wgłębienie na skroni jako znak, że jego czaszka miękła i zapadała się do środka. Następny badany nieomal zamęczył ją swoimi psychotycznymi majaczeniami. Wedle niego platforma wiertnicza uległa katastrofie, w której wszyscy zginęli. Nieświadomie przekroczyli granicę między życiem a śmiercią. Załoga i personel stali się upiorami, nawiedzającymi spaloną jednostkę dryfującą na morzu.
Ostatni pacjent nie był w stanie spokojnie usiąść w fotelu.
– Opętał mnie duch zmarłego ojca. Zachowuję się tak samo, jak on kiedyś.
Spojrzała na niego. Mężczyzna był spięty i nienaturalnie przechylony. Dygotał.
– Oddychaj spokojnie. Głębokie wdechy i wydechy.
W drodze powrotnej zrezygnowała z wieczornego posiłku i udała się do izolatki. Ranny robotnik miał nowy opatrunek. Jego lewa ręka wydawała się znacznie krótsza. Trudno było rozpoznać kształt dłoni, na prześcieradle spoczywał jedynie obły biały kikut. Chłopak mamrotał niewyraźne. Luisa pochyliła się nad nim.
– Coraz bliżej… coraz mniej czasu – mówił Lars monotonnym, chrapliwym głosem. Luisa nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Chyłkiem wymknęła się z pokoju.
Kiedy zapadła noc, znalazła się w swojej kabinie. Stała przy oknie, wpatrzona w niespokojną ciemność, gdy odezwał się dyskretny sygnał powiadomienia. Jej przyjaciel łączył się z nią z dalekiego, nierealnego Berlina. W niewielkim prostokącie pojawiła się twarz Erwina Tucholskiego. Za nim widoczny był nieznany pokój zalany chłodnym światłem z monitora.
– Słyszysz mnie?
– Straciłam pewność.
– Niemożliwe.
– A jednak. Mnie samej trudno uwierzyć.
– Zaszły jakieś zmiany?
Nie chciała odpowiadać.
– Bezustannie zachodzą. A jak twoje zdrowie?
– Stabilne. Pojawiły się nowe przypadki?
Próbowała zachować zimną krew.
– Sytuacja wciąż się rozwija.
– W jakim sensie?
– Mamy wiercić głębiej.
Erwin poruszył się gwałtownie. Zdawał się jednocześnie tak bliski i odległy.
– Powinniście przestać!
Nie było go tutaj. Nie rozumiał, co się dzieje.
– Nawet nie należę do zespołu wydobywczego.
– Ale to niebezpieczne dla wszystkich.
– Nie potrafią przyznać się do porażki i wycofać.
– Spróbuję wam pomóc. Nie zostawię was.
Oczywiście.
– Muszę kończyć.
– Bądźmy w kontakcie!
– Do usłyszenia.
Zamknęła laptop. Siedziała bezmyślnie. Pokój rozjaśniała jedynie lampka nocna. Nagle Luisa poczuła wstrząs i szarpnięcie całej konstrukcji. Potem usłyszała głuchy łoskot i szum zasysanego powietrza. Na moment zgasło światło. Włączył się sygnał alarmu. Zapłonęły lampki awaryjne. Wyszła na korytarz. Niedaleko Beta stała przed drzwiami swojej kabiny. Dyszała ciężko, mówiąc:
- Awaria zasilania. Chyba nie ma łączności?
Obydwie skierowały się  w stronę, z której dochodziły hałasy. Podniesione głosy i łomot słychać było w części badawczej oraz na górnych piętrach, gdzie mieściła się sterownia. Grupa ludzi przeszła szybkim krokiem i skręciła w korytarz po prawej. Za nimi podążało dwóch mężczyzn w czarnych kombinezonach i kaskach motocyklowych. W rękach trzymali karabiny lufami do góry. Kolbami poganiali grupę naukowców. Wśród nich Luisa zobaczyła oceanologa Damiana Mørka.
Po lewej stronie widniały otwarte drzwi na pokład. Musiała przyzwyczaić oczy do półmroku i pulsacji pomarańczowego światła. Dopiero po chwili zorientowała się, co widzi. Na pokładzie leżały ciała ochroniarzy. Twarzami do dołu. W ciemnych, lśniących złowrogo kałużach.
Zanim zdążyła cofnąć się i ostrzec towarzyszkę, naprzeciw nich stanął mężczyzna w czarnym, motocyklowym skafandrze i kasku na głowie. Trzymał niewielki karabin lufą do góry. Mówił głosem zniekształconym przez osłonę:
– Pokaż ręce.
Luisa wolno uniosła dłonie wnętrzem do góry. Mężczyzna wskazał kolbą kierunek.
– Idźcie za nimi.
Obydwie kobiety, nie patrząc na siebie, ruszyły korytarzem.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz