24-05-2034
Długo
po przebudzenia Luisa nie była w stanie określić uczucia niepokoju, które nie
opuszczało jej przez cały poranek. W końcu przypomniała sobie męczący sen. Znalazła
się w swojej rodzinnej Lizbonie, zamarłej nocą. Całe miasto zalewało białe,
halogenowe światło. Na ulicach mieszkańcy stali nieruchomo, niczym kamienne posągi.
Wszyscy, bez względu na rasę, byli przeraźliwie biali, jak jaskrawe światło penetrujące
mrok. Nie potrafiła odgadnąć, czemu ten widok wydawał jej się tak przejmujący.
W
czasie południowego posiłku, powietrze w stołówce wibrowało od niepokoju i
pogłosek. Doszli już poniżej głębokości ośmiuset metrów. Ciśnienie niemal
rozsadzało instalację. Mimo to nie mieli dobrych wyników. Co chwila wybuchały
sprzeczki. Każdy drobiazg mógł być powodem awantury. Największym wrogiem była konkurencyjna
platforma wiertnicza.
Luisa
siedziała sama. Zaprzyjaźnione kobiety manifestacyjnie ominęły jej stolik i
zajęły miejsce z dala, koło okien. Brian się nie pojawił. Kiedy wychodziła,
usłyszała wyraźny głos za swoimi plecami:
–
Nie cierpię jej.
Obejrzała
się, jednak nikt nie patrzył w jej stronę.
Udała
się do swojego gabinetu. Kartą magnetyczną otworzyła drzwi. Usiadła przy niskim
stoliku kawowym, w fotelu skierowanym pod kątem czterdziestu pięciu stopni do
fotela po przeciwnej stronie stołu. Sześć godzin później podsumowała listę
przypadków. Paranoje, psychozy, urojenia, fobie, zaburzenia
obsesyjno-kompulsywne. W pamięci pozostał jej rozbiegany wzrok pacjenta
przekonanego, że jego głowa ulegnie implozji. Pokazywał jej niewielkie
wgłębienie na skroni jako znak, że jego czaszka miękła i zapadała się do
środka. Następny badany nieomal zamęczył ją swoimi psychotycznymi majaczeniami. Wedle
niego platforma wiertnicza uległa katastrofie, w której wszyscy zginęli.
Nieświadomie przekroczyli granicę między życiem a śmiercią. Załoga i personel
stali się upiorami, nawiedzającymi spaloną jednostkę dryfującą na morzu.
Ostatni
pacjent nie był w stanie spokojnie usiąść w fotelu.
–
Opętał mnie duch zmarłego ojca. Zachowuję się tak samo, jak on kiedyś.
Spojrzała
na niego. Mężczyzna był spięty i nienaturalnie przechylony. Dygotał.
–
Oddychaj spokojnie. Głębokie wdechy i wydechy.
W
drodze powrotnej zrezygnowała z wieczornego posiłku i udała się do izolatki.
Ranny robotnik miał nowy opatrunek. Jego lewa ręka wydawała się znacznie krótsza.
Trudno było rozpoznać kształt dłoni, na prześcieradle spoczywał jedynie obły
biały kikut. Chłopak mamrotał niewyraźne. Luisa pochyliła się nad nim.
–
Coraz bliżej… coraz mniej czasu – mówił Lars monotonnym, chrapliwym głosem.
Luisa nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Chyłkiem wymknęła się z pokoju.
Kiedy
zapadła noc, znalazła się w swojej kabinie. Stała przy oknie, wpatrzona w niespokojną
ciemność, gdy odezwał się dyskretny sygnał powiadomienia. Jej przyjaciel łączył
się z nią z dalekiego, nierealnego Berlina. W niewielkim prostokącie pojawiła
się twarz Erwina Tucholskiego. Za nim widoczny był nieznany pokój zalany
chłodnym światłem z monitora.
–
Słyszysz mnie?
–
Straciłam pewność.
–
Niemożliwe.
–
A jednak. Mnie samej trudno uwierzyć.
–
Zaszły jakieś zmiany?
Nie
chciała odpowiadać.
–
Bezustannie zachodzą. A jak twoje zdrowie?
–
Stabilne. Pojawiły się nowe przypadki?
Próbowała
zachować zimną krew.
–
Sytuacja wciąż się rozwija.
–
W jakim sensie?
–
Mamy wiercić głębiej.
Erwin
poruszył się gwałtownie. Zdawał się jednocześnie tak bliski i odległy.
–
Powinniście przestać!
Nie
było go tutaj. Nie rozumiał, co się dzieje.
–
Nawet nie należę do zespołu wydobywczego.
–
Ale to niebezpieczne dla wszystkich.
–
Nie potrafią przyznać się do porażki i wycofać.
–
Spróbuję wam pomóc. Nie zostawię was.
Oczywiście.
–
Muszę kończyć.
–
Bądźmy w kontakcie!
–
Do usłyszenia.
Zamknęła
laptop. Siedziała bezmyślnie. Pokój rozjaśniała jedynie lampka nocna. Nagle
Luisa poczuła wstrząs i szarpnięcie całej konstrukcji. Potem usłyszała głuchy
łoskot i szum zasysanego powietrza. Na moment zgasło światło. Włączył się
sygnał alarmu. Zapłonęły lampki awaryjne. Wyszła na korytarz. Niedaleko Beta
stała przed drzwiami swojej kabiny. Dyszała ciężko, mówiąc:
-
Awaria zasilania. Chyba nie ma łączności?
Obydwie
skierowały się w stronę, z której
dochodziły hałasy. Podniesione głosy i łomot słychać było w części badawczej
oraz na górnych piętrach, gdzie mieściła się sterownia. Grupa ludzi przeszła
szybkim krokiem i skręciła w korytarz po prawej. Za nimi podążało dwóch
mężczyzn w czarnych kombinezonach i kaskach motocyklowych. W rękach trzymali
karabiny lufami do góry. Kolbami poganiali grupę naukowców. Wśród nich Luisa
zobaczyła oceanologa Damiana Mørka.
Po
lewej stronie widniały otwarte drzwi na pokład. Musiała przyzwyczaić oczy do
półmroku i pulsacji pomarańczowego światła. Dopiero po chwili zorientowała się,
co widzi. Na pokładzie leżały ciała ochroniarzy. Twarzami do dołu. W ciemnych, lśniących
złowrogo kałużach.
Zanim
zdążyła cofnąć się i ostrzec towarzyszkę, naprzeciw nich stanął mężczyzna w
czarnym, motocyklowym skafandrze i kasku na głowie. Trzymał niewielki karabin
lufą do góry. Mówił głosem zniekształconym przez osłonę:
–
Pokaż ręce.
Luisa
wolno uniosła dłonie wnętrzem do góry. Mężczyzna wskazał kolbą kierunek.
–
Idźcie za nimi.
Obydwie
kobiety, nie patrząc na siebie, ruszyły korytarzem.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz